piątek, 1 lutego 2008

~ NIEMAL WŁOSZKA


I wróciłam. Krótki pobyt w Polsce, ukochana Rodzina, przemiłe spotkanie z klasą, a jednak gdy się obudziłam w nocy, to szukałam mojego obecnego pokoju. Zadomowienie? Chyba tak. Mogłabym napisać: jak ja kocham mieszkać w Toskanii! I byłoby to absolutną prawdą. Zupełnie niechcący jednak udzieliła mi się włoskość w traktowaniu podróży. Ja, która kiedyś szykowałam się wiele dni do wyjazdu, teraz przekonana co do terminu wylotu ani pomyślałam sprawdzić dane przed wylotem i … masz babo placek! Spóźniłam się na samolot, co znajomy skwitował zitalianizowaniem. Tak więc niespodziewanie wracałam z przesiadką w Szwajcarii.

Dobrze, że miałam paszport a nie dowód osobisty, bo inaczej kiszka!
5 godzin później wylądowałam w Rzymie na Fiumicino a potem to już sama radość. Zjechaliśmy na dwa dni z trasy zaszywszy się w południowo-wschodni zakątek Umbrii.
Pierwszą przyczyną była Św. Rita, której należały się podziękowania za wstawiennictwo i owocne wysłuchanie modlitw w beznadziejnej sprawie. Polecam tę świętą. Już drugi raz z sukcesem powierzyłam jej swoje (i nie tylko swoje) problemy, które uważałam za nierozwiązywalne. O Ricie może jeden z następnych wpisów do bloga, bo wszystkiego i tak nie dam rady dzisiaj opisać.
Obraliśmy kierunek Cascia, ale ponieważ sama miejscowość mało atrakcyjna turystycznie, zatrzymaliśmy się w Nursji – mieście narodzin Św. Benedykta i jego siostry Scholastyki.







Norcia (Nursja) jest przeuroczym miasteczkiem, całym niemal otoczonym starymi murami z siedmioma bramami. Panuje w niej spokój, porządek i zimą absolutnie niemal brakuje turystów. Właścicielka hotelu narzekała, że mało kto do nich zagląda, nawet w sezonie, bo nie nad morzem, bo mało zabytków. Moim zdaniem na jakiś weekend albo parę dni, z wypadami w okolicę, to bardzo dobry pomysł. Tzw. niski sezon stanowi też atrakcję cenową, zwłaszcza gdy wybierze się słabszy hotelik a z braku gości właściciele (rodzina Bianconi) dają człowieka do dużo lepszego lokum za tę samą cenę. Na dole hotelu restauracja, w której gość hotelowy ma zniżkę 10%, a i tak ceny niewysokie, za to jedzonko pyszne!






Atrakcją kulinarną Norci jest mięso z dzika oraz czarne trufle, przerabiane na wszystkie możliwe sposoby, od zwykłego zagotowania, poprzez wyszukane dodatki z mięsami aż po alkohol „Amaro al tartufo” (tartufo = trufla). Ciekawa byłam ich smaku, bo ogólnie za grzybami nie przepadam. No proszę! Ich grzybowo-mięsny smak bardzo przypadł mi do gustu. O tych niezwykłych grzybach postaram się napisać osobną notkę.
Na spotkaniu w Polsce z moją licealną klasą koleżanka powiedziała, że bardzo dużo piszę tu o jedzeniu, ale jak nie pisać, gdy to wszystko takie niesamowite i ciekawe, no i często wymaga odwagi przy spotkaniu z nowym smakiem, m.in. w przypadku trufli.
Miła atmosfera restauracji, olbrzymi kominek, w którym podpiekano grzanki dla gości, szybka sympatyczna obsługa i przysiadająca się do biesiadników właścicielka, polecająca potrawy, miejsca do zwiedzenia, pytająca się z troską o spędzony czas. Na takim podłożu przemiło spacerowało się po niewielkiej Norci. Najpierw oczywiście kroki prowadzą na plac z pomnikiem Św. Benedykta, potem do kościoła zbudowanego w miejscu domu jego narodzin. Z bardzo ciekawą loggią w której zgromadzono średniowieczne pojemniki-miary.






A potem już powolne rozglądanie się wokół. Dosyć przytulne słońce prowadziło nas uliczkami do pięknych i mniej pięknych zakamarków. Wspólnie zadecydowaliśmy, że na listę atrakcji wpisujemy niewielką edicolę – kapliczkę, świątyńkę. Ornamentyka wykuta w jasnym wapieniu zdumiała bogactwem i pomysłowością. Próbowałam wyobrazić sobie człowieka, który w XIII wieku kuł tak misternie, jak by pióro prowadził po papierze, a nie dłuto po kamieniu.







Po obiedzie pojechaliśmy na Mszę do Casci. Sezon bardzo nieturystyczny. Zero pielgrzymek, zero pielgrzymów.






Spokojnie pomodliliśmy się sam na sam przed świętą. Zawsze zdumiewa mnie umiłowanie Włochów do daleko posuniętego naturalizmu, wkraczającego już na tereny turpizmu, zarówno w religii jak i życiu codziennym. Całe tusze w sklepach mięsnych w Puglii, gołębie sprzedawane jak kurczaki z tym, że z łebkami. A co powiedzieć na figury Chrystusa na krzyżu oblane krwią, prawdziwe włosy w rzeźbach i, gdy tylko się da, zwłoki w szklanych trumnach (tak jest wystawiona m.in. Św. Rita, Jan XXIII, czy Małgorzata z Cortony). A może przez to bardziej obłaskawiają śmierć?


Prosto z Casci pojechaliśmy spotkać wieczorne Spoleto. Jak na razie mieszane uczucia, Chyba to niedobra pora dla tej miejscowości, ciemno, ponuro i w dodatku sezon zimowy, więc dużo remontów. Jest jednak parę obiektów, dla których nawet w tak niekorzystne wczesno wieczorne godziny warto było pojechać. A mając na względzie mój brak zachwytu dla pierwszy raz zobaczonej, a teraz ulubionej Lukki, czekam na nowe spotkanie ze Spoleto w przyszłości. Wypatrując więc ciepłego dziennego spojrzenia zatrzymuję pod powieką most o długości 230 metrów nazwany prze Goethego akweduktem.




Czym jest rzeczywiście? Kto wie? Na widok tej budowli strach przed wysokością boleśnie odezwał mi się w łydkach. Co tam długość ! Ale ta odległość w dół! Drugim zachwycającym punktem była na pewno katedra.




Niestety obejrzana tylko z zewnątrz. Przedziwnie usytuowana na krańcach starego miasta. Przypomniała mi stojącą nad brzegiem morskim, niczym latarnia dla zbłąkanych dusz katedrę w Trani. Kogo jednak przywoływała Katedra w Spoleto? Ludzi chętnie zagłębiających się w zaułki sumień? Darmo jej szukać na centralnym placu. A skoro o placu mowa, to ten przed spoletańskim Duomo śliczny, amfiteatralny z czarodziejską akustyką. Długo szukaliśmy grupki osób, których głosy słyszeliśmy podchodząc do budowli. W końcu z boku krużgankowego portalu wypatrzyliśmy młodzieńców, kulturalnie wiodących sobie rozmowy przy … i kto wie jeszcze przy czym. Zastanawiające było to, że nie odczuwałam lęku przed „złotą młodzieżą” (jak w kraju) – a przecież pod katedrą byli tylko oni i my, dziwni turyści.
Następnego dnia zaopatrzeni w wyroby umbryjskie, oczywiście kulinarne, ruszyliśmy w drogę powrotną. Całą drogę usiłowałam rozgryźć różnice w krajobrazie południowej Umbrii i Toskanii. Ta pierwsza chyba jest bardziej kamienna, w Toskanii jednak dużo więcej domów jest otynkowanych. Surowości umbryjskim widokom dodają wysokie góry wyrastające tuż nad takimi miejscowościami jak Norcia, Cascia czy Spoleto. Oczywiście północna Toskania też ma tak wysokie góry, więc może powinnam zobaczyć raczej podobieństwo tych dwóch krain? Przecież nie wszędzie w Toskanii królują łagodne pagórki, gaje oliwne, cyprysy i winnice dające przepiękny melanż zieleni.

Więcej zdjęć z wyprawy w albumie Picasy

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza