poniedziałek, 28 września 2009

RENESANSOWY KOMIKS

Jeśli rozumieć komiks jako opowiadanie tworzące narrację za pomocą kilku lub więcej plansz z rysunkami (źródło: wikipedia) to z bardzo podobną formą mamy do czynienia w opactwie położonym na południowy wschód od Sieny. O samym miejscu i niedzielnej wycieczce zrobię osobny wpis, w tym skupię się tylko na tym, albo aż na tym, co głównie przyciąga tam turystów. 

W krużganku zwanym wielkim 5 lat temu spotkałam się z freskami, które były na wyciągnięcie ręki i na wściubienie nosa. Ponieważ ciągle miejsc nowych dużo przede mną, odkładałam powrót do tego miejsca. Ale tęsknota i ciekawość obecnego spojrzenia po paru latach obcowania ze sztuką renesansową w końcu przeważyła szalę decyzji. 

Jedziemy do Monte Oliveto Maggiore. 

Wtedy kierowała mną krótka wzmianka w przewodniku, dopiero po zwiedzaniu wypatrzyłam szczegółowe opracowanie w przyklasztornym sklepiku. Nie przewidywałam, że moim pierwszym obcym językiem stanie się włoski, kupiłam opracowanie po angielsku!
Teraz jeszcze ksero z czerwonego przewodnika Touring Club Italiano i niby przygotowana znowu stanęłam wobec oszałamiającego dzieła dwóch artystów - Signorellego i Sodomy. Napisałam "niby", bo nie wiem, kiedy będę mogła powiedzieć, że coś mnie nie zaskoczyło, że byłam w pełni świadoma tego, po co zajechałam w dane miejsce.

Ale w końcu dojdźmy do samego cyklu. W przeszklonym krużganku na ścianach widnieje seria fresków prezentujących historię św. Benedykta. Nie wiedzieć czemu Signorelli zaczął ich malowanie od późniejszych chronologicznie zdarzeń. Za to wiadomo, że ważniejsze zamówienie odciągnęło go od pracy w opactwie. Namalował jedynie 8 kwater. Resztę, poza jedną płaszczyzną (niżej napiszę dlaczego) namalował Sodoma. Cały czas zastanawiam się od których malunków zacząć, czy od sławniejszego Signorellego czy od początków historii? Decyzja jest o tyle trudna, że freski mistrza wcale nie wydały mi się lepiej namalowane. Podejrzewam, że ich położenie, wystawiające malunki na najsilniejsze słoneczne światło, spowodowało duże zmiany i nie widać takiego kunsztu, jak chociażby w orwietańskim "Sądzie Ostatecznym". Zdaję więc sobie sprawę, że po ukazaniu wspaniałości Sodomowych, Luca Signorelli wypada blado, wręcz dosłownie blado.

Nie mam sfotografowanych wszystkich kwater, czasami po prostu się nie dało. Co było potrzebne podpięłam pod wikipedię - zielone linki. Te dwa zdjęcia poniżej to rzadki widok tego dnia:

Stan ten spowodowały grupy wycieczkowe. Chciałabym bardzo narzekać na takie grupy, ale jedna z nich miała wybitnego przewodnika. Opowiadał z taką emfazą, że przykuł od razu naszą uwagę. Podzieliliśmy więc role w zwiedzaniu. Krzysztof podążał wraz z grupą i podsłuchiwał. Ja sobie kluczyłam między zwiedzającymi i wykorzystywałam czas na tropienie warsztatu. A oto wspólne wyniki podsłuchiwania, oglądania, czytania i zaglądania do internetu.

Historia zaczyna się tuż przy bocznym wyjściu z kościoła. Giovanni Antonio Bazzi przezwany Sodomą (z którego to przydomku ponoć był bardzo dumny) miał niezły charakterek. Malował wyraziście, w szalonym tempie i tak jak chciał, często w malunkach ukrywając komentarze do relacji z opatem.
Już w pierwszej kwaterze opowiadającej o wyjeździe Benedykta na nauki do Rzymu wspaniale pokazał scenę pożegnania z rodziną. A że córka uczepiona mamusinej sukni wcale nie jest tutaj bliźniaczą siostrą Scholastyką? Widocznie dramaturgia lepiej się zawiązała z małą dziewczynką, którą na dodatek podgryza pies.

Jeśli się powiększy obraz, może zobaczyć to, co mnie tak bardzo zachwyciło już 5 lat temu. Wyraźne ślady gestu i pośpiechu, kreskowane cieniowanie, które zlewa się w oku i tworzy całość. Mimo odczuwalnego i widocznego szybkiego tempa powstawania fresku malarz nie zapomniał o detalu tworzącym klimat tej i następnych scen. Już tutaj pojawia się anegdotyczna zgryźliwość artysty. Na zarzut opata, że dzieło powstaje zbyt wolno, zareagował scenką z osiołkami, w której jednego z nich pozbawił przednich kończyn, byle szybciej malować.

Przechodzimy do sceny opuszczenia rzymskiej szkoły przez Benedykta. Pewna sztywność kompozycji, zapewne ma podkreślić motywację przyszłego świętego - "nic tu po mnie". I znowu zadziwiam się, że mimo narzucanego mu tempa pracy, Sodoma nie odpuścił namalowania trzech uroczych aniołków stojących na dachu szkoły.

W następnej scenie mamy możliwość poznania pierwszego cudu dokonanego przez Benedykta, czyli naprawy połamanego drewnianego naczynia. Po raz pierwszy w tym cyklu pojawia się symultaniczność seny, w tej samej płaszczyźnie widzimy zniszczone naczynie, potem jego cudowne złączenie, a w scenie obok tenże sprzęt zawisł na jednej z kolumn. Ciekawostką jest postać namalowana centralnie. To sam artysta w ubraniu pozostawionym przez bogacza, który wstąpił do zakonu. Przeor znając słabość Sodomy do wykwintnego stroju podarował mu go, a tenże uwiecznił się w autoportrecie. 

Wyjątkowo mało zaludniona wydaje się być chwila przyjęcia habitu od pewnego mnicha. Dopiero po dłuższej analizie spostrzegam brzdąkających na mandolinie wieśniaków, mnicha czytającego książkę czy też zajętych codziennym życiem ludzi przy świątyni. I tutaj w tle widzimy młodego Benedykta idącego przez pustkowie, by w tej samej scenie zobaczyć go żegnającego się ze świeckim światem.

Zaraz obok, już jako mnich, lecz ciągle na pustkowiu, otrzymuje jedzenie spuszczane na koszyczku. 

Przywołuje go dzwonek umocowany na linie. Diabeł rzuca kamieniami w ten dzwonek, wydaje się głupiej bestii, że w te sposób zagłodzi Benedykta? Ciekawie pokazana jest bezcielesność diabła, szybkie pociągnięcia pędzla, swoista przezroczystość postaci. Tylko jak on ten materialny kamień chwycił? 

Nie zabrakło i tutaj dzikiej zwierzyny, ulubionych motywów Sodomy.

O jedzeniu dla Benedykta pomyślał w Dzień Wielkanocy pewien ksiądz. W tej scenie rozczuliła mnie codzienność. Przedmioty na stole, koszyk na ziemi, czy też mieszkanie pokazane po prawej stronie za plecami księdza zasłaniającego ręką oczy przed promieniami światła symbolizującymi natchnienie od Boga. Duży kominek, w którym gotowano potrawy to przedmiot moich szczególnych westchnień.

Broda świętego rośnie, rośnie też posłuch wśród ludzi. Oto katecheza
Czy wieśniacy coś z tego zrozumieją? Mam pewne wątpliwości. Dwóch coś tam już plotkuje, a ten piękniś z psem w to chyba duchowością niezbyt zainteresowany.

Niełatwe jest życie pustelnika. Zmaga się z nieczystością i ją pokonuje. Nad nim rozgrywa się scena obrazująca wymiar duchowy tej bitwy - Anioł zabija wcale niebrzydkiego demona pod żeńską postacią.

A w tle zwyczajne życie, ludzie gdzieś wędrują, łowią ryby. Świętość Benedykta promieniuje i wieść o niej rozchodzi wkoło, dlatego eremici proszą go by został ich przełożonym, na co on się zgadza. Jednak nigdy nie jest tak, żeby wszystkim dogodzić. Mnisi podsuwają szklankę z zatrutym winem, lecz Benedykt zawsze wszystko błogosławi przed spożyciem i naczynie na ten gest pęka. Złośliwiec Sodoma w postaci głównego truciciela ujął podobiznę opata z Monte Oliveto. Ten nochal!

A w głębi fresku widzimy niecne przygotowania, nawet kot strwożony zatrzymał się w progu. 

Św. Benedykt idzie do przodu, rozwija działalność nie tylko zakonną, ale i budowlaną. Pozostawił po sobie dwanaście klasztorów. Aż słychać wrzawę z placu robót. Malarz z długą tyką bezpośrednio przypomina współczesny sprzęt do malowania. Nihil novi.

Oto opisałam pierwszą ścianę krużganka. Ktoś ma jeszcze siły czytać? Bo ja już ledwie piszę. A przed nami następne wspaniałości. Jedna już teraz, chyba najbardziej rozbudowana scena. Sodoma był świadom, że kwatery kończące korytarz mogą być lepiej obejrzane. Widzi się je idąc z daleka, dlatego najwięcej pracy włożył właśnie w sceny umieszczone na narożnikach krużganka.

Tłumnie więc się zrobiło podczas przyjęcia dwóch młodzieńców Mauro i Placido. W grupie przedstawionych osób doszukano się portretów znanych artystów, między innymi Leonarda da Vinci, Michała Anioła a nawet Signorellego. Ten ostatni towarzyszący Benedyktowi z prawej strony ma delikatną aureolę, bo do znudzenia mówiono Sodomie o doskonałości mistrza.

Zaraz z tłumu wchodzimy w nieprzyjemną scenę egzorcyzmów. Młody mnich unika wspólnych modlitw, za szatę ciągnie go diabeł. A po prawej stronie przedstawienia Benedykt biczem wypędza złego, który ulatuje ku górze. Następna scena przynosi łagodność szemrzącej wody. Poproszony przez mnichów Benedykt czyni cud powstania źródła wody na górze, z której wcześniej musieli schodzić mnisi by przenieść do klasztoru życiodajną ciecz. Z nowego strumienia korzystają bliżej mi nieznane zwierzaczki.

Zauważcie jak niewiele dłoni namalował mnichom Sodoma. Otóż zrobił to dlatego, że przeor nie płacił mu na czas. A wszak namalowanie rąk zabiera dużo czasu. Ośmiu mnichów ukazuje nam tylko 4 dłonie.

Benedyktowi posłuszne były wszelkie żywioły. Uczynił, że metalowa część halabardy wróciła na trzonek z którego spadła do jeziora. Na tym fresku najwyraźniej widać skutki pośpiechu i domalowywanie al secco (na sucho). Palmy zupełnie "wyszły".

Ciekawostką jest, że przeorowi nie przeszkadzała scenka z kąpiącymi się golasami. 

Zapamiętajcie tę uwagę. 

Z wodą związany jest też następny cud. Tutaj nawet nie byłą potrzebna obecność świętego. Wysłał Mauro, by ten uratował tonącego Placido. Mauro oponował, że też nie umie pływać, ale Benedykt powiedział "idź, zobaczysz sam, co się stanie". No i młody mnich przeszedł po wodzie ratując swojego współbrata.

Przed Benedyktem nic się nie ukryje. Pewien młodzieniec został wysłany do mnicha w celu dostarczenia dwóch butli wina. Podczas drogi ukrył jedno naczynie z zamiarem powrotu i przywłaszczenia sobie schowanej butli. Benedykt grzecznie podziękował za "fiasko" i ostrzegł chłopca, by nie pił z butli, którą znajdzie. Najpierw niech się upewni, co się w niej znajduje. Młodzieniec powróciwszy do schowka z przerażeniem w miejscu wina odkrył węża. Przerażenie podwójne, bo strach przed gadem i szkoda wina.

Do grona miłośników Benedykta nie należał zapewne Fiorenzo. Podesłał świętemu zatruty chleb. Oczywiście wszystko zakończyło się szczęśliwie, kot wiedział, że nie należy jeść takiego chleba, ale na wszelki wypadek zatrute pieczywo wyniósł udomowiony kruk z zaleceniem porzucenia tam, gdzie nikt go nie będzie mógł spożyć.


I dochodzimy do ostatniej sceny namalowanej w narożniku, więc bogatej kompozycyjnie.

 

Treść znowu dotyczy wodzenia na pokuszenie. Z chlebem się nie udało, więc Fiorenzo podesłał kurtyzany. Na nic! Tutaj pojawia się wyjaśnienie, czemu jedną z kwater pomalował uczeń Sodomy. Otóż malarz nieźle sobie dworował z opata. Tamten z kolei w imię jak najszybszego dokończenia dzieła odpuszczał mu uszczypliwości. Tym razem artysta zaszalał zakrył fresk i kazał wszystkim braciom zgromadzić się na jego odkrycie. Jakiż raban się podniósł, gdy ich oczom ukazały się nagie kobiety. Obili Sodomę i uwięzili. Nie dali sobie nic wyjaśnić. Od ucznia dowiedzieli się, że to co widzą to tylko papier, który wystarczyło zdjąć, by odkryć autentyczny fresk. Trwało to jednak dwa miesiące, zanim młodzieńcowi udało się wyjaśnić mnichom sedno żartu.
Ja jeszcze z uśmiechem spoglądałam na tym fresku na psiaka oraz grajków w oknie:



Uczeń musiał więc samodzielnie namalować następny fresk, na którym widzimy jak Św. Benedykt wysyła Mauro i Placido na Sycylię.

Historia trwa dalej, ale tylko według Świętego Grzegorza, który spisał historię św.Benedykta. Następne sceny powstały jako pierwsze, no i są autorstwa Signorellego. Przebrzydły Fiorenzo zostaje ukarany. Zawala się jego dom a dwa diabły unoszą złoczyńcę, podczas gdy trzeci go bije w locie. Brrr!

Na tym właśnie fresku widać że warstwa cieniowania częściowo zniknęła, zostawiając blade postaci mnichów. Jedynie diabłom udało się zachować wyrazistość. 

Benedykt osiadł w Montecassino i tam też nauczał. Tamże postawił słynny klasztor. W budowie przeszkadzał mu oczywiście diabeł.

Ciężkiego kamienia nie można było ruszyć, nim Benedykt nie wykonał ręką znaku krzyża.

Z kolei pożar stanął na przeszkodzie. Ciągle coś się działo. A do tego w następnej scenie pracujący mnich popchnięty przez demona spada z rusztowania. Błogosławieństwem Benedykta zmarły zostaje przywrócony życiu.

I nagle robi się ciemno. Tło fresku uległo mocnemu zniszczeniu, ale nie figury. Przed nami opis sceny, którą Benedykt przedstawił wraz z detalami, by udowodnić mnichom, że po pierwsze skłamali mówiąc, że nigdzie nie jedli a po drugie że złamali zakaz spożywania posiłków poza klasztorem.

Słowo złamać nie trudno, zawsze czyhają jakieś pokusy. I tak oto pewien młodzieniec oferował się raz w roku pielgrzymować do Montecassino, ale po drodze ... W jednej ze scenek zawartej symultanicznie od postanowienia odwodzi go podróżnik. Jego strój ma symbolizować pokuszenie. A mnie przypomniał pewien rodzaj spodni, często używanych właśnie przez turystów, w razie czego część można odpiąć i już są krótkie spodenki. No ten na fresku poszedł na całość. Ze spodenek mu nic nie zostało, jeno gacie świecą.

Stajemy przed jedynym kompletnie zachowanym w tym cyklu freskiem Signorellego by wraz z Benedyktem odkryć fałsz Totili, króla Gotów, który podstawił jednego z żołnierzy w swoim mundurze. Co oczywiście zostało odkryte. Fascynujący przegląd renesansowej wojskowej mody męskiej, nieprawdaż? Zaraz potem widzimy scenę, w które już prawdziwy Totila klęka u stóp mnicha. C tam się nie dzieje - część uczestniczy w wydarzeniu ale reszta gada jak najęta. A to plotkarze z tych Gotów!

I wracamy do fresków Sodomy. Signorelli wyjechał, sądząc po datach wyruszył namalować najsłynniejszy chyba jego cykl fresków w katedrze w Orvieto. A my wracamy do wyrazistszego Giovanniego Antonio Bazzi. Znowu narożnik, więc scena bogato namalowana. Widzimy wizję św. Benedykta dotyczącą zburzenia Montecassino. Prawdopodobnie rzecz dotyczy najazdu Longobardów. Po wypłowiałych freskach Signorellego staję oszołomiona zaplątaniem i dynamiką kompozycji. Ilość postaci aż rozpiera ramy, w które je wciśnięto.

A zaraz obok cisza klasztoru, który w lęku o przyszłość zapomina o zaufaniu w opiekę Bożą. Nagle przed drzwiami znajduje się mnóstwo mąki, z której można wypiec chleb. Pieczywo i małe rybki widzimy na stole w refektarzu. 

Najwięcej dramatyzmu w tej scenie rozgrywa się między psem a kotem - komu należy się ryba?

Pozostajemy w klimacie klasztornym, by zobaczyć jak Benedykt ukazuje się dwóm mnichom we śnie i uczy ich jak mają budować. Owi mnisi mieszkali daleko od Benedykta. Ciekawe, że mnisi nawet podczas snu mają na sobie habity z założonymi na głowę kapturami.

Sceneria się zmienia, jesteśmy w kościele podczas Mszy św. za zmarłe dwie kobiety, złożone w świątynnym grobie, które za życia surowo napominał Benedykt. One niestety kontynuowały grzeszny tryb życia, po czym zmarły. Podczas nabożeństwa padają słowa wypowiedziane przez diakona: "jeśli ktoś jest ekskomunikowany, nich wyjdzie". Z grobu więc wychodzą te dwie kobiety. Równolegle z prawej strony sceny widzimy świętego, gdy daje pewnej kobiecie pieniądze, by ta je ofiarowała za spokój tych dwóch wyklętych kobiet. Scena iście filmowa, wieloplanowa, z tak wesołym i nieprzystającym do tematu fragmentem jak dwa putta bawiące się za plecami wiernych na pierwszym planie fresku.

Pozostajemy w sferze cudów. Pewien młody mnich wyruszył na poszukiwania swoich rodziców. Nie miał na to błogosławieństwa Benedykta. W drodze zmarł, a ziemia nie chciała przyjąć jego zwłok. Święty zalecił pewnemu księdzu umieszczenie na ciele zmarłego hostii i ten od razu znalazł się spokojnie w grobie.

Nie każdemu było lekko w klasztorze. Pewien mnich nie wytrzymał zakonnej reguły i postanowił wrócić do świeckiego życia. Benedykt parę razy go przekonywał, by tego nie robił. Ten jednak postawił na swoim i za murami spotkał strasznego potwora. Wrócił czem prędzej do klasztoru, poczytując to za znak z Nieba.

Kończymy historię. Ostatni fresk. Wieśniak zostaje napadnięty przez Gota, który każe oddać mu pieniądze, aby ocalić życie. Biedak aby się ocalić mówi, że oddał wszystko Benedyktowi. Got zaciąga chłopa przed Benedykta, przerywa świętemu lekturę i krzycząc żąda oddania pieniędzy. Święty leniwie podnosi wzrok znad książki, patrzy się na Gota, na pojmanego i w tym momencie ręce żołnierzy opadają. Przestraszony wojak obiecuje poprawę.

Uff! Ale się napisałam! Chciałam jednak bardzo to sobie poukładać w głowie. Może jeszcze kiedyś pojechać i już bez żadnych przewodników (pisanych, mówiących) patrzeć, patrzeć, patrzeć ...

12 komentarzy:

  1. Dziękuję p.Małgosiu,czułam się tak jakbym z Panią zwiedzała:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. witaj Małgosiu wspaniała wycieczka, w ubiegłym roku byłam w tym klasztorze i udało mi się zrobić zdjęcie mnicha w pustych korytarzach na tle posadzki w kratkę,
    świetny efekt

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj jak cudownie poczytac historie namalowanych freskow na scianach opactwa! Rozumiem, ze reka musiala bolec, ale tyle wiedzy tu miec za darmo i bez uciekania sie do slownikow, to cos niesamowitego.
    I ja dziekuje pieknie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz Małgoś niesamowita jesteś! Cudownie się z Tobą zwiedza :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale uczta!Na raz nie dałam rady przeczytać przy Franiu, zrobiłam więc sobie zwiedzanko w odcinkach! Dzięki wielkie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Niebywałe! Naczytałam się i na pewno wrócę jeszcze :-) Lubie tak sobie wracać i dostrzegać coraz to nowe rzeczy...
    K

    OdpowiedzUsuń
  7. I znow jestem pod ogromnym wrazeniem Malgosiu... Teraz, po wizycie w klasztorze, zupelnie inaczej odbieram Twoj tekst. I masz racje - tez mam ochote tam wrocic i patrzec, patrzec, patrzec... :)

    Mam nadzieje, ze nie bedziesz mi miala za zle, ale i ten link pozwolilam sobie 'polecic' u siebie, z gory dziekuje :)
    http://www.beawkuchni.com/2011/10/toskanskie-wspomnienia-cz2.html

    Pozdrawiam serdezcnie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam z przyjemnością! Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  9. Cieszy mnie każde podziękowanie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Pani Małgosiu, przeczytałam niedawno obie Pani książki i tym sposobem trafiłam na bloga, celem kontynuacji przeżywania Toskanii, widzianej Pani oczami. W Toskanii byłam, wiele opisywanych zabytków widziałam i choć jestem "z branży" (archeolog i pasjonatka sztuki średniowiecznej i renesansowej), to Pani opisy dosłownie mnie "powalają". No i w związku z tym pomysł nasunął mi się taki: marzę o przewodniku po sztuce Toskanii napisanym przez Panią. Może nie jestem odkrywcza, może ktoś już wyraził takie życzenie, ale czytam chronologicznie, więc jestem dopiero w 2009 r.:) i nie znam wszystkich komentarzy. Ten wpis jednak zrobił na mnie takie wrażenie, że zapragnęłam jeszcze więcej:) Cieplutko pozdrawiam, mimo spóźniającej się wiosny, i zabieram się do dalszego czytania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Anonimie, jest mi niezmiernie miło przeczytać takie słowa, tym bardziej, że ja to niemal amator branżowo, historia sztuki była tylko jednym z przedmiotów na studiach. Toskania wywołała we mnie fascynację. Muszę przyznać się, że cały czas jestem bombardowana różnymi pomysłami na książki, ale po doświadczeniach tych dwóch pierwszych wiem, że zdecydowałabym się ponownie na taką przygodę pod kilkoma warunkami. Po pierwsze, musiałabym mieć bardzo dobrego redaktora. Po drugie wydawnictwo (którego ja bym nie szukała) podpisałoby ze mną atrakcyjną umowę. Po trzecie, nie jeździłabym na spotkania autorskie. Itd. itd. W głowie mam zamysł, jak taka książka miałaby wyglądać, bo ja nie jestem ani historykiem, ani historykiem sztuki, więc nie podjęłabym się napisania regularnego przewodnika po sztuce Toskanii. Musiałoby to być coś w stylu tego i innych artykułów.
      Pozdrawiam słonecznie i życzę dalszej miłej lektury.

      Usuń
    2. Pani Małgosiu, ależ ja wcale nie mam na myśli tzw. profesjonalnego przewodnika, tylko dokładnie w takim stylu, w jakim Pani swoje zwiedzanie właśnie tu nam opisuje, takiego, który oddaje Pani obserwacje, Pani wrażenia, Pani indywidualne impresje. Właśnie ten wpis tak mnie natchnął, jest znakomity i uważam go za dobry zaczątek czegoś, co ja nazwałam "Zwiedzam Toskanię (i nie tylko, jak się okazało) z Małgosią":)
      Ja już jestem z czytaniem w 2010 r., po wycieczce do Rzymu... Ach, te wspomnienia..., a wśród nich św. Prakseda, dla mnie jedno z najpiękniejszych wnętrz świątynnych, porównywalnych jedynie z Rawenną.
      W czasach, kiedy ja podróżowałam po Włoszech, nie było tylu kolorowych, pięknie wydanych przewodników, był za to bardzo solidny Roman Szałas, mój włoski guru:) A teraz udało mi się "załapać" na zwiedzanie z Małgosią:), co czynię z ogromną przyjemnością i za co bardzo dziękuję.
      A z okazji 10-lecia bloga składam najserdeczniejsze gratulacje i wyrażam swój podziw, że wśród rozlicznych zajęć znajduje Pani również czas na jego prowadzenie, i to na tak wysokim poziomie.
      Ad multos annos!
      Serdecznie pozdrawiam - Barbara

      Usuń