poniedziałek, 4 marca 2013

DOPEŁNIENIE

Jeszcze nie doszłam na wykład, ciągle "idę".
Jest znowu sobota, połowa lutego.
Mam czas, więc wyruszam na krótki spacer po dzielnicy Borgo Ognissanti. Najpierw idę ulicą o tej samej nazwie, przechodzę obok kościoła pod wezwaniem, od którego właśnie wzięły swoje imiona i ulica, i dzielnica.
Nie zatrzymuję się przed świątynią, bo lepszy widok będę miała zrobiwszy pętlę.
Teraz tylko rzut oka na plac, także Ognissanti.

Na razie spaceruję równolegle do Arno. Od razu widać stary, rzemieślniczy charakter miejsca. Wszędzie pozostałości po małych warsztatach, obecnie zajęte przez bary, restauracje, sklepiki wszelkiej maści i ... wypożyczalnie samochodów.
Zasługę w rozwoju rzemiosła, głównie produkcji wełny i jej dalszych przetworów, ma nieistniejący już zakon humilatów.  Na początku był to ruch laikatu, dopiero, dzięki aprobacie Innocentego III, w XIII wieku została uporządkowana ich struktura na typową trzystopniową instytucję zakonną, w której tylko jedna część była upoważniona do posługi kapłańskiej. Ważnym rysem zakonu była pokora i skromny żywot, co naturalnie wręcz kierowało ich ku opiece nad najuboższymi ludźmi. Umilaci byli prężnie rozwijającym się zakonem,  lecz od początku mieli inklinacje heretyckie, co pogłębiło się podczas Kontreformacji, dlatego w XVI wieku zostali rozwiązani.
Wróćmy do miejsca, które zyskało prestiż dzięki ich działalności.
Na razie niewiele pisałam o tej dzielnicy. Dwa razy wspomniałam ją w serii "Florencka włóczęga" - przytoczyłam anegdotkę o odwróconym balkonie oraz w historii herbu Medyceuszy.

Borgo Ognissanti wciągnięto w pierścień murów miejskich w XIII wieku. Prowadzi do niego ciągle istniejąca Brama Prateńska - Porta al Prato. To nią wjeżdżała do miasta Eleonora z Toledo, by poślubić Kosmę Medyceusza. Ale ja do bramy nie doszłam.
Najpierw zajrzałam do carabinieri, ale tylko zoomem.
Oni sami nie stanowili mojego obiektu westchnień. Rzecz w tym, że siedzibę mają w części zabranej franciszkanom, którzy nastali  po humilatach.
Zatrzymałam się przed malusieńkim rondem. Poobserwowałam budynki nieopodal i skręciłam w lewo, ku rzece.
A gdybym skręciła na Via Santa Lucia znalazłabym się na ulicy, o której ostatnio napisała Joanna na swoim blogu. Okazuje się, że dzień wcześniej też myszkowała po okolicy, by rozpoznać teren, na którym znajduje się atrakcyjny apartament dla turystów. Uśmiałam się z tego zbiegu okoliczności. A że ociągam się dłużej od Joanny z pisaniem, wymyśliłam, że ten artykuł niech będzie dopełnieniem, zwłaszcza dla turystów, którzy skorzystają z jej oferty.
Ja nie byłam na tyle bohaterska, co ona, zdjęcia konsulatowi nie zrobiłam. Tak mnie zafascynowały ptaki w na brzegu Arno, że w ogóle nie wiedziałam, że tak strategiczna placówka jest na wyciągnięcie ręki. Dopiero widok amerykańskiego żołnierza zaniepokojonego moim kręceniem się z aparatem, uświadomił mi, że za chwilę zostanę potraktowana jak Mata Hari. A mnie tam wcale konsulat nie interesował, jeno fruwacze cudne.
Zaczęłam powoli wracać Lungarno Vespucci, by na czas dotrzeć na wykład.
Nazwisko rodowe zostało nadane temu odcinkowi nadbrzeża nie przez przypadek. Była to strefa oddziaływań Vespuccich; tak, tak - tych, którzy wydali na świat Amerigo. Ich patronacką świątynią był właśnie Kościół Wszystkich  Świętych.
I to do niego zmierzałam na wykład, ze wstydem w sercu, że jeszcze nigdy nie zajrzałam do środka.
Braciszkowie nie śpieszyli się z punktualnym otwarciem podwoi, mogłam więc do woli przyjrzeć się fasadzie w stylu florenckiego baroku. Jest to trawertynowa rekonstrukcja zrobionej z pietra serena elewacji. Trawertyn lepiej od pietra serena znosi warunki atmosferyczne, choć przyznam, że ciekawość mnie zżera, jak mogła wyglądać ta fasada w ulubionej przeze mnie ciepłej szarości piaskowca.
Dobrze chociaż, że się ostała piękna majolikowa luneta, którą z lekka przytłacza olbrzymi herb Florencji na szczycie.
W końcu wchodzimy do środka.
Tym razem nie opowiem Wam o kilku istotnych obiektach, bo albo są związane z wykładem, który się spisuje i spisuje z dyktafonu, albo nie wszystko mogłam tego dnia zobaczyć.
Weźcie też pod uwagę, że odporność człowieka na piękno ma swoje ograniczenie ilościowe. A przecież tego dnia widziałam już grobowiec projektu Albertiego.
Kościół oszałamia wyglądem i wystrojem. Lubię stan zaskoczenia, odkrywania jednego po drugim.

Widać też, jaką mam słabą pamięć. Czytałam wcześniej o wnętrzu, a niewiele zapamiętałam.

Zaraz po wejściu na dwóch przeciwnych ścianach uchowały się dzieła ojca i syna.
Po prawej stronie znajdują się freski młodego Domenico Ghirlandaio wykonane do kaplicy grobowej Vespuccich, podczas przebudowy świątyni przeniesione w obecne miejsce. Malarz pozostawił niezwykle wzruszającą Pietę.
Tuż nad nią z kolei Miłosierna Madonna rozpościera płaszcz, by otoczyć opieką szlachetny ród. Aniołowie podtrzymują jej płaszcz, zostawiając Maryi swobodne ręce. Mam wrażenie, że zagarnia podopiecznych ku sobie, że za chwilę pogładzi kogoś po głowie. Ghirlandaio po raz pierwszy dał tu się poznać jako wybitny portrecista, dzięki czemu na wieki zachowały się wizerunki Vespuccich, w tym przyszłego żeglarza - młodego Amergio, najbliższego Bożej Rodzicielki, z lewej "męskiej" strony fresku.
Po przeciwnej stronie już mniej mnie porywa dzieło syna Ghirlandaio - Ridolfo. To Święta Trójca i Koronacja N.M.P. No cóż, tak sobie żartuję, że ojciec za wsześnie umarł i nie mógł dopilnować warsztatu syna.

Teraz od razu zaproszę Was do transeptu, nie rozglądajcie się na boki, tylko poczujcie moje zaskoczenie.
Dochodzicie do nawy poprzecznej, z typowym zaciekawieniem nowego miejsca rozglądacie się na boki, a tu w lewym zacienionym skrzydle jaśnieje najczystszym pięknem malowany krucyfiks.
Giotto? W moim ulubionym przewodniku ani słowa na ten temat, więc jestem zaskoczona.
Atrybucja dzieła długo była niepewna, dopiero po odnowieniu zyskano odpowiedzi na pytanie, czy Giotto jest jego autorem.
Nie kierowano się tylko tym, co napisał Vasari: "Wymalował także Giotto u braci humilantów w kościele Wszystkich Świętych we Florencji kaplicę i cztery obrazy, m.in. Madonnę z Dzieciątkiem otoczoną aniołami oraz duży krycyfiks na desce, z którego Puccio Capanna, podpatrzywszy rysunek, wykonał wiele podobnych, będąc w prawnym w manierze Giotta." (tłum. Karol Estreicher).
Wspomniana "Maesta" jest obecnie w Uffizi (dlaczego?).
Krucyfiks, przed zabraniem go do konserwacji, wisiał w zakrystii, a nie, jak powinien, w prezbiterium. Po odnowieniu przynajmniej zawisł na wysokości, w przestrzeni samego kościoła.
Brakuje mu dolnego elementu, symbolicznej Golgoty,  na którą spływa krew Chrystusa, ale wystarczy i to, co się zachowało. Bolejąca Madonna z lewej, z prawej św. Jan, a w górnej tablicy Tenże sam Jezus, ale jako Błogosławiący Zbawiciel. A po środku obolały, lecz majestatyczny Ukrzyżowany.

Mogłabym jeszcze zatrzymać się przy kilku szczegółach świątyni, jednak wolę zatrzymać się pod krzyżem Giotta. Wszak to czas Wielkiego Postu.
Reszta w przyszłości.
Dla Was mam drobny, acz, wydaje mi się, że miły upominek.
Wśród folderków, książeczek z rozważaniami Drogi Krzyżowej, rozłożonych pod krucyfiksem, znalazłam kartki pocztowe z jego reprodukcją na białym tle. Wzięłam trzy, by rozesłać je do chętnych osób.
Jeśli ktoś chce otrzymać taką kartkę, proszę o przysłanie mi maila ze zwykłym adresem. W sobotę rano rozlosuję adresatów. Nie poinformuję, do kogo pójdą kartki, niech to będzie niespodzianką. A czekam do soboty, bo wybieram się do Florencji, z której wyślę pozdrowienia :)

14 komentarzy:

  1. jakie piekne widoki!!! ja jestem zakochana we Wloszech...na pewno bede czesto zagladac do Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło poczytać o Florencji. Byłem tam w styczniu i z chęcią bym znów tam wrócił. Niestety w kościele nie byłem bo był akurat zamknięty, ale całą resztę widziałem. ;) Dziękuję za przypominajkę! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej iść do Ognissanti przed południem, wtedy się jeszcze coś zobaczy. A o tym wpis niebawem :)

      Usuń
  3. Tak dobrze mądrze powspominać, bo nie wiedziałam i widziałam wszystkiego i tyle..Piękne.
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej to jeszcze raz wrócić :)

      Usuń
  4. P. Małgosiu, dobrze, że Pani dozuje nam te cudeńka, bo nadmiar mógłby zaszkodzić - kontemplacji. Pieta jest piękna, a twarz Maryi? Zastanowiło mnie jej przedstawienie. Z jaką czułością i delikatnością obejmuje Syna, jakby nie chciała zadać dodatkowego bólu. Zauważyłam, że w prezentowanym kościele jest dużo dobrych duchów - aniołów. Zwiedzając, zawsze wpadają mi w oko.
    A wracając do postu, jak Włosi go przeżywają? Czy też mają Drogę krzyżową w piątki? Bo Gorzkie Żale to polskie nabożeństwo.
    Marysia R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nie też ten obydwoje bardzo poruszyli - i Maryja i Jezus.
      A z przeżywaniem Wielkiego Postu jest tu krucho. Mamy Drogę Krzyżową, trochę mało osób na nią przychodzi. Tłumy pojawią się dopiero na spektakularnej Drodze Krzyżowej wiodącej w plenerze do byłego klasztoru. Jest jeszcze kilka innych ciekawych zwyczajów około Wielkiego Piątku, ale o tym już pisałam :)

      Usuń
  5. A ja mieszkałam parę lat temu z przyjaciółką na Corso Italia i codziennie mijałam Ognisanti! Oczywiście odwiedziłyśmy wnętrze i miło mi powspominać naszą wycieczkę - znów dzięki Tobie, Małgosiu! Tak lubię przedstawienie Madonny z opiekuńczym płaszczem. A Amerigo urodził się w Montefioralle koło Greve, moim ulubionym miasteczku w Chianti, więc tym chętniej obejrzałam w Ognisanti jego podobiznę. Pozdrowienia!!! Annamaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię zobaczyć gdzieś indziej czyjeś wspomnienia i poruszyć własne nuty pamięci :) Znalazłam płytę nagrobną Amerigo, jest nieopodal właśnie tych fresków.

      Usuń
  6. Cieszę się, że się dopełniamy! Mam nadzieję, że nie tylko w poście! Pięknie opisane (jak zwykle zresztą!).

    OdpowiedzUsuń
  7. Pani Malgosiu,

    pozdrawiam "juz" (to "juz" trwa od pol roku) z Polski. Dziekuje za ten wpis!
    Moja ukochana dzielnica, moj ulubiony, prawie codziennie odwiedzany, dobrze znany kosciol... Dzieki Pani zobaczylam go na nowo! Mowilam, ze jest piekny! Ciesze sie, ze udalo sie Pani rowniez go odwiedzic...
    Rok temu celebrowalismy w nim Swieta Wielkanocy. Mysle, ze to, czego nie da sie opisac nawet w tak doskonalym blogu jak "Toskanskie zapiski...", to atmosfera liturgii tam sprawowanej przez naprawde wygladajacych na ubogich franicszkanow i spiewajaca jak Enya siostre zakonna. Polecam wybrac sie tam wlasnie kiedys na msze, tlumow nie bedzie... a spiew niebianski...
    Szkoda, ze Wszystkich Swietych jest czesto marginalnie traktowany przez przewodniki, ale w sumie trudno sie dziwic, skoro o rzut beretem jest tyle waznych budowli.
    To chyba znak z tym wpisem, bo wlasnie wczoraj zadecydowalismy z Mezem, ze wracamy do Toskanii na weekend majowy. Mam nadzieje, ze uda nam sie wrocic do tych ulubionych miejsc.
    Widze je na razie na Pani zdjeciach; ptaki, ktore doskonale pamieta moja corka Hania, codziennie bedace przedmiotem naszych obserwacji, a zarazem pretekstem do moejego pierwszego, nie do konca udanego wpisu na Pani blog. O, i widze, ze hotel kolo ronda w koncu odnowili. Ciekawe czy stoi tam wciaz na rogu nasz znajomny "zebrak", "Pan z Broda" jak go nazywalismy. Ach, chcialabym moc mu znow powiedziec "Ciao!". Mam nadzieje, ze nasze plany sie zrealizuja.
    Tymczasem pozdrawiam Pania serdecznie!
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Agnieszko, porządkując pewne sprawy blogowe zauważyłam, że nie odpisałam. Przepraszam, mam nadzieję, że tęsknota za Florencją została zaspokojona. A jeśli nie, to że nastąpi to niebawem :)

      Usuń