środa, 4 lipca 2007

IL FUNERALE

Właśnie trwa Msza pogrzebowa, więc staram się niewiele poruszać po mieszkaniu. Mogę za to dowoli sprzątać pracownię, ale liturgia ma się ku końcowi  a ja mam wlączyć dzwony pogrzebowe na wyjście, więc czuwam. Podglądałam przez tajne okienko, jak lutowali trumnę. W Polsce tego w ogóle się nie spotyka, bo tutaj trumny chowa się w ścianach, tzw. forni (piece) albo colombarie (gołębniki). Trumna musi być więc hermetycznie zamknięta. Robi to niesamowite wrażenie. Wewnątrz drewnianej trumny jest wyściółka z cienkiej blachy, i zanim położy się wieko, nakłada się taką dosyć prostą blachę i dokładnie lutuje. Potem dopiero wieko drewniane, śruby montowane wkrętarką. Wszystko to na oczach już przybyłych żałobników. Strano! Ale zazwyczaj robi się to w domach zmarłych, albo w kaplicach, gdzie trzymają zwłoki. Tym razem zmarły człowiek mieszkał w tak malusim domku, że by nie wynieśli go w trumnie. Mieli tylko takie miękkie nosze, którymi dotarli do trumny na zewnątrz. Wydawało się, że mało delikatnie wyjmowali te nosze spod ciała zmarłego, ale wzruszył mnie widok pracownika Misericordii (przedsiębiorstwa zajmującego sie m.in pochówkami), który potem poprawiał ubranie na zamrłym, jak by to do czegokolwiek było jeszcze potrzebne, naciągnął koszulę, wyprostował krawat, ułożył nogawki. A na końcu zalutowali trumnę gazową lutownicą i nikt efektu tego gestu nie mógł już zobaczyć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza