poniedziałek, 11 maja 2015

NOWE LĄDY FLORENCJI - cz.2

Piękne, słoneczne popołudnie trwało w najlepsze, posileni kawą i rogalikami, ruszyliśmy wzwyż, na drugą stronę Florencji, do Forte di Belvedere. Pomimo niedzieli, a więc nieczynnej strefy ograniczonego ruchu, nijak nie mogliśmy dojechać na górę. Znaki ulic jednokierunowych nakazywały powrót do miejsca, z którego zaczynaliśmy wjazd ku fortowi. Okazało się, że nie powinniśmy słuchać GPS (żeby to pierwszy raz!), tylko jechać  zupełnie inną ulicą, o nazwie sugerującej, że prowadzi do celu, czyli Via di Belvedere, a najpierw Via dei Bastioni. Przejazd tymi ulicami sam w sobie jest niezwykle atrakcyjny, auto wspina się wzdłuż średniowiecznych murów miejskich, docierając w końcu do najwyżej położonej bramy wjazdowej do miasta, Bramy św. Jerzego. Obok której jest wejście do twierdzy.

Co mnie tam ciagnęło?
Zobaczone w internecie zdjęcia z tymczasowej wystawy przykuły moją uwagę na tyle, że chciałam je zobaczyć w wystawowej przestrzeni, której dotąd nie widziałam z bliska, chociaż kilka razy byłam nieopodal. Już mi się to kilka razy zdarzyło, że kiedyś zainteresowałam się jakimś miejscem, ono z różnych przyczyn okazywało się nieczynne, a ja przyjmowałam to za nieodwołalną opcję. Podobnie miałam z Forte di Belvedere, który rok po mojej przeprowadzce do Toskanii zamknięto na pięć lat. A to z powodu śmiertelnego wypadku, drugiego w ciągu dwóch lat, spowodowanego brakiem oświetlenia i, w związku z tym, niewidocznym zagrożeniem dotarcia na skraj bastionów, a te mają wysokość 10 metrów.
Po umocowaniu koniecznych barierek, oświetlenia, po wyraźnym oznaczeniu miejsc zaczęto otwierać fort na tymczasowe wystawy.

Zacznę od samego fortu, gdyż zapiera dech w piersiach i swoją konstrukcją i położeniem. To druga medycejska fortyfikacja w mieście, pierwszą jest Fortezza da Basso, która, jak sama nazwa wskazuje, jest położona na dole, niedaleko od głównego dworca kolejowego Santa Maria Novella. To tam brałam udział w Mostra dell'Artigianato.
Twierdzę położoną na skraju Ogrodów Boboli, w pozycji dominującej nad miastem, postanowił wybudować w 1590 roku Wielki Książę Toskańki Ferdynand I. Do projektu rękę przyłożył między innymi Bernardo Buontalenti.

Strategiczne położenie zabudowań pokazuje jedna ze słynnych lunet Utensa, prezentująca jeszcze nierozbudowany Palazzo Pitti z Ogrodami Boboli oraz Forte di Belvedere, u góry, po lewej stronie.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/63/Pitti_boboli_utens.jpg
Zaskakujący jest kontrast potężnych murów, jedynej klatki schodowej wiodącej na wyższy poziom z niemal finezyjnym budynkiem pieszczotliwie zwanym palazzina.

Historia dostarczyła dowodów, że faktycznie lepiej było wybudować tam reprezentacyjną rezydencję, a nie siedzibę chroniącą przed wrogiem.  Odkryta po wiekach swoista cysterna, położona bardzo głęboko, prawdopodobnie miała służyć przechowywaniu drogocennych skarbów medycejskich.
Mury palazziny nigdy nie zaznały oblężenia, a armaty strzelały jedynie na ogłoszenie południa, kiedy to gospodynie brały się do przygotowywania obiadu, dlatego złośliwy lud Forencji nazywał je makaronowymi działami. Ciekawym jest fakt, że nie wszystkie armaty były skierowane w kierunku potencjalnie nadciągającego wroga. Część wycelowano w miasto, gdyby przyszło mu do głowy zawalczyć przeciwko władcy.
Ferdynand najbardziej skorzystał z wybudowania twierdzy, chroniąc się przed bardzo drapieżnym wrogiem, jakim była zaraza z 1600 roku.
No i tak sobie weszłam, zachwyciłam się architekturą, a potem, jak głupia myszkowałam po jej zakamarkach, dochodziłam do różnych skrajów, by zwariować na punkcie widoku.


Jedynym minusem panoramy jest brak rzeki, za to jej rozległość każe szukać skrzydeł na plecach.



Unosiłam się już metr nad ziemią, a tu jeszcze wystawa "Human".
Antony Gormley zaprezentował wiele rzeźb, które można podzielić na dwie grupy: w pierwszej mieszczą się sylwetki wyraziście ludzkie, w drugiej - nazwałabym je - pikselowe. Gdyby nie tytuł wystawy i te odlewy z pierwszej grupy, czytelnie męskie, tych drugich pewnie nie tak łatwo udałoby się określić jako ludzkie sylwetki, zwłaszcza z bliska.
Rozmieszczenie figur wskazuje, z jak wielką uwagą, z jakim zamysłem rzeźbiarz wyznaczył im miejsca prezentacji. Jest tyle apsektów, nakładają się na siebie, wyrywają z kontekstu, albo mu dodaja następny, do tego jeszcze przewidywalne i nieprzewidywalne zachowania zwiedzających. Uczta!
Na początku bawiłam się szukaniem zależności między rzeźbami a rzeźbami, potem między rzeźbami a otoczeniem, aż w końcu usiłowałam uchwycić ludzkie zachowania wobec metalowych sylwetek.
Zrobiłam sobie konkurs na najciekawsze zależności, oto moi zwycięzcy:


W tle ostrzeżenie przed upadkiem z wysokości.






Żebyście jednak nie czuli się poszkodowani, zamieszczam szerszą reprezentację.




















Ta dziewczynka biegła z tabletem. Chyba kręciła film?






Zastanawiam się, który z dwóch lądów Florencji przeznaczyłabym na wypoczynek z książką, ołówkiem, pędzlem? W upalny dzień, fort musi być straszliwą patelnią, ale może grube mury budynku użyczyłyby schronienia.
Albo Aperol?

A Parco delle Cascine? Hmm. No, nie wiem, jakoś bardziej ciągnie mnie do Forte di Belvedere.
Tymczasowa wystawa trwa do 27 września, wtedy każdy ma okazję zajrzeć do twierdzy. Myślę, że jeszcze z niej skorzystam :)

8 komentarzy:

  1. Żałuję, że będąc tydzień wcześniej we Florencji nie dotarłam do Forte di Belvedere, a wędrowałam wzdłuż jego murów. Za to udało mi się zwiedzić Villę Petraia i to z przewodnikiem, niestety włoskim. Widok z ogrodów obłędny, wnętrza bardzo interesujące, takie leciutkie,wdzięczne, w środku piękne światło, jednak ilość jelenich głów na ścianach świadczy niestety o tym, że mieszkańcy tego budynku wybili chyba całą populację tych zwierząt w okolicy. niestety nie dotarłam do Villi Gamberaia (o którą Panią pytałam) i nie zrobiłam sobie zdjęcia pod rzeźbą pieska :( Ale wszystko przede mną. Serdecznie pozdrawiam Małgorzata Stanielewicz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, czy po Villa Petraia w ogóle oprowadzają w innych językach. Też trafiłam na włoskojęzycznego, ale dla mnie akurat nie było to już wtedy przeszkodą. Podoba mi się postawa "wszystko przede mną". Wtedy dużo lepiej znieść, że się czegoś nie zobaczyło :)

      Usuń
  2. Pani Małgosiu! Zlałam wreszcie Crema al limone - fakt, na spirytusie zwla z nóg, ale spożycie kropelkowe - mniam!
    Pozdrawiam serdecznie!
    czekolada72

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę, ewentualnie rozrzedzić słodkim mlekiem, ale nie zagęszczonym, bo z wyjętej lodówki butelki trudno wydusić cokolwiek, tak jest gęste :) Cieszę się, że smakuje :)

      Usuń
  3. Aperol - zawsze! :)
    Podoba mi się zwłaszcza to zdjęcie, gdzie tłem jest kopuła Duomo.
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Duomo zawsze dobrym tłem jest, jako i aperol :)

      Usuń
  4. Te rzeźby, a w tle Duomo, wywierają naprawdę niesamowite wrażenie! Pikselowe postacie ludzkie trochę jak z powieści science fiction. Uwielbiam, kiedy sztuka wychodzi na ulicę lub w plener - kiedy te dwie przestrzenie, sfery przenikają się, dialogują, uzupełniają wzajemnie lub drażnią. Kiedy miesza się epoki. W każdym razie zadziwiają zdjęcia i reakcje ludzkie, więc co dopiero być tam i widzieć na własne oczy... Zdjęcia wspaniałe, a już najbardziej porwało mnie zdjęcie leżącej postaci i obok dziecka. Dzieci niesamowicie reagują na sztukę! Pozdrowienia :-) Dominika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci to osobny temat, mogłabym siąść tam z aparatem i tylko polować na cudowną bezpośredniość, próbować patrzeć ich oczami. Pozdrawiam poburzowo i słonecznie :)

      Usuń