czwartek, 7 lipca 2016

JEJ PASIASTA WYSOKOŚĆ PISTOIA

Od dawna chodziło za mną zrobienie pasiastego zestawu. 
Jest to szerokie wytłumaczenie, skąd wziął się (w zeszłym roku) pomysł na pracę do wiersza Moniki Zawadzkiej:

Ano stąd:


poniedziałek, 4 lipca 2016

EMPOLI? A CO TAM JEST?

Jak bardzo po macoszemu traktowałam dotąd Empoli może wskazywać na to fakt, że nie przyczepiłam etykiety o nazwie "Empoli" do artykułu wspominającego poprzednią wizytę w tym mieście. Znalazłam go tylko dzięki blogowej mapie Toskanii. Poprawiłam już oznaczenia, a dzięki temu niedopatrzeniu wiem, że zaniedbałam kilka skarbów kryjących się w tym mieście.
Położone w dolinie Arno, która to rzeka przez nie przepływa. Domyślam się, że równina i otoczenie z rozbudowaną infrastrukturą przemysłową nie zachęcają do wizyty, a jednak coś tam jest!
To tutaj znajdziemy chociażby kolegiatę św. Andrzeja z geometryzującą fasadą w stylu florenckiego romanizmu, ze sztandarowymi przykładami w postaci Baptysterium, czy kościoła San Miniato.
Ale nie o kolegiacie dzisiaj napiszę.
Udało mi się pogodzić godziny wizyt w dwóch małych muzeach - perełkach.
Za bardzo niewygórowaną cenę biletu (3,10 €) można wejść do obydwóch tych instytucji. Kolekcje są niewielkie, takie jak lubię, na miarę zwyczajnej pamięci.
Pierwszy zbiór - sakralny, ogranicza się głównie do sztuki dawnej, więc miód na serce me. Wyobraźcie sobie puste muzeum, wszystko tylko dla Was!
Jedyną osobą, która na chwilę przerwała zwiedzanie, była młoda kobieta. Dowiedziała się, że pytałam w kasie o Hebrajską Madonnę i przyszła zobaczyć, ktom zacz, bo specjliazuje się w hebrajskiej tematyce. Przedstawiła się jako przewodniczka, ale coś trudno mi w to uwierzyć. Zapewne zna się na swojej specjalizacji, tego nie byłam w stanie ocenić, ale inne dziedziny trochę się jej mieszały. Myliła czasami nazwy, czegoś tam nie wiedziała. Chociaż, szczerze muszę przyznać, że kilka ciekawostek od niej usłyszałam. Rozmawiałyśmy o małych muzeach i skarbach, jakie kryją. W pewnym momencie pokornie przyznała, że widziałam miejsca, do których nie dotarła. To chyba częsty przypadek w każdym kraju, że mając pewne skarby w zasięgu ręki, odkładamy ich zobaczenie na wieczne później.
Jeśli więc będziecie w pobliżu, jeśli lubicie sztukę średniowieczną i renesansową na najwyższym poziomie, jeśli chcecie do woli delektować się każdym obrazem, jeśli źle się czujecie wśród tłumów - jedźcie do Empoli.
Wejście do muzeum przy Kolegiacie św. Andrzeja dość trudno znależć, należy pójść z prawej strony świątyni (koło kwiaciarni) i wejść w bramę prowadzącą na plebanię, plebanię z pięknym chiostro (Ach! Marzenie me!).

To właśnie na jego górnym poziomie umieszczono kilka dzieł z warsztatów della Robbia i Buglioniego, w tym Hebrajską Madonnę.


Kliknij, by pokręcić się po dziedzińcu.

Tuż przed wejściem na dziedziniec, po lewej stronie znajdziecie kasę i równocześnie wejście do mueum.
Zbiór jest jednym z bardziej znaczących wśród małych toskańskich kolekcji, zarazem będąc też jednym z najstarszych tego typu.
Na całość składają się pomieszczenia na parterze i piętrze, plus loggia z majolikowymi rzeźbami.
Niższe pomieszczenia znajdują się w pozostałościach po starym kościele św. Jana Chrzciciela, przekształconym kiedyś w baptysterium.  Stare kamienie, prosty łuk przypominają o czasach, gdy chrzczono tu ludzi. Na przeznaczenie miejsca ma wskazywać najdziwniejsza misa chrzcielna, jaką dotąd spotkałam. Olbrzymia, marmurowa waza powstała w XV wieku. Skoro już jesteśmy przy wodzie święconej, to wspomnę jeszcze dużą misę na wodę święconą, o formie dużo częsciej spotykanej. Warto jednak było zajrzeć do jej czaszy, co za fantazja, by wyrzeźbić w niej delfiny!


Wchodzących wita "Pieta" namalowana przez Masolino - tak, tak, to ten sam malarz, który ropoczął ozdabianie słynnej Kaplicy Brancacci we Florencji. Autorstwo przypisywano i jego koledze - Masaccio, współcześni historycy sztuki zdecydowanie jednak wskazują na Masolino.
To jeden z niewielu malunków na parterze muzeum.

Pozostałe eksponaty są niezwykłej urody rzeźbami.


Można im pozaglądać w detale, pozachwycać się maestrią dłuta. Wspaniale!
A potem wchodzi się na piętro i ...
Tyle piękności!

Nie chcę opisywać każdego obrazu po kolei. Pinakoteka ma świetne obrazy, a jej sztandarowym autorem jest Francesco Botticini. Spodziewajcie się też Agnolo Gaddiego, Lorenzo Monaco, Bicci di Lorenzo, czy nawet małego obrazu Filippo Lippiego.
Dech zapiera!
Wybiorę fragmenty, które przykuły moją uwagę.

Predella (podstawa nastawy ołtarzowej) z natury rzeczy jest zestawem obrazków, najczęściej stanowiących jakąś historię. Ta akurat opowiada o Cudzie Najświętszego Krzyża, który wydarzył się pod koniec XIV wieku. Bracia z Kompanii Krzyża wyruszyli z pokutną wyprawą na przebłaganie, by odwrócić zarazę. Wędrowali po całej okolicy. Pewnego dnia, zatrzymali się, by odpocząć. Oparli niesiony krzyż o wyschnięte drzewo migdałowe, które cudownie rozkwitło, co było dla nich widomym znakiem zapowiadającym zakończenie epidemii. Rozradowani wrócili do domów.
Kiedyś predella była pod ołtarzem z tymże krucyfiksem, ale z czasem zrobiono marmurową oprawę i niewielkie obrazy przeniesiono, najpierw do innej kaplicy, aż w końcu znalazły się w muzeum. Ów krzyż dotąd jest w Kolegiacie, pokazałam go we wspomnianym na początku artykule.
Zafascynowała mnie nie tyle historia, co styl - swoisty przeskok do naszych czasów, a podkreśla go szalona tajemnica. Przez brak oczu, sylwetki wydają się jakieś uwspółcześnione, bliskie XX wieku, tylko ten brak wyraźnie nie był zamierzeniem autora. Oczy są zamalowane!
O co chodzi?
Zapytałam tę kobietę przewodniczkę, była w ogóle zaskoczona tym detalem.
Szukałam wyjaśnień. Nie znalazłam. Oczywiście, psychologicznie, antropologicznie i w ogóle ...     "-cznie" można zapewne wyjaśnić podłoże, psychikę, zamiary. Ale dlaczego? Dlaczego ktoś pochylił się nad tymi maleństwami i misternie, plamka po plamce zabrał im spojrzenie?

W pięknym poliptyku pistojskiego anonima poruszył mnie św. Antoni Opat. Gdyby nie charakterystyczna laska w kształcie Tau oraz aureola, można by pomyśleć, że to Żyd, a wszak on pochodził z koptyjskiej rodziny mieszkającej w Egipcie. Bez wzglęu na to - bardzo mi się spodobała jego sylwetka.

W zestawie piętnastu scen najbardziej zdziwił mnie ... opis, że to historie Matki Bożej i Chrystusa. Zaraz, zaraz! Nikomu na myśl nie przyszło, że to jest malarska wersja Różańca?

W obrazie Adoracji Dzieciątka ucieszył mnie mały Jan Chrzciciel podtrzymujący kuzynowi główkę. Ładny gest, taki ludzki. A teraz wróćcie do mojego anioła o imieniu Wątpię. Coś w tym jest! Może mój anioł to jakiś krewny Jana Chrzciciela z obrazu?

I na koniec Francesco Botticini (jego są anioły).

Myślę, że to bardzo niesłuszne, że tak mało jest znany. A właściwie znani, bo część obrazów powstała przy współpracy Francesco z synem Raffaello. Pierwszy raz poznałam Botticiniego 10 lat temu. Wtedy nie mieszkałam jeszcze w Toskanii, ale byłam tu na wakacjach i w ramach akcji "Wielkie dzieła sztuki w lustrze" zobaczyłam kilka prowincjonalnych muzeów, a w nich zestawienia dzieł bądących na ich stanie ze słynnymi nazwiskami, albo tymi samymi tematami z Florencji.
W Empoli spotkało się wtedy "Zwiastowanie" Botticiniego ze "Zwiastowaniem" Botticellego (cóż za piękna gra brzmień). Byłam zaskoczona in plus na rzecz Botticiniego. Nie, żeby mi się Botticelli nie spodobał, ale jakoś blado wtedy wypadł przy Botticinim.
Dzisiaj myślę, że obydwa dzieła warte spotkania a to, które się bardziej może spodobać, jest kwestią nastroju, upodobania do scen bardziej lub mniej rozbudowanych. U Botticiniego jest bardziej statycznie, spokojnie, rytmy cyprysów, sklepienia, czy nawet cegieł, wprowadzają ład, nadają scenie klimat skupienia, nastroju. Czuć tu powagę i znaczenie nadzwyczajnego spotkania.

U Botticellego dzieje się, oj! dzieje.
http://archivio.gonews.it/foto/annunciazione_san_martino_alla_scala.jpg
Nie wiedziałam, na czym skupić wzrok. Miałam wrażenie, że artysta oddalił anioła od Maryi, byśmy mogli delektować się jego warsztatem, wspaniałą perspektywą, pięknem draperii, czy sztukaterią na filarach. Promienie będącę znakiem treści wypowiadanej przez Archanioła Gabriela z trudem docierają do odsuniętej na bok Maryi Panny. Same w sobie promienie fantastyczny pomysł, bo nie wychodzą z ust Archanioła, tylko zza niego, sugerując, skąd idzie posłanie.
Specjalnie wspomniałam i opisałam Botticellego, którego obecnie nie ma w muzeum przy kolegiacie (jego miejsce jest w Uffizi, jeśli nie jeździ po wystawach). Chciałam podkreślić wyjątkowość Francesco Botticiniego i nieśmiało poprosić w jego imieniu, byście zapamiętali tego, którego malarstwo miało wpływ na przyćmiewających go sławą Lippiego czy właśnie Botticellego. A przecież to oni z niego czerpali. Zobaczcie, czyż nie zasługuje na to, by do muzeum w Empoli ciagnęły rzesze miłośników sztuki:

W "jego" sali Krzysztof zrobił zdjęcie sferyczne.

Inne dzieła mistrza możecie spotkać w Uffizi, Galleria dell'Accademia, w kościele Santo Spirito we Florencji, w Londynie, Berlinie, czy Nowym Jorku.

Teraz zmiana muzeum i tematyki.
Bohaterem drugiej części tego artykułu będzie szkło. W świecie szklanych cudeniek istnieje określenie "zieleń z Empoli", to taka głęboka, niemal szmaragdowa zieleń, z różnymi odcieniami.
Miasto od XV wieku było silnym ośrodkiem przemysłu szklarskiego, powstawały tu głównie pojemniki użytku powszedniego, takie jak gąsiory, butelki, ampułki, misy, talerze, dzbany, kieliszki, itd., itd.
MUVE jest idealnym miejscem dla doznań wzrokowych, ale, niestety, pogłębia też moją fiksację na punkcie szkła. Kilka obiektów upolowałam w ciągu paru lat.

Kupiłam je na starociach, więc zaintrygowało mnie, że w muzeum nie znalazłam informacji o aktualnej produkcji. I chyba takowej nie ma. Trudno doszukać się w internecie, co się stało, mogłam zapytać w muzeum, ale akurat trwały przygotowania do jakiegoś koncertu i zwiedzający byli zostawieni samym sobie.
Zdjęcia z trudnością oddają piękno tego szkła. Po pierwsze, skończyła mi się bateria w aparacie i korzystałam z telefonu, a po drugie podświetlenie witryn od dołu jest efektowne dla zwiedzających, lecz nie dla obiektywu, no i same szyby witryn to przeszkoda nie do pokonania.

Mam nadzieję, że, mimo niedoskonałości dokumentacji, zachęcę Was do wizyty w tym muzeum.
Zobaczycie tam nie tylko szklane eksponaty, ale i wszystko, co było związane z ich produkcją.

To jeszcze nie jest ostatnie słowo Empoli, miasto wie, co pominęłam, więc mi nie odpuści.

piątek, 1 lipca 2016

HEBRAJSKA MADONNA - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Parę lat temu podczas zwiedzania jednego z florenckich pałaców usłyszałam historię pewnej kapliczki z Empoli. Wybrałam się, żeby ją sfotografować, ale nie zdążyłam przed zamknięciem muzeum przy kolegiacie.
Minęły dwa lata i w końcu zrealizowałam zamierzenie.
Na pierwszym piętrze kolekcji jest wyjście na balkon, gdzie ulokowano dzieła z warsztatu della Robbia. Wśród nich jest wyjątkowa kapliczka przeniesiona z budynku Palazzo Pretorio stojącego w pobliżu kościoła.
Przedstawia naturalnej wielkości Madonnę z Dzieciątkiem, a w łuku nad nią Ducha św. pod postacią gołębicy. Dzieciątko, niestety, straciło głowę mniej więcej w XVIII wieku.


Jest to majolika w charakterystycznych dla della Robbia barwach, czyli białe postaci na niebieskim tle.  Na dole jest tablica wyjaśniająca, kto "ufundował" powstanie dzieła.

DEL PREZZO · DELGLEBREI · PER LORO · ERRORE · FERNO · A LAVDE · DI DIO · FARE · QESTA · GLI OTTO · SEDETE · NEL · 18 · DOMENICO · PARIGI · QVI · PRETORE

Co mniej więcej można przetłumaczyć na polski tak:

Z opłaty Hebrajczyków, za ich błąd, na chwałę Boga, Rada Ośmiu zrobiła  w (15)18 roku. 
Domenico Parigi - tutejszy Pretor 

Już z samej tablicy można się domyślić, że pewien Hebrajczyk (lichwiarz Zachariasz syn Izaaka) musiał opłacić karę. Kara dotyczyła jego synka, który wykonał jakiś gest bluźnierzy względem przechodzącej procesji. 
Zachariasz i tak został potraktowany łagodnie, bo we Florencji, za coś takiego można było wtedy stracić życie.
Od tego czasu na tę rzeźbę mówi się Hebrajska Madonna.

wtorek, 28 czerwca 2016

HEJ, TAM! NA POŁONINIE!

To było trzecie podejście do wyprawy poza miasta i miasteczka. Pomysł padł ze strony Krzysztofa, trochę już umęczonego zwiedzaniem. Nie dziwię się. Jakoś też miałam ochotę na powietrze, rośliny, tak bez architektury, samochodów, tłumów, chaosu, hałasu.
A nie, nie. Hałasu nie udało nam się uniknąć, ale był bardzo specyficzny.
Wybraliśmy się w góry!
Tak, tak. Ja, histeryczny lękowiec wysokościowy dałam się namówić na wyprawę.

Nie myślcie, że coś się zmieniło. Po prostu, już widziałam te góry, byłam niepodal celu 10 lat temu, a z kolei poczatek naszej trasy przewinął się gdzieś na zdjęciach z grzybobrania.
Z całej wycieczki najtrudniejsza była jazda samochodem, bez "travel gum" chyba bym nie dała rady. Przezornie też uszykowałam wersję piknikową obiadu, żeby nie jechać z pełnym żołądkiem.
Dojechaliśmy na wysokość ok. 1600 m n.p.m. i zaczęliśmy właśnie od posiłku.


Auta zostawia się na drodze, w punkcie szumnie nazwanym Parcheggio Lago di Scaffaiolo, dalej rusza się oznaczonym szlakiem. Łagodne podejście trwa około godziny i kończy się nad lago (czyli jeziorem). Można, oczywiście, iść dalej, ale na pierwszy raz trzeba było zadać sobie przejście w wersji light.
Dziwnie może to zabrzmieć, ale udało mi się nawet lekko zmarznąć. I powodem tego nie była bezpośrednio wysokość, tylko wiatry wspinające się po przełęczach. Były tak silne, że kilka razy z ledwością utrzymałam równowagę. Ciekawa jestem, czy zawsze tak dują? Gdy tylko przeszliśmy na zawietrzną stronę gór, wszystko się uspokoiło. Wtedy można było naprawdę odczuć, jaka jest różnica temperatur między niziną a szczytami Apeninów. Coś wspaniałego na piekące upały!
Zdjęcie sferyczne z wyprawy.
Spodziewałabym się większej liczby ludzi, bo wszak niedziela, trasa łatwiuśka (nawet zakwasów nie miałam, ja - cienias sportowy), zdarzały się większe grupki, rodziny, ale wszystko jakoś tak znośnie, bez utrudnień w ruchu. Większość wyruszyła rano, zjadła zapewne coś u góry i wracała, gdy my dopiero weszliśmy na szlak.






Z powrotem szlaki świeciły pustkami, z rzadka żegnając niedobitków. Nasze auto było już jedynym oczekującym.


Największy harmider robiły dzieciaki pod schroniskiem.

Zaczynały właśnie kolejny wakacyjny turnus przygody w górach. Świetny pomysł, brak zasięgu telefonii i internetu "skazał" je na zabawy proponowane przez prowadzących ten obóz. Widzieliśmy jak poszukiwali skarbów.

W ulotce było wspomniane, że będą też poznawać rośliny, uczyć się różnych ciekawych zjawisk, itp.
Niektórzy dorośli chyba już swój skarb znaleźli:

A skoro już o schronisku mowa. To dzięki zawieszonej tam web kamerze (chyba sygnał idzie przez satelitę, bo wspomniałam już, że sieci nie ma) wcześniej uniknęliśmy wędrówki w chmurach. Dwie kolejne niedziele podglądałam rano, jaki jest stan. Miałam wrażenie, że kamera się nie odświeża, bo  było widac tylko stolik przed schroniskiem. W końcu ukazało się i jeziorko i cała dal za nim.










W schronisku najpopularniejszym napojem była ... herbata!
No, baaa!
Po takich hulaszczo-wietrznych kompanach podróży nic innego nie wchodziło w grę. Plus trochę słodkiego, ale to w ramach obchodów pewnej rocznicy.

Niniejszym chciałam też odszczekać lekkie podśmiechujki z pewnej pary, która wydawała się przesadnie ciepło ubrana.

Ja wzięłam na wszelki wypadek coś z długim rękawem. Głównie szczelne okrycia głowy budziły potem moją jawną zazdrość, zwłaszcza w drodze powrotnej, gdy szliśmy szczytami na wysokości niemal 1800 m n.p.m. Nagrałam to wycie wiatru, chociaż moja głowa dotąd pamięta i ten dźwięk i te szalone prądy powietrza czyniące mi nową fryzurę na głowie. I dla porównania, już niżej, gdy z powrotem było słychać ptaki.
Postanowiałam patrzeć nie tylko w dal, ale i uważnie pod nogi, by przyjrzeć się roślinności. O jagodach już wiedziałam, tym razem zaskoczyły mnie żółciuśkie bratki. Nie miałam pojęcia, że są w stanie tak wysoko i dziko rosnąć. Wiele razy przekraczaliśmy strumyki, nie dziwiły więc przy nich swojskie kaczeńce. Przyznam się od razu, że wzruszyłam się na widok niezapominajek. Pierwszy raz widziałam je tu w naturze.










Cały spacer dodał mi skrzydeł. Czułam się fantastycznie, już bym chciała wrócić i powędrować którymś ze szlaków. Czarnych jagód jeszcze nie było, ale spróbujcie sobie wyobrazić, że większość zieleni na tych wzgórzach jest utworzona przez krzewinki.









Zbierać bez specjalnej licencji ich nie można, ale tak garściami do buzi, i owszem.

Informacja dla chętnych takiej przygody:
Większość trasy przebiega w Toskanii, tylko na końcu wkroczyliśmy na teren Emilia-Romania.
Na początek szlaku można dojechać autem, choć droga na końcu jest bardzo "terenowa".

Można też zostawić auto w Doganaccia, podjechać kolejką (widziałam działającą), można i z Doganacci już iść pieszo. Tuż przy "pinezce" wchodzi się na szlak (na widocznej mapie w prawo) i idzie ku jeziorku. Trasa jest oznaczona barwami naszej polskiej flagi.

Ta wyprawa, a raczej wyprawka, była też uczczeniem mojej osobistej rocznicy (już dziewiątej) zmiany życia, wywrócenia go do góry nogami. A może wręcz przeciwnie? Stanięcia na nogach, choć z bardzo dużymi skrzydłami ? Tym razem więc moje zdrowie wypiję czymś absolutnie pysznym i bezalkoholowym, o czym wspomniałam w artykule o strawionym Neapolu. Otóż, Krzysztof kiedyś w jednym z barów wypatrzył spremuta, czyli świeżo wyciskany sok z granatów. Lekko cierpki, wspaniały smak! W Neapolu sfotografowałam plakat, na którym napisano jakieś jednostki antyoksydantów, których granaty mają niebotyczne ilości.

Bez względu na ich wartość odżywczą polecam przekroić owoc na pół, posłużyć się wyciskarką do cytrusów i pić.
Tak smacznie i zdrowo zaczęłam dziesiąty rok zamieszkania w Toskanii.
Alla salute!
SalvaSalvaSalvaSalvaSalvaSalva
SalvaSalvaSalvaSalvaSalvaSalvaSalvaSalvaSalvaSalva
SalvaSalva