środa, 4 września 2013
GOŚCINNIE NA INNYM BLOGU
Stali czytelnicy właściwie wiedzą już dużo o parafialnym ogrodzie (i kwiatowym i warzywnym) , ale może zechcecie zobaczyć i poczytać o jego tworzeniu? Zapraszam: http://www.ekoparapet.pl/2013/09/toskanski-ogrod-poczatkujacej-pasjonatki.html
poniedziałek, 2 września 2013
DWIE LOGGIE - DWA ŚWIATY
Już nawet nie usiłuję dociekać daty. Ciągle jesteśmy gdzieś w lipcu.
Właściwie to nie "gdzieś", lecz we Florencji pod Loggia dei Lanzi.
Czekam na spotkanie niespodziewanie wyznaczone w środku lata przez Stowarzyszenie "Ukryte Miasto".
Skusiła mnie nie tyle Loggia dei Lanzi, spod której wychodziliśmy i do której wróciliśmy na koniec spaceru, co inny rarytas, o którym nie znajdziemy zbyt wielu informacji w przewodnikach, a już na pewno rzadko kto ma możliwość tak gruntownego jego zobaczenia, o czym za chwilę.
Wbrew tytułowi, artykuł poświęcę tylko Loggia del Mercato Nuovo, do której turyści idą, by kupić skórzane pamiątki z Florencji, albo ... pogłaskać po pysku XVII wieczną kopię antycznego dzika, zwnanego pieszczotliwe Il Porcellino (prosiaczek, świnka), zamówionego przez Ferdynanda II Medyceusza.
Najpierw ustawiono go na dłuższym boku budynku, od strony apteki; w XIX wieku przeniesiono na obecne miejsce, by nie zakłócać ruchu.
Tak jak Loggia dei Lanzi z miejsca spotkań Signorii stała się muzeum rzeźby, tak Loggia del Mercato Nuovo nie zatraciła swojego pierwotnego przeznaczenia, ciągle jest zadaszonym placem użyczającym na dzień schronienia handlarzom. Fontanna, oprócz niewątpliwych zalet estetycznych, pełniła rolę źródła wody dla kupców. W wersji okrojonej mamy i dziś okazję posmakowania atmosfery dawnej Florencji, w skórzanej głównie wersji. A wodę dostarcza współczesne ujęcie przy jednym z filarów, woda, po naciśnięciu na przycisk, płynie silniejszym strumieniem, niż te parę kropelek cieknących z pyska dzika, który i tak zachwyca turystów, tych współczesnych, jak i z poprzednich epok. Jednego z nich, Christiana Andersena, upamiętnia tablica, który ponoć był pod takim wrażeniem rzeźby, że zainspirowała go do napisania baśni.
Cofnijmy się o jeden wiek przed powstaniem fontanny z brązu.
W połowie XVI wieku Kosma Pierwszy (młody Książę Florencji) wziął się za porządki w mieście, postanowił rozwiązać jego problemy ekonomiczno-handlowe.
Ztrudnił architekta Giovan Battistę del Tasso, by ten zaprojektował nową loggię, gdzie miałyby być sprzedawane głównie jedwabne tkaniny i złoto. W asortymencie była i żywność, czy inne wytwory florenckich cechów. Wymieniano też tu walutę, pod koniec XIV w Loggi ustawiały się aż 72 kramy-kantory.
Z zewnątrz obłożona jest charakterystycznym dla Florencji brązowym piaskowcem zwanym pietraforte. Jej narożniki akcentują mocne filary o kwadratowym przekroju.
Zdobią je tylko trzy posągi z końca XIX wieku.
Pierwsza rzeźba ukazuje Giovanniego Villani, żyjącego na przełomie XIII i XIV wieku, kupca, pisarza i pierwszego florenckiego kronikarza.
Druga jest wspomnieniem Bernardo Cenniniego - złotnika i pierwszego drukarza Florencji.
Trzecia upamiętnia Michele di Lando, który był jednym z przywódców rewolty Ciompich, można nazwać go politykiem, pod koniec życia ciężko prześladowanym.
Trudno orzec, dlaczego są tylko trzy figury, fachowcy nie dotarli do żadnej informacji na ten temat.
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to możemy podejrzewać, że o pieniądze? A raczej ich brak :)
Pod gzymsem, nad łukami, na każdym boku loggi są kartusze, ale tylko jeden jest zapisany treścią, która, w wolnym tłumaczeniu z łaciny, wieści, że Kosma Medyceusz, Książę Etrurii ufundował tę loggię, by ochronić przed deszczem kupców, co nastąpiło w 1548 roku.
We wnętrzu (jeśli można tak napisać o budynku bez ścian) powstało 20 kolumn z delikatniejszego, szarego piaskowca pietraserena z kapitelami w porządku kompozytowym, czyli takim, w którym miesza się porządek koryncki (koszyk z liści akantu) z jońskim (ślimacznice). Tutaj wykonane z niesamowitym pietyzmem, z wielką atencją wobec detalu i precyzji.
Nad kolumnami rozpościera się sklepienie żaglowe, którego nazwa pochodzi od kształtu naśladującego wydęty żagiel. Jeśli się przyjrzycie temu elementowi architektonicznemu, będziecie mieć wrażenie, że wiszą nad Wami prześcieradła uchwycone za cztery rogi i wzniesione wiatrem wiejącym od dołu.
Każdy zwornik w sklepieniu to znowu szary rzeźbiony kamień. Czasami robię jakieś małe elementy przestrzenne, wiem, ile to trudu, więc jestem pełna podziwu dla chęci ozdabiania, dla poświęcenia czasu na wykonanie takiego "tylko" kamienia spinającego sklepienie.
Zworniki z Loggia del Mercato Nuovo są jednym z emblematów rodu Medyceuszy, z którego wywodziła się matka Cosimo I. To cztery pierścienie osadzone w diamentach przeplatane wstęgą z napisem "semper". Użycie rodowych symboli miało wskazywać na władcę nie tylko jako na tego, który przyczynił się do rozbudowy miasta, ale także na tego, który je scalał, jak zwornik sklepienie.
Mercato Nuovo ma pewien bardzo charakterystyczny punkt, niewidoczny, gdy stoją na nim kramy. Już kiedyś o nim wspominałam, ale teraz może szerzej wyjaśnię jego znaczenie.
W przypadku zagrożenia wojną przyprowadzano tutaj carroccio, rodzaj wozu na czterech kołach ciągniętego przez dwa byki, na którym umieszczano dzwon ostrzegający przed atakiem, informujący o porze powrotu wojska, odpoczynku. Z takiego wozu także ogłaszano miejskie zarządzenia.
Z wiekami wóz wyszedł z użytku, lecz został po nim ślad w postaci kamiennego koła, które przekształciło się w "kamień wstydu". Za nieuczciwe postępowanie (głównie oszukańcze bankructwo) wykonywano tu bardzo specyficzną karę, delikatnie nazywaną "kołyską".
Delikwent wiązany był za nogi i ręce i podwieszany tak, by odkrytymi pośladkami szorować po kamieniu w kształcie koła. Powstała rana sama z siebie była w tych czasach wielkim zagrożeniem dla życia, ale żeby wzmocnić jej działanie, przestępcę z zakrwawionym tyłkiem wrzucano na wóz pełen gnoju. Chyba nie muszę wyjaśniać, jak to się najczęściej kończyło?
Jak przystało na Toskańczyków, od sposobu wykonywania kary wzięło się wiele dotąd funkcjonujących powiedzeń i określeń.
Dzisiejsza płyta jest kopią z XIX wieku.
Zobycie nowych wiadomości o jednym z zabytków miasta prosto od fachowca, to sama przyjemność, a jeśli dołączy się do tego zobaczenie niedostępnego zazwyczaj poddasza - pełnia szczęścia.
Gdy otrzymałam mail informujący o zwiedzaniu, zastanawiałam się, którędy wejdziemy na górę. To wolno stojąca budowla, w grę nie wchodziła żadna kładka z sąsiedniego budynku (tak np. jest z muzeum Orsanmichele), drabinki, ani schodków dostawianych też nie widziałam. Podejrzewałam filary, lecz nie pamiętałam ich przekroju.
Dobrze kombinowałam.
Od wewnętrznej strony loggi w dwóch narożnikowych filarach ukryto wąskie klatki schodowe.
Mogliśmy wchodzić małymi grupkami, co powodowało, że na obejrzenie góry mieliśmy określony czas. Po drodze śpieszyłam się więc z robieniem zdjęć.
Po wejściu na górę zaskoczyła mnie spora przestrzeń, w dawnych czasach wykorzystywana na sprawy biurowe i archiwalne. Gromadzono tu wszelkie dokumenty związane z funkcjonowaniem Loggia del Mercato Nuovo. Dzisiaj strych nie odbiegł zupełnie od swoich funkcji, o czym świadczy obecność współczesnego boksu.
Przechowywanie łatwopalnych obiektów w tym miejscu wiązało się z dużym ryzykiem ich zniszczenia. Nie dość, że odkryta więźba dachowa jest z drewna, to sami odczuliśmy, jak gorąco jest tam w upalne letnie dni. A jeszcze należy pamiętać, że do oświetlania używano lamp oliwnych, wejścia są tylko dwa i to bardzo wąskie. O pożar nietrudno, dlatego koniecznym było dostarczenie na górę wody.
Do dzisiaj zachowały się kamienne zbiorniki (zasłonięte rupieciami), które napełniano wodą dostarczaną filarami, w których nie ma klatek schodowych
Pomyślano i o umyciu rąk, ciekawe, że nie zadowolono się owymi zbiornikami, lecz wybudowano kamienną umywalkę.
Przestrzeń aż się prosi, by być miejscem wystawowym. I tak właśnie jest.
Jednak wszystkich chyba zaintrygował i ubawił widok rozstawionego stołu do tenisa stołowego, świadczący o elastycznym podejściu do roli pomieszczenia.
A jeśli takiemu urzędnikowi gromadzącemu dokumenty w Logii brakowało kontaktu ze światem, mógł wyjść na balkonik i chociażby zaczerpnąć świeżego powietrza. Balkonik także mnie zaskoczył, wydawało mi się, że z zewnątrz znam ten budynek, lecz nigdy stojąc od strony Il Porcellino nie zadarłam głowy do góry.
Tą samotną wyprawą do Florencji znowu zaspokoiłam moją pasję szperacza i wtryniania nosa tam, gdzie wąsko, bywa, że dosłownie wąsko.
Właściwie to nie "gdzieś", lecz we Florencji pod Loggia dei Lanzi.
Czekam na spotkanie niespodziewanie wyznaczone w środku lata przez Stowarzyszenie "Ukryte Miasto".
Skusiła mnie nie tyle Loggia dei Lanzi, spod której wychodziliśmy i do której wróciliśmy na koniec spaceru, co inny rarytas, o którym nie znajdziemy zbyt wielu informacji w przewodnikach, a już na pewno rzadko kto ma możliwość tak gruntownego jego zobaczenia, o czym za chwilę.
Wbrew tytułowi, artykuł poświęcę tylko Loggia del Mercato Nuovo, do której turyści idą, by kupić skórzane pamiątki z Florencji, albo ... pogłaskać po pysku XVII wieczną kopię antycznego dzika, zwnanego pieszczotliwe Il Porcellino (prosiaczek, świnka), zamówionego przez Ferdynanda II Medyceusza.
Najpierw ustawiono go na dłuższym boku budynku, od strony apteki; w XIX wieku przeniesiono na obecne miejsce, by nie zakłócać ruchu.
Tak jak Loggia dei Lanzi z miejsca spotkań Signorii stała się muzeum rzeźby, tak Loggia del Mercato Nuovo nie zatraciła swojego pierwotnego przeznaczenia, ciągle jest zadaszonym placem użyczającym na dzień schronienia handlarzom. Fontanna, oprócz niewątpliwych zalet estetycznych, pełniła rolę źródła wody dla kupców. W wersji okrojonej mamy i dziś okazję posmakowania atmosfery dawnej Florencji, w skórzanej głównie wersji. A wodę dostarcza współczesne ujęcie przy jednym z filarów, woda, po naciśnięciu na przycisk, płynie silniejszym strumieniem, niż te parę kropelek cieknących z pyska dzika, który i tak zachwyca turystów, tych współczesnych, jak i z poprzednich epok. Jednego z nich, Christiana Andersena, upamiętnia tablica, który ponoć był pod takim wrażeniem rzeźby, że zainspirowała go do napisania baśni.
Cofnijmy się o jeden wiek przed powstaniem fontanny z brązu.
W połowie XVI wieku Kosma Pierwszy (młody Książę Florencji) wziął się za porządki w mieście, postanowił rozwiązać jego problemy ekonomiczno-handlowe.
Ztrudnił architekta Giovan Battistę del Tasso, by ten zaprojektował nową loggię, gdzie miałyby być sprzedawane głównie jedwabne tkaniny i złoto. W asortymencie była i żywność, czy inne wytwory florenckich cechów. Wymieniano też tu walutę, pod koniec XIV w Loggi ustawiały się aż 72 kramy-kantory.
Z zewnątrz obłożona jest charakterystycznym dla Florencji brązowym piaskowcem zwanym pietraforte. Jej narożniki akcentują mocne filary o kwadratowym przekroju.
Zdobią je tylko trzy posągi z końca XIX wieku.
Pierwsza rzeźba ukazuje Giovanniego Villani, żyjącego na przełomie XIII i XIV wieku, kupca, pisarza i pierwszego florenckiego kronikarza.
Druga jest wspomnieniem Bernardo Cenniniego - złotnika i pierwszego drukarza Florencji.
Trzecia upamiętnia Michele di Lando, który był jednym z przywódców rewolty Ciompich, można nazwać go politykiem, pod koniec życia ciężko prześladowanym.
Trudno orzec, dlaczego są tylko trzy figury, fachowcy nie dotarli do żadnej informacji na ten temat.
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to możemy podejrzewać, że o pieniądze? A raczej ich brak :)
Pod gzymsem, nad łukami, na każdym boku loggi są kartusze, ale tylko jeden jest zapisany treścią, która, w wolnym tłumaczeniu z łaciny, wieści, że Kosma Medyceusz, Książę Etrurii ufundował tę loggię, by ochronić przed deszczem kupców, co nastąpiło w 1548 roku.
We wnętrzu (jeśli można tak napisać o budynku bez ścian) powstało 20 kolumn z delikatniejszego, szarego piaskowca pietraserena z kapitelami w porządku kompozytowym, czyli takim, w którym miesza się porządek koryncki (koszyk z liści akantu) z jońskim (ślimacznice). Tutaj wykonane z niesamowitym pietyzmem, z wielką atencją wobec detalu i precyzji.
Nad kolumnami rozpościera się sklepienie żaglowe, którego nazwa pochodzi od kształtu naśladującego wydęty żagiel. Jeśli się przyjrzycie temu elementowi architektonicznemu, będziecie mieć wrażenie, że wiszą nad Wami prześcieradła uchwycone za cztery rogi i wzniesione wiatrem wiejącym od dołu.
Każdy zwornik w sklepieniu to znowu szary rzeźbiony kamień. Czasami robię jakieś małe elementy przestrzenne, wiem, ile to trudu, więc jestem pełna podziwu dla chęci ozdabiania, dla poświęcenia czasu na wykonanie takiego "tylko" kamienia spinającego sklepienie.
Zworniki z Loggia del Mercato Nuovo są jednym z emblematów rodu Medyceuszy, z którego wywodziła się matka Cosimo I. To cztery pierścienie osadzone w diamentach przeplatane wstęgą z napisem "semper". Użycie rodowych symboli miało wskazywać na władcę nie tylko jako na tego, który przyczynił się do rozbudowy miasta, ale także na tego, który je scalał, jak zwornik sklepienie.
Mercato Nuovo ma pewien bardzo charakterystyczny punkt, niewidoczny, gdy stoją na nim kramy. Już kiedyś o nim wspominałam, ale teraz może szerzej wyjaśnię jego znaczenie.
W przypadku zagrożenia wojną przyprowadzano tutaj carroccio, rodzaj wozu na czterech kołach ciągniętego przez dwa byki, na którym umieszczano dzwon ostrzegający przed atakiem, informujący o porze powrotu wojska, odpoczynku. Z takiego wozu także ogłaszano miejskie zarządzenia.
Z wiekami wóz wyszedł z użytku, lecz został po nim ślad w postaci kamiennego koła, które przekształciło się w "kamień wstydu". Za nieuczciwe postępowanie (głównie oszukańcze bankructwo) wykonywano tu bardzo specyficzną karę, delikatnie nazywaną "kołyską".
Delikwent wiązany był za nogi i ręce i podwieszany tak, by odkrytymi pośladkami szorować po kamieniu w kształcie koła. Powstała rana sama z siebie była w tych czasach wielkim zagrożeniem dla życia, ale żeby wzmocnić jej działanie, przestępcę z zakrwawionym tyłkiem wrzucano na wóz pełen gnoju. Chyba nie muszę wyjaśniać, jak to się najczęściej kończyło?
Jak przystało na Toskańczyków, od sposobu wykonywania kary wzięło się wiele dotąd funkcjonujących powiedzeń i określeń.
Dzisiejsza płyta jest kopią z XIX wieku.
Zobycie nowych wiadomości o jednym z zabytków miasta prosto od fachowca, to sama przyjemność, a jeśli dołączy się do tego zobaczenie niedostępnego zazwyczaj poddasza - pełnia szczęścia.
Gdy otrzymałam mail informujący o zwiedzaniu, zastanawiałam się, którędy wejdziemy na górę. To wolno stojąca budowla, w grę nie wchodziła żadna kładka z sąsiedniego budynku (tak np. jest z muzeum Orsanmichele), drabinki, ani schodków dostawianych też nie widziałam. Podejrzewałam filary, lecz nie pamiętałam ich przekroju.
Dobrze kombinowałam.
Od wewnętrznej strony loggi w dwóch narożnikowych filarach ukryto wąskie klatki schodowe.
Mogliśmy wchodzić małymi grupkami, co powodowało, że na obejrzenie góry mieliśmy określony czas. Po drodze śpieszyłam się więc z robieniem zdjęć.
Po wejściu na górę zaskoczyła mnie spora przestrzeń, w dawnych czasach wykorzystywana na sprawy biurowe i archiwalne. Gromadzono tu wszelkie dokumenty związane z funkcjonowaniem Loggia del Mercato Nuovo. Dzisiaj strych nie odbiegł zupełnie od swoich funkcji, o czym świadczy obecność współczesnego boksu.
Przechowywanie łatwopalnych obiektów w tym miejscu wiązało się z dużym ryzykiem ich zniszczenia. Nie dość, że odkryta więźba dachowa jest z drewna, to sami odczuliśmy, jak gorąco jest tam w upalne letnie dni. A jeszcze należy pamiętać, że do oświetlania używano lamp oliwnych, wejścia są tylko dwa i to bardzo wąskie. O pożar nietrudno, dlatego koniecznym było dostarczenie na górę wody.
Do dzisiaj zachowały się kamienne zbiorniki (zasłonięte rupieciami), które napełniano wodą dostarczaną filarami, w których nie ma klatek schodowych
Pomyślano i o umyciu rąk, ciekawe, że nie zadowolono się owymi zbiornikami, lecz wybudowano kamienną umywalkę.
Przestrzeń aż się prosi, by być miejscem wystawowym. I tak właśnie jest.
Jednak wszystkich chyba zaintrygował i ubawił widok rozstawionego stołu do tenisa stołowego, świadczący o elastycznym podejściu do roli pomieszczenia.
A jeśli takiemu urzędnikowi gromadzącemu dokumenty w Logii brakowało kontaktu ze światem, mógł wyjść na balkonik i chociażby zaczerpnąć świeżego powietrza. Balkonik także mnie zaskoczył, wydawało mi się, że z zewnątrz znam ten budynek, lecz nigdy stojąc od strony Il Porcellino nie zadarłam głowy do góry.
Tą samotną wyprawą do Florencji znowu zaspokoiłam moją pasję szperacza i wtryniania nosa tam, gdzie wąsko, bywa, że dosłownie wąsko.
Etykiety:
Città Nascosta,
Florencja Firenze,
florencka włóczęga,
turystycznie
piątek, 30 sierpnia 2013
wtorek, 27 sierpnia 2013
LA FOCE - O SŁYNNYM ZYGZAKU I NIE TYLKO
Bodajże w pierwszej połowie lipca na kanale Domo TV emitowano czteroodcinkową serię o włoskich ogrodach. Jeden z odcinków poświęcono toskańskim zakątkom zieleni, z akcentem na Florencję i okolicę. Pokazano też jeden dalej położony ogród, który od dawna planowałam zobaczyć. Być może jeszcze trochę by to potrwało, ale gdy szukałam informacji w internecie, o wstępie, godzinach otwarcia, itp., trafiłam na zapowiedź koncertu wieńczącego 25 rocznicę Muzycznych Spotkań na Sieneńskiej Ziemi.
Zaraz po powrocie z warsztatów kaligrafii, w niedzielę 28 lipca ruszyliśmy na południe Toskanii.
Zwiedziona zajawką na kanale youtube, pomyślałam, że to coś w stylu naszej Grupy MoCarta.
Taaaa! Nie dość, że byłam w błędzie, to jeszcze namówiłam znajomych na wspólne wysłuchanie koncertu. Nie wiedziałam, gdzie się schować, bo poziom wirtuozerii nie przystawał do poziomu poczucia humoru i japońskiej krzykliwej stylistyki. Tylko jeden moment koncertu dostarczył mi błogiego poczucia piękna, gdy artysta, właściwie w ramach dowcipu, udownodnił, że umie zagrać utwór od początku do końca. Zagrał pięknie! Niestety reszta była na dość żenującym poziomie, a śmiech głównie dzieci świadczy o dość prostych gagach muzyków.
Szkoda!
Przewrotnie zaczęłam od zakończenia dnia, a teraz słów trochę o tym, co było przedtem.
Nie żałuję wyprawy, gdyż miałam w końcu okazję przyjrzeć się posiadłości La Foce, bowiem przed koncertem córka właścicieli - Benedetta Origo - osobiście oprowadziła wszystkich chętnych po ogrodzie, opowiadając przy okazji historię posiadłości.
O jakim miejscu piszę?
Znacie drogę zygzakowo wiodącą na wzgórze, z rosnącymi wzdłuż niej cyprysami?
Poajwia się w wielu kalendarzach, widnieje na wielu pocztówkach.
To fragment tego, co powstało wynikiem zakupu La Foce w 1924 roku przez małżeństwo Origo.
Przedtem na terenie posiadłości była tylko niewielka tawerna, ślad po dawnym szlaku pielgrzymim. Jesteśmy na obrzeżu słynnej Val d'Orcia, obecnie sielska, budząca zachwyty. Przed wojną panowała tam bieda, a wręcz nędza.
I tak na scenie losów rejonu pojawia się niezwykła para Iris i Antonio. Mieszane małżeństwo. Ona, z domu Cutting, obecnie bardziej znana od męża, Angielka i Amerykanka z pochodzenia, pisarka, głównie specjalizująca się w historii, zwłaszcza życiorysach. Wychowywała się między innymi w Italii, czerpiąc przykład z filantropijnej postawy swoich rodziców i dziadków. W 1924 roku wychodzi za mąż za 11 lat starszego od siebie Antonio, syna (z nieprawego łoża) markiza Clemente Origo.
Antonio był miłośnikiem życia wiejskiego, wielkim pasjonatem usprawniania pracy na roli, wynalazcą, trafił na żonę o zacięciu dobroczynnym, co zaowocowało rozwojem okolicy.
![]() |
| http://www.trustandtravel.com/blog/wp-content/uploads/2012/06/Antonio-Origo-.jpg |
Wybrali La Foce właściwie z motywów pozytywistycznych, ale także i dla niewątpliwego uroku oraz walorów krajobrazowych.
Iris ściągnęła na miejsce młodego angielskiego architekta Cecila Pinsenta, który stworzył projekt rozbudowy tawerny w okazałą posiadłość oraz przygotował plan zagospodarowania ogrodu, według swojej (z lekka błędnej) wiedzy o renesansowych ogrodach Italii.
Powstało miejsce niezywkłe, perła wspaniale wpisująca się w krajobraz.
Małżonkowie Origo nie poprzestali na "udoskonaleniu" własnego domu. Nauczyli kilkudziesięciu chłopów efektywnej gospodarki, oddali im ziemię w wieczystą dzierżawę.
Podczas wojny zajęli się ludnością zmuszoną do opuszczenia własnych domostw, nawet z odległych zakątków Półwyspu. Otoczyli opieką sieroty wojenne, a potem także i żołnierzy.
Przybyło wiele budynków, na których zachowane napisy mówią nam o pierwotnym ich przeznaczeniu, dowiadujemy się z nich o powstaniu amublatorium, szkoły podstawowej, domu dla dzieci, czy też karczmy dla rolników, by mieli gdzie odzyskać siły po pracy. To ostatnie miejsce przechodziło różne koleje losu, by od niedawna stać się bardzo dobrą restauracją, w której zatrzymaliśmy się jedynie na lekki posiłek przed samym koncertem.
Tak, jak wspomniałam, po ogrodach oprowadzała nas Benedetta, jedna z trojga dzieci Origo.
![]() |
| http://www.gazzettagastronomica.it/wp-content/uploads/Iris_Origo_Donata.jpg |
Oprócz niej urodziło się jeszcze dwoje, córka Donata oraz syn Gianni, który zmarł w wieku ośmiu lat i jest pochowany, wraz z rodzicami, na pobliskim cmentarzu. Jeden ze zwiedzających pytał się Benedettę, czy można tam dojść z ogrodu, Pani Origo wskazała kierunek, ale sama z resztą ludzi wróciła na wystawną kolację, którą można było zamówić przy okazji zakupu biletów na koncert. Nie rezerwowaliśmy sobie tego posiłku, więc wraz z tym panem udaliśmy się na cmentarz. Pan doszedł do furtki, zobaczył ścieżynę wiodącą przez las i zawrócił, lecz my, wraz ze znajomymi, ruszyliśmy dalej i dotarliśmy na krótką modlitwę przy skromnych grobach rodziny Origo. Pochowani są tam też okoliczni mieszkańcy, tak wiele zawdzięczający pozytywistycznym bohaterom La Foce.
Dzięki wizycie w ogrodach i spotakniu z naszymi dobrymi znajomymi, dzielnie przełknęłam gorzką pigułkę w postaci koncertu. Inaczej teraz spoglądam na słynny cyprysowy zygzak stworzony przez Antonio Origo, by łatwo dostać się do jednego z domostw na wzgórzu.
Obecnie część posiadłości można wynająć na pobyt wakacyjny. Kto chętny?
PS. Dzięki uprzejmości jednej z osób na moim forum dowiedziałam się, że ogrody można zwiedzać w środy od 15.00 do 19. 00 . Zapewne chodzi tylko o okres letni, bo potem jest już za ciemno.
sobota, 24 sierpnia 2013
NASTĘPNY DO STADA
Gościmy, ciągle jeszcze gościmy, czasami gdzieś jedziemy, bywa, że i my w gościnę. I tak oto zajechaliśmy do mojej ukochanej samotni za Sieną. Ale nie na wakacje, lecz z naszymi goścmi.
Ich córka zobaczyła łóżka, do których malowałam medaliony (wpis tutaj) i poprosiła o coś w tym stylu, od dawna marzył jej się podobny mebel. Wraz z siostrą wracała samolotem, więc można było wykorzystać wolne miejsca w samochodzie na przewiezienie ramy łóżka oraz czas dzielący wylot od powrotu rodziców. Na wykonanie pozostał mi tydzień, lecz niecały, bo czasami nie umiałam oprzeć się pokusie wspólnych wyjazdów, a dokąd, to w najbliższych wpisach.
Przedmiotem dzisiejszego jest łóżko.
Zaczęliśmy od wizyty u handlarza starzyzną. Wypatrzona rama pochodzi z XVIII wieku, to lokalna produkcja, co fachowiec rozpozna po sposobie łączenia elementów, ale ja fachowcem nie jestem, więc wierzę na słowo.
Niektórych łączeń brakowało, inne zostały uzupełnione przed laty. Widać, że dbano o mebel, naprawiano go. Podczas oczyszczania i zdzierania starych warstw farby, a raczej ich resztek, odkryłam, że zakończenia prętów i złącza były złocone. Jeszcze nie wiedząc o tym też chciałam pozłocić klamry, ale że wiele było już nieoryginalnych - zrezygnowałam z pomysłu. Pozłociłam kule i zakończenia prętów, następnie postarzyłam bitumem. Nie mogły za mocno świecić.
Całość pomalowałam matową farbą o barwie ciemnego kasztanu. Mat o wiele lepiej pasuje do wiekowego metalu.
Krzysztof pomógł mi od strony technicznej, powiększył otwory na śruby, bo poprzeczne listwy nie należały do tej ramy, uzupełnił brakujące klamry. Wyklepał blachę samego medalionu.
Długo nie mogło do mnie dotrzeć, dlaczego niektóre warstwy są oporne na działanie zmywacza do farb. A to była nierówna powierzchnia powstała w wyniku kucia żelaza.
Zgodnie z zamówieniem, nad przyszłą właścicielką będzie czuwał anioł w stylu Fra Angelico z lekko przestrzenną aureolą, a z tyłu zagościło wspomnienie jednej z wypraw - Capella della Madonna di Vitaleta, nieopodal Pienzy.
Ich córka zobaczyła łóżka, do których malowałam medaliony (wpis tutaj) i poprosiła o coś w tym stylu, od dawna marzył jej się podobny mebel. Wraz z siostrą wracała samolotem, więc można było wykorzystać wolne miejsca w samochodzie na przewiezienie ramy łóżka oraz czas dzielący wylot od powrotu rodziców. Na wykonanie pozostał mi tydzień, lecz niecały, bo czasami nie umiałam oprzeć się pokusie wspólnych wyjazdów, a dokąd, to w najbliższych wpisach.
Przedmiotem dzisiejszego jest łóżko.
Zaczęliśmy od wizyty u handlarza starzyzną. Wypatrzona rama pochodzi z XVIII wieku, to lokalna produkcja, co fachowiec rozpozna po sposobie łączenia elementów, ale ja fachowcem nie jestem, więc wierzę na słowo.
Niektórych łączeń brakowało, inne zostały uzupełnione przed laty. Widać, że dbano o mebel, naprawiano go. Podczas oczyszczania i zdzierania starych warstw farby, a raczej ich resztek, odkryłam, że zakończenia prętów i złącza były złocone. Jeszcze nie wiedząc o tym też chciałam pozłocić klamry, ale że wiele było już nieoryginalnych - zrezygnowałam z pomysłu. Pozłociłam kule i zakończenia prętów, następnie postarzyłam bitumem. Nie mogły za mocno świecić.
Całość pomalowałam matową farbą o barwie ciemnego kasztanu. Mat o wiele lepiej pasuje do wiekowego metalu.
Krzysztof pomógł mi od strony technicznej, powiększył otwory na śruby, bo poprzeczne listwy nie należały do tej ramy, uzupełnił brakujące klamry. Wyklepał blachę samego medalionu.
Długo nie mogło do mnie dotrzeć, dlaczego niektóre warstwy są oporne na działanie zmywacza do farb. A to była nierówna powierzchnia powstała w wyniku kucia żelaza.
Zgodnie z zamówieniem, nad przyszłą właścicielką będzie czuwał anioł w stylu Fra Angelico z lekko przestrzenną aureolą, a z tyłu zagościło wspomnienie jednej z wypraw - Capella della Madonna di Vitaleta, nieopodal Pienzy.
Słodkich snów Julio!
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
MOTYLE W MONTAGNANIE
Wakacje to niezwykle intensywny czas. Pełen wizyt, odwiedzin, interwencji "technicznych" oraz ludzkich, nawet szpitalnych. Trudno wyłuskać wolne chwile. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie następny dzień. Nie oznacza to jednak narzekania. Chciałam tylko wskazać na przyczyny mojego nieregularnego pisania i dużych, dużych zaległości.
Są goście, o których nie chcę pisać, by mogli cieszyć się zasłużoną anonimowością, wspaniali, dający podarunek niezwykłych osobowości, są zabłąkani jak dzieci we mgle, bywają wiedzący dokładnie, co chcą zobaczyć, wyznaczonym planem pobytu, a także snujący się bez żadnego pomysłu, lecz z radością odkrywający uroki Toskanii, tacy przejazdem i na dłużej. Znani, zaprzyjaźnieni i obcy, stający się potem bliskimi sercu. Wspaniała ludzka mozaika.
O jednej grupie z nich chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Kiedy tylko postanowiłam o niej napisać, wiedziałam, że do tytułu przyfruną motyle.
Oto, jak to z motylami było:
Gdzieś tutaj na blogu pojawiała się informacja, że Krzysztof ma pod opieką dwie parafie, więc z racji oczywistych, jedna z nich jest niezamieszkała, oczywiście ta druga, którą mu powierzono po kilku latach od objęcia pracy na pierwszej. Stała się nam pomocną w goszczeniu rodziny i przyjaciół.
Miesiąc temu przyjechała do Montagnany 12 osobowa ekipa, której trzon stanowiły kobiety należące do szkoły flamenco z Krakowa. I to właśnie flamenco narzuciło rytm pobytu, któremu musiały się podporządkować osoby towarzyszące, "nietupiące". Wspaniałe i piękne kobiety, na co dzień wykonujące inne ciekawe zawody, skrzyknęły się ze swoimi instruktorami i pod przewodnictwem nieocenionej Kingi zawojowały małą górską Montagnanę.
Wyobraźcie sobie niewielką miejscowość, bez atrakcji turystycznych, dzięki temu właśnie niezwykle atrakcyjną dla wszystkich naszych gości, żyjącą swoim rytmem, lekko senną, przysiadłą na zboczach gór wspinających się nad Pistoią.
Jest tam jeden bar, sklep spożywczy, ze słynną na cały okręg schiacciatą, po którą ustawiają się długie kolejki, no, i pizzeria popularnie zwana "U Diabła", z racji przydomku nadanego właścicielowi kilka lat temu przez moją rodzinę. Diabeł jest dosyć burkliwym restauratorem, ale za to rewelacyjnie gotującym, po bardzo bardzo przystępnych cenach. Dlatego dzielnie znosimy jego humory, warto się poświęcić dla jego potraw.
W takiej atmosferze, pewnego lipcowego poranka na tarasie pod plebanią, bohaterki tego wpisu zaczęły żmudnie ćwiczyć, kroki, obroty, powiewały chustami, wachlarzami, wybijały rytm butami i kastanietami.
Zawirowało, zatrzepotało i uśmiech wywołało.
Ludzie dziękowali Krzysztofowi, że obudził senną Montagnanę.
A największą niespodzianką był Diabeł, nie ten sam człowiek! Rozanielony, upodobał sobie w grupie jedną z pań, uroczą blondynkę, a jakże!
Czym się to zakończyło, o tym za chwilę.
Nasi flamenkowi goście każdego ranka usiłowali scalić swoje umiejętności w jednorodny układ taneczny, a wczesnym popołudniem ruszali na zwiedzanie Toskanii.
Jednego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie Giaccherino, wiedziałam, że sala przeznaczona na uroczystości weselne, sprowokuje ich do tańca. Poprosiłam więc, by przygotowali się na swojego rodzaju próbę wraz z krótką prezentacją dla tego samego dnia zwiedzającej Giaccherino grupy ks. Tomka z Warszawy.
Zdjęcia z klasztornej próby same w sobie stanowią dla mnie wielką wartość, więc chciałabym się nimi z Wami podzielić. Smaczku dodawała córeczka Asi (pomagającej przy organizacji pobytu Warszawiaków), na poczatku u mamy na kolanach, potem na boku usiłowała naśladować tańczące panie, a potem dała susa w sam środek grupy. Dodajcie jeszcze do tego czasami tuptającego pomiędzy paniami mopsa i robi się sytuacja cudownie nierealna.
Wszystkie próby w upale i wielki wysiłek tańczących miały swój finał w pokazie dla mieszkańców Montagnany.
Na koniec wszyscy nasi goście, Krzysztof i ja przeszliśmy do pizzerii po drugiej stronie ulicy, gdzie Diabeł nakarmił nas przesmaczną paellą i napoił sangrią. A Martę, która wpadła mu w oko próbował upoić grappą, lecz ta była dzielna, pamiętająca o czekającym na nią w kraju mężu :)
Co akurat nie speszyło Diabła.
Śmiech, radość i stukot butów, oklaski i egzotyka skrzydeł mantonów pozostawiły tak niezatarte wrażenia, że mimo wielu wydarzeń potem, z łatwością przypomniałam sobie atmosferę tamtych dni.
Z całego serca dziękuję Ci Kingo i wszystkim flamencowym szaleńcom za niezwykłość lipcowego tygodnia!
Są goście, o których nie chcę pisać, by mogli cieszyć się zasłużoną anonimowością, wspaniali, dający podarunek niezwykłych osobowości, są zabłąkani jak dzieci we mgle, bywają wiedzący dokładnie, co chcą zobaczyć, wyznaczonym planem pobytu, a także snujący się bez żadnego pomysłu, lecz z radością odkrywający uroki Toskanii, tacy przejazdem i na dłużej. Znani, zaprzyjaźnieni i obcy, stający się potem bliskimi sercu. Wspaniała ludzka mozaika.
O jednej grupie z nich chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Kiedy tylko postanowiłam o niej napisać, wiedziałam, że do tytułu przyfruną motyle.
Oto, jak to z motylami było:
Gdzieś tutaj na blogu pojawiała się informacja, że Krzysztof ma pod opieką dwie parafie, więc z racji oczywistych, jedna z nich jest niezamieszkała, oczywiście ta druga, którą mu powierzono po kilku latach od objęcia pracy na pierwszej. Stała się nam pomocną w goszczeniu rodziny i przyjaciół.
Miesiąc temu przyjechała do Montagnany 12 osobowa ekipa, której trzon stanowiły kobiety należące do szkoły flamenco z Krakowa. I to właśnie flamenco narzuciło rytm pobytu, któremu musiały się podporządkować osoby towarzyszące, "nietupiące". Wspaniałe i piękne kobiety, na co dzień wykonujące inne ciekawe zawody, skrzyknęły się ze swoimi instruktorami i pod przewodnictwem nieocenionej Kingi zawojowały małą górską Montagnanę.
Wyobraźcie sobie niewielką miejscowość, bez atrakcji turystycznych, dzięki temu właśnie niezwykle atrakcyjną dla wszystkich naszych gości, żyjącą swoim rytmem, lekko senną, przysiadłą na zboczach gór wspinających się nad Pistoią.
Jest tam jeden bar, sklep spożywczy, ze słynną na cały okręg schiacciatą, po którą ustawiają się długie kolejki, no, i pizzeria popularnie zwana "U Diabła", z racji przydomku nadanego właścicielowi kilka lat temu przez moją rodzinę. Diabeł jest dosyć burkliwym restauratorem, ale za to rewelacyjnie gotującym, po bardzo bardzo przystępnych cenach. Dlatego dzielnie znosimy jego humory, warto się poświęcić dla jego potraw.
W takiej atmosferze, pewnego lipcowego poranka na tarasie pod plebanią, bohaterki tego wpisu zaczęły żmudnie ćwiczyć, kroki, obroty, powiewały chustami, wachlarzami, wybijały rytm butami i kastanietami.
Zawirowało, zatrzepotało i uśmiech wywołało.
Ludzie dziękowali Krzysztofowi, że obudził senną Montagnanę.
A największą niespodzianką był Diabeł, nie ten sam człowiek! Rozanielony, upodobał sobie w grupie jedną z pań, uroczą blondynkę, a jakże!
Czym się to zakończyło, o tym za chwilę.
Nasi flamenkowi goście każdego ranka usiłowali scalić swoje umiejętności w jednorodny układ taneczny, a wczesnym popołudniem ruszali na zwiedzanie Toskanii.
Jednego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie Giaccherino, wiedziałam, że sala przeznaczona na uroczystości weselne, sprowokuje ich do tańca. Poprosiłam więc, by przygotowali się na swojego rodzaju próbę wraz z krótką prezentacją dla tego samego dnia zwiedzającej Giaccherino grupy ks. Tomka z Warszawy.
Zdjęcia z klasztornej próby same w sobie stanowią dla mnie wielką wartość, więc chciałabym się nimi z Wami podzielić. Smaczku dodawała córeczka Asi (pomagającej przy organizacji pobytu Warszawiaków), na poczatku u mamy na kolanach, potem na boku usiłowała naśladować tańczące panie, a potem dała susa w sam środek grupy. Dodajcie jeszcze do tego czasami tuptającego pomiędzy paniami mopsa i robi się sytuacja cudownie nierealna.
Wszystkie próby w upale i wielki wysiłek tańczących miały swój finał w pokazie dla mieszkańców Montagnany.
Zdjęcia zatrzymały drogocenne chwile, rytmu, śpiewu i przeniknięcia się dwóch światów. Instruktorka Małgosia zaprosiła chętnych z widowni do wspólnej zabawy, najbardziej pojętna dziewczynka okazała się uczestniczką zajęć tanecznych w Pistoi. Mała dziewczynka w różowej sukience niewiele musiała dodać do swojego ubrania, by wyglądać na tancereczkę flamenco. Mąż Ani, Francesco, z chęcią upozował się do zdjęcia.
A już wisienką na torcie okazało się pojawienie mieszkającej od kilkunastu lat we Włoszech Hiszpanki z Sewilli. Wyobraźcie sobie jej reakcję, gdy przejeżdżając zobaczyła grupę tańczących. Natychmiast zaczęła tańczyć. Robiła to tak zapamiętale, że porwała sobie buty, co nie przeszkodziło jej w kontynuowaniu zabawy.
Na koniec wszyscy nasi goście, Krzysztof i ja przeszliśmy do pizzerii po drugiej stronie ulicy, gdzie Diabeł nakarmił nas przesmaczną paellą i napoił sangrią. A Martę, która wpadła mu w oko próbował upoić grappą, lecz ta była dzielna, pamiętająca o czekającym na nią w kraju mężu :)
Co akurat nie speszyło Diabła.
Śmiech, radość i stukot butów, oklaski i egzotyka skrzydeł mantonów pozostawiły tak niezatarte wrażenia, że mimo wielu wydarzeń potem, z łatwością przypomniałam sobie atmosferę tamtych dni.
Z całego serca dziękuję Ci Kingo i wszystkim flamencowym szaleńcom za niezwykłość lipcowego tygodnia!
O pobycie, okiem i słowem uczestniczki, przeczytacie na blogu http://bsobiecka.blogspot.it
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















