niedziela, 17 lutego 2008

~ ZŁODZIEJ CZAS


Ratunku! Ktoś mi ukradł cztery dni!!! Spróbuję sobie przypomnieć, co to było. Czwartek na pewno jeszcze malowałam. Trochę mi to więcej czasu zabiera, niż przewidywałam, ale nie mam wprawy w tak dużych płaszczyznach i w takim zamierzeniu. Usiłuję zrobić trompe’oil na kratę wejściową do mieszkania. Powolutku coś się wyłania, ale czy będę z tego zadowolona?
Popołudniem odwiedziła mnie Stefania. Tym razem dużo trudniej mi się z nią rozmawiało, bo zaczynają mi się mieszać języki. Stefania zresztą też już kompletnie została zbita z tropu i posługiwała się i angielskim i włoskim, w czym ja już mogłam jej wtórować. A wieczorem siedziałam i uczyłam się dalej włoskiego.
Piątek wyjęcie szwów. Tym razem dużo dzielniej to zniosłam, niż dzieckiem będąc. Wtedy, źle poinformowana przez dzieci z przedszkola, darłam się wniebogłosy na całą przychodnię i nie dałam sobie wyjąć szwów. W tej sytuacji, zdana na samą siebie (Krzysztofa wszak nie było), nie miałam nawet przy sobie komórki, nie wyobrażałam sobie drzeć się po polsku we włoskiej przychodni, więc odpuściłam sobie. I dobrze, bo okazało się, że dzieciaki te kilkadziesiąt lat temu nie miały racji i wielce nie bolało hi hi hi! Trudność mojej sytuacji spotęgował potem jeszcze lekarz, który przy poprzedniej wizycie nie dał mi takiego specjalnego druczku, z którym tutaj idzie się opłacić każdą wizytę. Nie są to wielkie pieniądze, ale nie ma tak, by opieka była zupełnie bezpłatna. Za pobyt w szpitalu nie trzeba było płacić. Powoli rozgryzam system. Wracając do trudności, polegała na tym, że musiałam dokonać tej płatności sama, a automat, w którym to można było zrobić (o czym wiedziałam) był zepsuty. Trochę się nawędrowałam w ramach samego szpitala, w którym jest przychodnia, ale wyszłam zwycięska.
Zdążyłam jeszcze wrócić do domu, zjeść śniadanie wyprowadzić psy i popędzić na lekcję włoskiego. Bardzo mi się na kursie podoba, ponieważ jest to kurs nauki języka i kultury włoskiej. A co od sztuki (szeroko pojętej) może lepiej scharakteryzować kulturę tego kraju. Dla mnie to nie nowość maski z komedii dell’arte albo np. malarstwo Caravaggio, o którym mam dziś w ramach zadania domowego obejrzeć film w TV. Widzę jednak, jak bardzo daleko jest od nas Japonia (dosłownie i w przenośni) – Mijuko ma chyba największe problemy ze zrozumieniem kraju w którym się znalazła.
Popołudniem w piątek gościłam Anię. Więc niewiele więcej już namalowałam. A w sobotę trochę ogarnęłam dom, ugotowałam obiad i trzeba było jechać do Pizy po Krzysztofa. Ależ cudownie się jechało autostradą. Był dość słaby ruch, więc spokojnie rozglądałam się po okolicy. Ciągle się nią zachwycam i na głos w samochodzie mówię do siebie: „jak ja kocham tutaj mieszkać!” Tylko 40 minut i już byłam na lotnisku. Przesympatycznie było obserwować wychodzących pasażerów. Była wśród nich grupa nastolatek, bodajże z Niemiec. Było widać po ich minach, jak się od razu ciekawie rozglądają, jak by Krzywa Wieża miała już stać w hallu lotniska. Sama na pewno miałam takie miny lądując tu jako turystka. A przecież i tak mi się gębula śmieje, gdy przylatuję już jako mieszkanka tego kraju.
Potem w tempie przyśpieszonym wracaliśmy, by zdążyć na Mszę wprowadzającą Tomką do jego nowej parafii w Pistoi. Dobrze, że w końcu się doczekał, ale bardzo się cieszyłam, że Krzysztof ma pod opieką małą podmiejską parafię z XVII-wiecznym kościołkiem i ogrodem (w przyszłości), a nie budynkiem kościołopodobnym, według projektu słynnego tu Michelucciego. Nota bene urodzonego w Pistoi, twórcy takich budowli jak kościół dell'Autostrada del Sole czy główny dworzec florencki.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza