niedziela, 17 maja 2015

DLA ODMIANY ... CHIANTI

Niewiele dni dzieli "Łaciatą wycieczkę" od tej, którą opiszę. Już po dwóch tygodniach znowu ruszyliśmy do tego regionu, gdyż poprzednim razem nie zdążyliśmy do San Donato na Mszę św. odprawianą przez księdza, który głosi ciekawe kazania. Krzysztof potrafi sam wedpnąć tam tylko na  homilię. Msze odprawiane są o 18.00, więc między obiadem a tą godziną zagospodarowałam czas na następne zakątki Chianti.
Zaczęliśmy od Mercatale, sennego, z przedziwną rzeźbą na jednym z placów. Rzeźba, jak rzeźba, ceramiczny pal z kurami i kogutami, ale to szkliwienie? Zakłóciło formę. Z daleka wyglądała niczym śmieciowy totem. Nie przyjrzałam się zbytnio miasteczku, bo miało być tylko przejazdowym, ale zatrzymaliśmy się w nim na kawę i lody. Może się przydać informacja, że na placu z palmami zauważyłam tabliczkę z informacją o bezpłatnym wi fi.

Na brzegu Mercatale jest wzgórze, na którym są pozostałości po romańskim kościele, zajrzeliśmy zobaczyć, jak został przerobiony na mieszkalny dom.

Tej niedzieli nie nastawiałam się na zwiedzanie kościołów, ale co ja poradzę, że mnie tak do romanizmu ciągnie?
Następny punkt na mapie wycieczki romańskim nie był, choć sakralnym tak. Malownicza kaplica którą obecnie dzieli droga przejazdowa od willi, z którą jest związana.

Droga jest tak wąska, że każde z pięknie odnowionych okien zabezpiecza pasiasta tabliczka, trochę pomaga, ale i tak widać ślady po otarciach ciężarówek.
W willi są jakieś apartamenty na wynajem, to chyba ich nazwy widnieją na domofonie, przyznacie, że ciekawie wygląda na nim zestaw nazwisk.
Ruszamy ku głównemu punktowi tej wycieczki, ku zamkowi Gabbiano. Niezawodny GPS niezawodnie poprowadził nas najkrótszą trasą, więc zajechaliśmy szutrową drogą, od strony podwórza posiadłości.
Mimo tego, że budowla jest położona na wzgórzu, nie zobaczycie jej jadąc autem, łatwo więc przegapić drogowskaz,  widać go tylko od strony drogi wiodącej z Imprunety.
Zamek przypomina (także położony w Chianti) Castello Meleto. To taki rodzaj budynku, zazwyczaj na planie kwadratu, który wzorem francuskich zamków, w narożnikach akcentują okrągłe wieże.

Historia miejsca, a zwłaszcza posiadania, jest niewykła. Zaczątki sięgają XI wieku, obecny kształt, mniej więcej z XV wieku nadał mu drugi właściciel z florenckiego rodu Soderini. Po ponad wieku wygnania za sprzeciwienie się Medyceuszom, na opuszczony i zniszczony zamek wraca ta sama rodzina, przestaje być właścicielem dopiero w XIX wieku. Potem jest jeszcze trzech właścicieli, by obecnie przejść w posiadanie producenta win Beringer Blass. Jak na niemal 1000 letnią historię, bardzo niewielu właścicieli zapisało się w księgach wieczystych Castello di Gabbiano.
Pomyszkowaliśmy wokół zamku, raz wyszedł z wnętrza mieszkający w nim turysta, ale my nie mogliśmy wejść, na drzwiach była informacja o tymczasowej nieobecności obsługi.
Tuż przy zamku stoi kamienny dom, zapewne kiedyś pełniący rolę pomieszczeń dla służby. Z położonych blisko ziemi otworów wiało wielce obiecującym zapachem winnej piwnicy. Nic zaskakującego, jeśli wokoło ścielą się winnice jednego z potentatów wśród producentów wina.

Zaszliśmy do położonego w jeszcze innym budynku sklepiku i zasięgnęliśmy języka, czy w ogóle zamek jest zwiedzalny. Powiedziano nam, że można zobaczyć dolną część zamku, gdy jest w nim wystawa, a właśnie jakaś trwa. Powiedzieliśmy, że brama jest zamknięta i wisi na niej kartka. Sprzedawca powiedział, że panie obsługujące pomagają w nieodległej restauracji i pewnie dlatego nikogo nie ma.
Nie daliśmy za wygraną. Wróciliśmy przed bramę, zadzwoniliśmy dzwonkiem. Nic. Cisza. Po zadzwonieniu na podany numer telefonu, zdalnie został zwolniony zamek w drzwiach i weszliśmy. Najbardziej w pokazanych obrazach podobało mi się to, że wpuściły nas poniekąd do wnętrza. Trudno było na nie patrzeć, jeszcze trudniej na ich ceny zaczynające się od kilkuset euro a kończące na trzech tysiącach. Za co? Pytam. Za co?

Nie będę narzekać, skupię się na pomieszczeniach. Przyznam, że nie umiem określić, czy mi ich styl pasuje do zamku, ale rozumiem, że dobrze spełniają rolę hotelowych pomieszczeń, do których z piętra schodzą turyści. Ani to przepych, ani elegancja, trochę domowo, tylko kształt i wielkość pomieszczeń, kamienne obramowania kominków przypominają, że jesteśmy na zamku.

Z ciekawości wrzuciłam w system rezerwacji zapytanie o cenę tygodnia pobytu na zamku. W zależności od wybranego pokoju, czy apartamentu, propozycje zaczynają się od 820 euro, a kończą na 1820.  Co ciekawe, musiałam wpisać bardzo odległą datę, takim powodzeniem cieszy się oferta Castello di Gabbiano. Nie dziwię się, sama z chęcią pomieszkałabym na zamku i machałabym z wieży do przejeżdżających rycerzy :)
Ruszyliśmy dalej. Właściwie to przeskoczyliśmy na drugą stronę głównej trasy, do Zamku Il Palagio.
Zobaczyliśmy go tylko przez ogrodzenie.

Widać ewidentnie, że sięgająca początkami 1252 roku budowla przechodziła różne etapy stylizacyjne. Obecny charakter, wracający zamysłem do średniowiecznych blankowań pochodzi z XIX wieku. Muszę mieć baczne oko na ten zamek, gdyż podejrzewam, że wejście do niego jest możliwe przy okazji organizowanych na jego terenie imprez. Zdjęcia z internetowej strony bardzo zachęcają do wejścia, co najmniej, na dziedziniec.
Nieopodal zamku, tak jak koło poprzedniego, rozciągają się winnice, a okazała fattoria kusi degustacjami. Zapewne to dobre miejsce na wesela, a kto by brał ślub kościelny w pobliskim Pieve Santo Stefano al Campoli, ten na upartego może dojść na poczęstunek pieszo.

Do środka nie udało nam się zjarzeć, ale ciekawostką może być fakt, że jednym z pievano, czyli proboszczem w tego typu nadrzędnym nad rejonem kościele, był sam Giulio Medici, późniejszy Papież Klemens VII.
Trochę głupio było mi obchodzić kościół, bo poprzyrastały do niego zamieszkałe budynki, z otwartymi drzwiami, więc czułam się, jak bym miała komuś przeszkodzić w sjeście.
Podobnie było przy chyba zupełnie opuszczonym Pieve di San Pietro w maluśkiej osadzie Sillano, do której na chwilę zjechaliśmy z głównej drogi. Z przodu trzeba się mocno skupić, by pod barokiem zobaczyć starsze warstwy, ale z tyłu przetrwała półkolista absyda.

Czas pędził nieubłaganie, dużo szybciej od nas, więc musiałam skrócić plany wycieczkowe, jeśli mieliśmy dotrzeć do San Donato na 18.00.
Ostatnia była bardzo pobieżnie odwiedzona miejscowość Panzano in Chianti, słynna głównie ze względu na niesławny befsztyk u Dario. Z różnych stron dowiaduję się, że właściciel już dawno zapomniał, czym jest prawdziwy kawał mięsa z chianiny, a mięso za życia w ogóle nie postało w Toskanii. Dlatego w ogóle nie szukałam "Mac Dario". Pamiętałam, że jest tam jeszcze coś innego.
Nie, nie, więcej zamków na liście nia miałam. Chociaż ... część Panzano zachowała ewidentne ślady  warownych murów, ale mi po zakamarkach pamięci kołatał się ciekawy kościół.

Hmm? To chyba nie ten?

Weszłam z poczucia obowiązku, że skoro już jestem, że może źle zapamiętałam, że może w środku jest coś bardzo, bardzo cennego. Sami jednak przyznacie, że na romański kościół to nie wygląda?
Po wyjściu spotkałam zasapaną panią w ciąży, właśnie weszła pod górkę. To ważna chwila, bo pani zapytana o pieve od razu ruszyła na bok wzgórza, żeby mi pokazać, dokąd mamy jechać. Za to bardzo szanuję Toskańczyków, chęć pomocy jest tak wyraźnie widoczna.
Okazało się, że słynna romańska świątynia nie jest już w samym Panzano, ale w niedalekiej osadzie -dzielnicy - Leolino.

Noooo!
Takie coś miałabym przeoczyć?
Plułabym sobie w brodę i kombinowałabym, jak tu znowu zahaczyć o Chianti. Po cichu przyznam się, że i tak kombinuję :)
Pieve di San Leolino sięga swoimi początkami 982 roku. Właściwie to odnaleziono dokument traktujący o już istniejącej świątyni. Ale niektóre fragmenty kamienia wskazują na jeszcze odleglejsze daty.
To, co zastajemy w głównym trzonie jest XII wieczne.
Do wnętrza wprowadza dużo młodszy portyk, z XVI wieku.

Gdy czytam informacje o kościele, zastanawia mnie fakt, że przywrócenie do stylu romańskiego nastąpiło w 1942 roku. Zaraz, zaraz, a co z wojną?
Może kiedyś dowiem się, jakim sposobem w takich ciężkich czasach można było zajmować się konserwacją budowli.
Na razie pozachwycam się wnętrzem i jego skarbami.
Trzy nawy wyznaczone są przez rząd filarów o podstawie kwadratu, nie ma żadnych rzeźbionych zdobień. Wyczuwa się atmosferę ciężkich murów, niechętnie wpuszczających słoneczne światło do  środka.

Powoli daję przywyknąć oczom i rozglądam się po ścianach.
Pierwsza jest kaplica chrzcielna, jeszcze jasna, lekka i wdzięczna, z freskiem malarza z kręgów Filippino Lippiego.  Ma ciekawą misę, z podwójnym pojemnikiem, opartą na dwóch podstawach.

Za położonym nieopodal konfesjonałem skrywa się piękny XIV wieczny tryptyk z Madonną i Dzieciątkiem,  ze św. Katarzyną Aleksandryjską, św. Piotrem i św. Pawłem. Patrzę i zachwycam się, że taki skarb uchował się w niepozornej miejscowości.
To jeszcze nie wszystko.
Po drugiej stronie kościoła, znowu Madonna z Dzieciątkiem, obraz starszy o cały wiek od poprzedniego. Razem z Nią znowu Piotr i Paweł, których fragmenty z życia przedstawiają mniejsze, boczne sceny.
Zaraz nieopodal świetny XVIII wieczny relikwiarz w postaci popiersia, przedstawia Św, Eufrozyna.
Tyle w nawach. Przed nami główny ołtarz, ze zdobnym, bogatym w złocenia, jak na sieneńską szkołę malarstwa przystało, tryptykiem. "Dla odmiany" Madonna z Dzieciątkiem, tym razem w asyście aniołów i świętych: Franciszka, Jana Chrzciciela, Eufrozyna i Wawrzyńca.
A z boku prezbiterium "smaczek" jeszcze jedna Madonna i Dzieciątko, czule ją obejmujące.
Do bogactw świątyni dodajcie jeszcze tabernakola - jedno na Najświętszy Sakrament, drugie na oleje święte - obydwa dzieło Giovanniego della Robbia.

Wychodzimy?
Absolutnie nie!
Jeśli kiedykolwiek tam zawędrujecie, zajrzyjcie z prawej nawy do krużganków - mojego następnego zawirowania i zachwycenia.

Wychodzę z lekka zapowietrzona szczęściem, że nie ominęłam, że znowu doświadczyłam piękna.
Żegna nas widok, jakich wiele w Chianti, jednak grzechem byłoby napisać, że nic nadzwyczajnego.
Czy jest ktoś, kto by nie lubił rytmów winnic? Łagodności wzgórz? Ciemnych pionowych akcentów wyznaczanych przez cyprysy i srebrzyście grających gajów oliwnych?
Zapomniałabym o fioletach irysów i bogatych żółcią wiechciowatych żarnowcach.

Długo by wymieniać, a to tylko cztery godziny. Niezwykłe, ile może pomieścić tak krótka wycieczka.


Ps. Na 18.00 zdążyliśmy, ale Msza była odwołana z okazji jakiejś parafialnej pielgrzymki.
Do następnego razu więc :)

2 komentarze:

  1. Cudowne Chianti będzie na zawsze moim jednym z ulubionych krajobrazów!

    OdpowiedzUsuń
  2. A dla mnie chyba tym naj, naj... Choć odwiedzając różne regiony Toskanii wszędzie popadam w zachwyt! To już dla mnie druga ojczyzna,nic nie ujmując tej Pierwszej. Annamaria

    OdpowiedzUsuń