czwartek, 21 czerwca 2012

UWAGA, PRODUCENCI NALEWEK!

Zbliża się czas zbierania zielonych orzechów, ale w Polsce. W końcu załapałam, że tutaj jednak lepiej było to zrobić dwa tygodnie przed Św. Janem.
Wy, kochani, macie jeszcze czas, by rozejrzeć się za niedojrzałym materiałem do wyprodukowania rewelacyjnej nalewki. W zeszłym roku nie robiłam, bo naiwnie myślałam, że wystarczy produkcja sprzed dwóch lat. Jakże się myliłam!
Zainteresowanych odsyłam do przepisu:
ŚWIĘTOJAŃSKI TRUNEK
Moja mikstura już ściemniała, ale lubię robić jej zdjęcia, gdy jeszcze można wypatrzeć wszystkie jej składniki.

PRZY OKAZJI PRZYPOMINAM, ŻE ZOSTAŁO 6 DNI DO LOSOWANIA PREZENTU, KTO SIĘ WYBIERA W TYM ROKU DO TOSKANII I CHCIAŁBY OTRZYMAĆ OBRAZEK, NIECH KLIKNIE NA TRUSKAWKI W KOLUMNIE OBOK.

środa, 20 czerwca 2012

Z ŻYCIA PODGLĄDACZA

Okna to dobre miejsce do obserwacji wszelakich.
W minioną niedzielę szykowałam się do podglądania ślubu przez tajne okienko. Właściwie, to chodziło mi tylko o stroje młodych i odrobinę zachowań.
Oczywiście, jak to dotąd było przy każdym ślubie w parafii, panna młoda znacznie się spóźniła. A ciekawe, bo nie Włoszka - tylko Słowenka.
W oczekiwaniu patrzyłam przez zwyczajne okno, czy nie nadciąga. Z lekkim zaskoczeniem odkryłam śpiocha  rozciągniętego pod naszymi cyprysami;. nie przerywając mu sjesty, szybko pstryknęłam fotkę.
To narzeczony organistki - Japonki :)
Przypomniałam sobie Bogusia, który z upodobaniem zalega na trawniku w ogrodzie, oraz Druso tarzającego się wśród nagrzanych kamieni, co można zobaczyć przez inne okno, z drugiej strony domu.

Niektórzy goście wcale nie pokwapili się z wejściem nawet, gdy już wszyscy byli w środku kościoła. Że też im się chciało w taki skwar stać na dworze całą Mszę :)
Ja całej liturgii nie podglądałam, wyczekałam tylko na moment wejścia Młodego. Potem Młodej, współgrającej sukienką z chodnikiem pokrytym płatkami róż, oraz brokatem, który tak intensywnie był wysypany na podłogę i na jej twarz, że kościół dotąd mieni się drobinkami złapanego i odbitego światła. Nawet proboszcz po uroczystości lśnił dodatkowo, przy czym od razu stawiałam na złożone przez niego Młodej życzenia, a nie "twarzowy" kontakt z chodnikiem.
Patrząc na typy urody, prędzej bym się spodziewała, że on jest obcokrajowcem, a ona Włoszką.

Przyznam, że podglądanie jest bardzo atrakcyjne w upalne dni, nie angażuje zbyt wielkiej aktywności, da się więc przebrnąć od okna do okna, w chłodzie grubościennej plebanii :)

wtorek, 19 czerwca 2012

LATEM KWIATY RZECZ ZWYKŁA, ALE ...

Rzecz dotyczy zimowego wydarzenia. Tak dla ochłody pomyślałam, by choć wirtualnie przenieść się do styczniowej Florencji. Zaraz przy baptysterium, od jego  północnej strony postawiono kolumnę zakończoną krzyżem. To pamiątka pewnego odległego wiekami zdarzenia.
Pierwszy biskup Florencji - San Zanobi - żył na przełomie IV i V wieku. Był bardzo poważany przez mieszkańców miasta, a po śmierci pochowano do z wielką czcią w kościele św. Wawrzyńca, wtedy jeszcze za murami miejskimi.
Po wielu, wielu latach zdecydowano, że jednak najgodniejszym miejscem pochówku biskupów będzie katedra. Postanowiono więc przenieść doczesne szczątki Zanobiego do Santa Reparaty - starego Duomo.
Był  właśnie 26 stycznia, panował silny mróz. Kondukt z trumną przekroczył starą bramę w pierwszym pierścieniu murów. Właśnie w ciszy przechodzono koło wiązów rosnących przy baptysterium. Były  bezlistne o tej porze roku. Przenoszona na barkach trumna dotknęła drzewa, a to cudownie obudziło się z zimowego snu, pokryło się kwiatami i liśćmi.
Z całej Florencji i jej okolic schodzili się ludzie, by podziwiać drzewo, no i przy okazji uszczknąć choć jedną gałązeczkę, jako dobry znak dla siebie.
Mam nadzieję, że nie to stało się powodem, iż współcześnie nie ma śladu po wiązach. Jest za to miejsce upamiętniające niezwykłe wydarzenie. To owa kolumna, obecna pochodzi z XIV wieku, gdyż wcześniejsza została zniszczona przez słynną powódź z 1333 roku, tą samą, która porwała starszą wersję Ponte Vecchio.
Jest jeszcze jedna mniej trwała tradycja związana z tym dniem. Ponoć każdego 26 stycznia u podnóżka kolumny układa się żywe kwiaty. Jakoś nie udało mi się na nie trafić, ale w tym roku, w czasie kwitnienia różaneczników widziałam je ustawione wokół podstawy.
Może to spóźnione obchody, gdyż zimą kolumna była w remoncie, cała zasłonięta rusztowaniami?

niedziela, 17 czerwca 2012

Z WIZYTĄ U MICHAŁA ANIOŁA

Ależ mi zeszło! Spisanie wykładu z własnym jego odbiorem to zadanie na wiele, wiele dni. Mnóstwo czasu zabrało mi odsłuchanie wykładu, na którym byłam w ... maju. Wiwat dyktafony! Ażeby było trudniej, to ja jestem zwyczajny szperacz, więc często odchodzę daleko od tematu, zgłębiając sobie coś, co obocznie w nim się pojawiło. Zdarza się też, że trafiam na słowo mi nieznane i wcale nie tak łatwo jest dociec, o co chodziło wykładowcy. Nie ufając sama sobie, sprawdzam też, czy "aby na pewno?", i tak trwa dniami coś, co w rzeczywistym wymiarze zajęło lekko ponad godzinę. Dodajcie do tego normalne życie i wybaczcie, że dopiero teraz umieszczam następny wykład.
Tym razem spotkanie z serii Grand Tour odbyło się w domu Michała Anioła na via Ghibellina, we Florencji. Kiedyś nazywano ją ulicą Brudnych Marmurów, bo rzeźbiarz latami składował przez budynkiem materiał do pracy.  
Jeszcze nigdy nie byłam w tym muzeum i nie liczcie, że właśnie o nim teraz napiszę. Niewiele z samego miejsca zobaczyłam, gdyż wykłady nie polegają na oprowadzeniu po całym obiekcie, a na czas "po wykładzie" miałam inne plany.
Tego dnia Luca Vivona zaproponował rozważania pt. "Estetyka Michała Anioła", ułatwiając mi tym odbiór dzieł wielkiego Toskańczyka. 
A więc znowu obracamy się wśród renesansowych dzieł. 
W przypadku Michała Anioła mówi się o renesansie klasycystycznym, którego ramy zamykają się pomiędzy latami 90 XV wieku, a dokładną datą 1527, z traumatycznym Sacco di Roma - czyli Grabieżą Rzymu.  
Raptem 40 lat, a trudno sobie wyobrazić atmosferę tamtych dni w Italii, kiedy to aktywni byli między innymi tacy artyści, jak: Leonardo, Bramante, Rafael Santi, Correggio, Pinturicchio, Pontormo, Signorelli, Tycjan, Giorgione, no i  Michał Anioł. Oczywiście, nie wszyscy są przedstawicielami nurtu, na którym się skoncentruję.
Dlaczego renesans klasycystyczny? 
Bo odnoszący się do klasyki, czyli antyku. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego słowa, że nigdy nie szukałam jego etymologii. A łacińskie classis oznaczało rzymską flotę morską, w której obowiązywały takie zasady, jak dyscyplina, rygor, porządek i harmonia. 
I tak oto po wielu latach, gdy z powierzchni mórz zniknęła starożytna formacja wojskowa, jej cechy odnaleziono w sztuce XVIII wieku i określono ją klasycystyczną. 
No dobrze, to wiele lat później, a renesans? Klasycystyczny? No bo renesans niejedno ma imię, o czym wspomnę jeszcze pod koniec tego wpisu. Ten "Aniołowy" ma powiązania ze sztuką klasyczną.
Pozostańmy więc przy harmonii i porządku.
Michał Anioł nie stosuje sztywnie tych zasad, poniekąd wykracza ponad nie, dodając nowe wartości, np. psychologizuje swoje postaci. Tak się odczytuje chociażby specyficzne napięcie widoczne we wzroku Dawida. Także słynna rzymska Pieta, niby ma klasyczną formę, ale interpretacja jest absolutnie nowatorska. Bo kto to widział wcześniej, żeby Maryja była mniej więcej 16 letnią dziewczyną, a jej martwy syn 33 letnim mężczyzną?
Zanim bardziej zagłębimy się w program artystyczny Michała Anioła, musimy jeszcze choć króciutko wyjaśnić sobie pojęcie "estetyki". I wcale nie jej etymologię, a znaczenie.
Estetyka jest działem filozofii zajmującym się pięknem, relacjami między myślą a formą, czyli umysłem a sztuką. I wystarczy tyle.
Wracamy do genialnego rzeźbiarza, malarza, architekta i poety. Właśnie ta czwarta jego rola pomoże nam zrozumieć wizję sztuki według Michała Anioła.
Luca Vivona użył jedynie czterech pierwszych wersów jednego z utworów poetyckich, ale szkoda mi pięknego tekstu w tłumaczeniu Lucjana Siemieńskiego, XIX wiecznego poety i tłumacza.

Na świat przychodząc, za wzór powołania
Piękność mi dano; a z nią mi przypadło
Znamie sztuk dwojga: lampa i zwierciadło.
Kto w to niewierzy, krzywego ten zdania;
Bo przez nią tylko dociągam tej mety,
Że się do dłuta biorę lub palety.
Głupio ten myśli, komu się uroi.
Że piękność tylko zmysły niepokoi;
Właśnie duch zdrowy ona rozaniela.
Chory wzrok z ziemi Boga nie obaczy,
Ani tam wejdzie kędy wejść inaczej
Niemożna, tylko z łaską Zbawiciela.

Domyślacie się już, co było nadrzędną kategorią sztuki Michała Anioła?
Tak bardzo często we wspólczesnej sztuce odrzucane piękno.
Artysta wykroczył poza dotychczasowe traktowanie piękna, jako okazjonalnie towarzyszącego formie. Dotąd, by wyrazić naturę starano się odpowiednio dobrać formę, a jeśli była przy tym piękna, to raczej jako zjawisko wtórne, tak właśnie przy okazji. Nasz rzeźbiarz i malarz w swoich dziełach czyni piękno nadrzędną cechą, dąży do niego podporządkowując mu formę, bywa że przekłamując naturę, już jej nie imituje.
Takie podejście do sztuki ładnie tłumaczył młodszy kolega po fachu - Rafael. Mówił, że Zeus, by przedstawić najpiękniejszą kobietę, robił wybór spośród wielu, a on czyni najpiękniejszą tą, którą akurat maluje, bo czyni to według własnej idei.
Przyjrzyjmy się, jak Michał Anioł od pierwszych dzieł wyrażał swoją ekspresję poprzez piękno.
W jego domu znajdują się dwie płaskorzeźbione tablice.
Najpierw zatrzymujemy się przed uznaną za pierwszą (z udokumentowaną atrybucją), wyraźnie inspirowaną dziełami Donatella, który wręcz jest uważany za wynalazcę płytkiego reliefu, zwanego "schiacciato" (zgnieciony). W tej technice, na głębokości zaledwie kilku milimetrów oddana jest cała przestrzeń scen, ze wszystkimi jej planami. Oto dwa dzieła Donatella:
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/2f/Le_Festin_d'H%C3%A9rode_Donatello_Lille_13018.jpg
http://www.ditaime.com/newforum/download2.php/5,1035/Ill.2.jpg
Płytki relief to środek, którym posłużył się Michał Anioł w "Madonnie przy schodach".
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/af/Madonna_of_the_stairs.jpg
Forma mocno spłaszczona, jednak dokładnie umiemy określić położenie figur w przestrzeni. A co widzimy? Madonnę siedzącą na kubiku, który swoją prostotą kontrastuje z niezwykle miękką draperią szat. Zapatrzona gdzieś przed siebie, przypomina postawę prorocką w klasycznym ujęciu. Lewą ręką podtrzymuje Syna, ukazanego od tyłu. Dzieciątko ma mocno zarysowaną muskulaturę. Jak widać, mistrz już od początków działalności miał skłonność do "umięśniania" swoich obiektów. Mamy do czynienia z pracą mniej więcej szesnastoletniego młodzieńca, a tak wyrzeźbionej na przykład dłoni może pozazdrościć Michałowi Aniołowi niejeden utytułowany rzeźbiarz.
Nowością względem antycznych płaskorzeźb jest skrzyżowanie nóg Maryi, czy wygięta do tyłu ręka Jezusa, wzmacniająca kontrapost sylwetki chłopca, zapowiedź środka stosowanego także w pełnoplastycznych rzeźbach. Dzięki temu czujemy ruch postaci.
Te z przodu i tak są bardziej spokojne, bo dopiero w tle to się dzieje. Na szczycie schodów urzędują dwa putta. Wyrzeźbione mniej precyzyjnie sugerują oddalenie od wzroku patrzącego.
Ruch stanie się lejtmotywem dzieł Michała Anioła. Zawsze będzie go interesowała relacja pomiędzy ruchem figur a przestrzenią.
Mało kto wie, że artysta stosował także efekty malarskie. Do wykończeń używał patyny na bazie wosku, dzięki której, odpowiednio wcieranej, mógł wzmocnić kontrast światła i cienia. W "Madonnie przy schodach" zachowały się tylko resztki wykończenia, gdyż poprzez zbyt agresywną restaurację w dawnych czasach, usunięto tę warstwę uważając ją za zabrudzenie.
Mówi się, że Michał Anioł był malarzem, gdy rzeźbił, a rzeźbiarzem, gdy malował.
Resztki patyny pilne oko wypatrzy także w "Bitwie centaurów" z sąsiedniej ściany, stworzonej w podobnym czasie, co jej płaska sąsiadka.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a4/Michelangelo%2C_battaglia_dei_centauri%2C_casa_buonarroti.jpg 
Tutaj jednak mamy do czynienia z głębokim reliefem, sylwetki centaurów niemal wyrywają się z płaszczyzny marmuru.
Według Vasariego panel został zamówiony przez Wawrzyńca Wspaniałego, a jego treść określił nadworny poeta, rozmiłowany w antyku - Agnolo Poliziano.
Źródło więc klasyczne.
Michał Anioł mógł się wykazać w ulubionym rodzaju przedstawień - poruszających się ludzkich sylwetek w pewnej przestrzeni. No właśnie! Ludzkich? A gdzie dolna, końska część mitycznych stworów? Ten pośrodku, na dole wydaje się być jeszcze typowym centaurem. Ale to nie jest istotne dla mistrza, kto jest Lapitem, a kto centaurem. Chodzi o to, by pokazać napięte mięśnie, ruch, ludzkie sylwetki. Koncept potwora nie wyraża się w jego ludzko zwierzęcej budowie, tylko w samej ludzkiej agresji  wyrażonej w marmurze.
W scenie przeważają mężczyźni, jak w całej sztuce Michała Anioła, zgodnie z klasycznym kanonem piękna. Naleciałości naszych czasów każą nam szukać piękna w sylwetce kobiety, a przecież w antyku ten ideał wyrażał się w męskim ciele. U toskańskiego artysty nawet kobiety są zmaskulinizowane poprzez mocne sylwetki, czy nadmierną muskulaturę. Pamiętacie mój brak zachwytu nad biustami kobiet z nagrobków w Nowej Zakrystii?
Tak więc i w Bitwie Centaurów imperatywem rzeźbiarza było piękno, bez względu na treść, pełną przemocy, emocji i bólu.
Na chwil kilka przechodzimy do sali obok, w której ulokowano ciekawy obiekt, zamykający okres renesansu klasycystycznego Michała Anioła. To model, według którego miała powstać rzeźba do Nowej Zakrystii. Nigdy nie została jednak wykonana, widzimy tylko szkic rzeźbiarski "Bóstwa rzecznego".
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/d7/Michelangelo%2C_modello_per_una_divinit%C3%A0_fluviale_02.JPG 
Model, a wygląda szlachetnie, jak antyczna rzeźba. Trudno uwierzyć, z jak bardzo nieszlachetnych materiałów został wykonany. W jego składzie doszukano się niewypalonej gliny, włosia zwierzęcego, piasku rzecznego, wełny, roślinnych pakuł i metalowych prętów (służących zbudowaniu konstrukcji). Do wypolerowania Michał Anioł użył łajna końskiego. Substancja ta nie została wymieniona na muzealnej tabliczce. A jakie były tego ciekawe konsekwencje, napiszę na końcu wpisu.
Użycie materiałów pospolitych wskazuje także na estetyczne zmiany, jakie zaszły w sztuce. W średniowieczu drogocennością samej materii dzieł podkreślano ich splendor i wyraz. Ja się zastanawiam jednak, czy to nie jest zbyt mocno naciągana teoria, bo wszak to miał być tylko model, a rzeźby, które doczekały się wystawienia, są z dużo szlachetniejszego tworzywa. Z drugiej jednak strony, słynny warsztat della Robbiów opierał się o zwykłą, pospolitą glinę, a dzieła z niej wykonane zyskały rangę prawdziwych dzieł sztuki. Przypomniawszy jeszcze sobie "surowe" dzieła Masaccio nie mogę się nie zgodzić ze zdaniem, że w renesansie piękno nie wynikało z użytych materiałów, lecz z samej formy dzieła, czy idei jaką przedstawiało.
Poprzednie dwa dzieła od tego modelu dzieli niemal 40 lat, a artysta żył jeszcze drugie tyle. Niemożliwe więc było, by zachował jednolity styl. Doprowadził sztukę do bram baroku. Jednak z punktu widzenia estetyki interesujące jest to, że swojej koncepcji artystycznej mistrz nie zmienił. W jednym ze swoich listów sam pisze, że nie zmienił swojej wizji sztuki.
Teksty dotyczące programu artystycznego powstały dość późno, ale mają wsteczne zastosowanie do wszystkiego, co wyszło spod dłuta i pędzla artysty.
Po powstaniu wielu jego sztandarowych dzieł, pojawiają się słowa wyjaśniające podejście do procesu twórczego. Tatarkiewicz napisał, że najpierw Michał Anioł lokuje się w historii sztuki, a potem w historii estetyki.
Dowiadujemy się, jaką rolę przypisuje umysłowi, oczom i rękom w swym działaniu.
W jednym z listów pisze: "Maluje się umysłem (mózgiem), a nie rękami".
Wracamy do marmurów i reprezentatywnej dla następnej cechy sztuki Michała Anioła tablicy z "Centauromachią".
Potrzebna znowu nam będzie definicja z dziedziny filozofii.
Wszystkich zajmujących się tą szlachetną dziedziną myśli ludzkiej proszę o wybaczenie skrótów, ale chodzi tylko o przełożenie pewnych założeń na język sztuki i estetyki.
Tym razem chodzi o neoplatonizm, ale nie ten powstały pod wpływem myśli Plotyna, lecz kwitnący kilkaset lat później we Florencji. Właściwie to obydwa nurty i tak nawiązują do filozofii Platona i to jego przemyślenia będą nam potrzebne w zrozumieniu, dlaczego o toskańskim artyście mówi się, że był neoplatonikiem.
Platon przypisywał intelektowi dwa znaczenia. Z jednej strony umysł stanowi ośrodek tworzenia się opinii i sądów nad rzeczami. Z drugiej strony - w intelekcie ulokowane są idee uniwersalne (niezmienne), postrzegane formy (zmienne) są jedynie podobne, wyrażają te idee.
Odnosząc to do sztuki. Od razu staje się zrozumiałe, dlaczego w szkole florenckiej tak ważny jest rysunek i sztuka figuratywna - bo zastępują formy uniwersalne, tkwiące w umyśle.
Zaznaczam, że rzecz miała się głównie we Florencji, bo np. Coreggio żyjący w często zamglonej dolinie Padu, także renesansowy artysta, ponad rysunek przedkładał sfumato (przydymione, zamglone). Z tego powodu nie cenił go Vasari twierdząc, że Coreggio słabo rysuje.
Michał Anioł jak najbardziej jednak cieszył się wielkim szacunkiem ojca historii sztuki.
Nie ma żadnych dowodów na to, by artysta spotykał się z florenckimi neoplatonikami, ale i w jego słowach i dziełach widać echa tego nurtu.
Vasari pisze: "Mawiał, że trzeba mieć miarę w oku, a nie w ręku, bo ręce pracują, a oko sądzi".
Nie możemy oczami zobaczyć sprawiedliwości czy prawdy, ale możemy widzieć piękno, które manifestuje także sprawiedliwość i prawdę. Oko jest fundamentalnym narzędziem, dzięki któremu nasz umysł notuje boski pierwiastek w rzeczach.
Skoro więc idee są już w nas, to należy je jedynie odkryć.
Michał Anioł pokazuje to w swojej koncepcji rzeźbienia w marmurze. Twierdzi, że figury już są w tworzywie, zadaniem artysty jest je "jedynie" odkryć. Rzeźbiarz poniekąd zdejmował z figur niepotrzebne warstwy kamienia. Przekonuje nas o tym słowami innego wiersza (w tym samym XIX wiecznym przekładzie):
Sam mistrz, a niema takiego pojęcia
Coby w marmuru łonie już nietkwiło;
Byle wiedziona dłoń myślącą siłą
Umiała głazom zadać trafne cięcia.
Idea więc egzystuje nie tylko w naszym umyśle, ale i w materii, z której wystarczy "tylko" odrzucić zbędny nadmiar. Umysł poprzez oko nakazuje ręce, co ma wykonać.

Na zakończenie rozważań o estetyce Michała Anioła, Luca Vivona podkreślił, że mówimy jedynie o renesansie królującym we Florencji, w którym ceniono rysunek. W tym samym czasie Wenecja przedkładała nad rysunek kolor (Tycjan) a Mediolan sfumato (Leonardo). Jeszcze inny wymiar miało malarstwo Pordenone, który w Cremonie namalował ekspresywną, pełną pasji, wręcz przerażającą Golgotę.

Nie jest łatwo, renesans niejedno ma imię, po takim wykładzie człowiek ostrożniej mówi o Florencji jako kolebce renesansu :)

Jeszcze kilka luźnych uwag, pytań od ludzi i już mieliśmy się rozejść, gdy ... ku wielkiemu mojemu zdumieniu odezwała się pani pilnująca eksponatów, tym samym łamiąc mi następne schematy. Najpierw uzupełniła wykład o postrzeganie natury poprzez nagość ludzkiego ciała w dziełach Michała Anioła, a potem z lekkim oburzeniem (ledwie wyczuwalnym) zwróciła uwagę, że na tabliczce pod "Bóstwem rzecznym" nie ma mowy o łajnie końskim. Zaleciła nawet dokładne czytanie opisów dzieł, a sama wyraziła chęć poinformowania o zdarzeniu dyrektora muzeum!
Była ze mną koleżanka, więc obydwie z lekka nerwowym uśmiechem ze zdziwieniem się na siebie spojrzałyśmy.
Czy to było grzeczne ze strony pani? Czy tylko my - jako Polki odczułyśmy pewien nietakt tego wtrącenia? Przychodzi mi znowu spostrzec różnice mentalne. Bo Luca najpierw grzecznie pani wyjaśnił źródła bibliograficzne, a po dwóch dniach jeszcze rozesłał do uczestników maile, w których dokładnie uzasadnił wymienienie łajna końskiego wśród materiałów, którymi posłużył się Michał Anioł.
Nie będziemy jednak kruszyć kopii o ... kupę, nieprawdaż?
Wraz z Edytką wyszłyśmy z Domu Bounarottich wielce zadowolone, z odświeżonym spojrzeniem na dzieła mistrza, przygotowane do bardziej dojrzałego z nimi obcowania.
Rączki już zacierałam na czerwcowe spotkanie, ale wykładowca się rozchorował i trzeba będzie cierpliwie czekać na kontynuację serii po wakacjach.
Co, oczywiście, nie znaczy, że i ja robię przerwę na całe wakacje. Choć, przyznam, że pokusa to wielka :)



poniedziałek, 11 czerwca 2012

DWOJE W JEDNOŚCI

Wystarczy krótka chwila nieobecności, spotkania z przyjaciółkami, oderwanie od codzienności i trudno potem się pozbierać. Zalegam z wpisami. Ale jeden krótki mogę tu umieścić, bo wiem, że świeca zrobiona z okazji rocznicy ślubu dotarła już do celu, ku niespodziance i zadowoleniu obdarowanych.
Ma ona specyficzne znaczenie, bo oprócz zdjęć widać wtopione maki. Są mało czytelne, za to bardzo, bardzo sentymentalne. Otóż rok temu podczas sesji ślubnej na polu makowym spontanicznie zgarnęłam trochę kwiecia ze sobą. Niestety byle jak je ususzyłam, ale to są te prawdziwe z tego pola, jedyne zapewne, które przetrwały.
Świeca została zrobiona z przeznaczeniem, by młodzi małżonkowie zapalali swój knot i rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali... Wystarczy jej na długie rozmowy.

wtorek, 5 czerwca 2012

NIE WSZYSTKO ŚREDNIOWIECZE, CO SIĘ ŚWIECI

Średniowiecze - słowo, które nieodmiennie przyciąga moją uwagę.
Przeglądając stronę z wydarzeniami w Toskanii od razu zatrzymuję się na imprezie pt. Festa Medievale w Malmantile. Nie dość, że średniowieczna, to jeszcze w miejscu, którego dotąd nie widziałam. Na zdjęciach wyglądało apetycznie. Po dobrym obiedzie (tym z poprzedniego wpisu) od razu wyruszyliśmy na wycieczkę. Impreza miała zacząć się późniejszym popołudniem, ale zamarzyło mi się rysowanie.
Dotarliśmy, nawet udało nam się znaleźć wolne miejsce na parkingu.
Po drodze zostałam "potraktowana" przez jakiegoś ptaszora - rzec by można, na szczęście. Jakże złudne przekonanie!
Było dość upalnie, a my mieliśmy do pokonania lekkie wzniesienie. Może nie strasznie wysokie, ale dotarcie na szczyt powinno być jakoś nagrodzone, nieprawdaż? Tak nie było.
Malmantile to dość współczesne miasteczko, poniekąd poprzerastane pozostałościami zamku. Mina mi zrzedła, nigdzie ciekawego obiektu do rysowania. Rozczarowanie pogłębiały szykowane właśnie na imprezę stragany z tak totalnym badziewiem, że postanowiliśmy wycofać się z pomysłu.
Nie zostaliśmy na samej feście, może i była ciekawa, choć trochę się już człowiek napatrzył i widzi, że czasami to głównie święto kiczu, a na to się zapowiadało.
Oto najładniejsze, co udało mi się uwiecznić.
Zajrzeliśmy tylko przez dziury w bramie, by zobaczyć mocno zachęcającą willę medycejską na końcu alei. Widać, że zadbana, zamieszkana. Ech!
No to co teraz?
Gdzie jedziemy?
Hmm, niedaleko jest Montelupo Fiorentino.
Zajrzeliśmy, ale też bez większego zachwytu. No bo nie byłam przygotowana, nie pomyślałam, że trzeba będzie dalej myszkować po terenie. Już teraz wiem, czego nie zobaczyliśmy. Odkładam to na przyszłość.
Oj! Wróć. Wcale nie tak, że wyjechaliśmy bez odrobiny piękna pod powiekami.
Chociaż jedną taką doniczusię czule bym przygarnęła. Tylko jak ją zabrać do auta?
To giganty reprezentujące miasto będące ważnym ośrodkiem produkcji ceramiki. Nawet miałam ochotę nabyć sobie łyżkę do odkładania sztućców, bo poprzednia zakończyła żywot upadkiem., no ale niedziela i sjesta stanęły na drodze i ustąpić nie chciały.
Oczywiście rzadkością jest, by nic nie przykuło mojej uwagi.
Piękna ceramiczna kapliczka.
Najbardziej zadbany posterunek carabinieri, jaki dotąd spotkałam.
Popiersie Baccio z Montelupo (XV wiecznego rzeźbiarza).
Albo scenka obyczajowa z dzieciakami hałasującymi pod statuą kobiety kładącej palec na ustach.
Coś mnie ten upał rozłożył, nie chciałam ryzykować jazdy w nieznane, bo bardzo chciało mi się rysować.
Wpadłam na pomysł, żeby pojechać jeszcze trochę dalej, do Empoli. Byłam tam 7 lat temu  - 15 sierpnia. Zapamiętałam pustkę miasta, pozamykane sklepy i małe muzeum przy kolegiacie ze skarbami godnymi każdego wzroku. Dzięki tamtej wizycie wiedziałam nawet dokładnie, co się stanie obiektem uwiecznionym na papierze.
Chodzi mi o kolegiatę św. Andrzeja.
Mimo, że na żywo widziałam ją ten jeden raz w życiu, często na nią trafiam, gdy przeglądam materiały o architekturze toskańskiej, o jej pewnym bardzo charakterystycznym szczególe.
Chodzi o tzw. inkrustację toskańską, stosowaną na fasadach, tworzoną podobną metodą jak drewniane intarsje. O jednej już na blogu wspominałam - o zielono białych pasach kojarzonych ze stylem pizańskim. Jest jeszcze drugi styl zwany florenckim. Najbardziej znane przykłady takiej inkrustacji znajdziemy oczywiście w samej Florencji - to kościół San Miniato al Monte oraz Baptysterium. I tu zobaczymy zielony oraz biały marmur, ale ułożony w geometryczne wzory. Zobaczymy go nie tylko w stolicy Toskanii, styl rozprzestrzenił się po okolicy i jego, chyba najpełniejsza, realizacja w terenie zachowała się właśnie w Empoli, w romańskiej fasadzie. Czy też odczuwacie harmonię i spokój patrząc na nią?
Ciekawe, co kryje wnętrze?
Zadbany kościół.
W środku świątynia nie jest tak stara jak słynna elewacja, ale dla samego krucyfiksu z XIV wieku (w bocznym ołtarzu) będę tam wracać.
Ta mina Chrystusa! Mniej w niej cierpienia, a chyba więcej napięcia na pograniczu złości. No i rozkosznie nieprawdziwe proporcje ciała. Dałabym się pokroić za taki obiekt w domu. Chociaż... trudno mi się zdecydować, bo nad obrazem z głównego ołtarza wisi następny krzyż.. Tym razem niepomalowany, ale z zupełnie odmiennym wyrazem twarzy Ukrzyżowanego.
A pod nim cudny tryptyk Lorenzo Bicciego.
Zawsze też mnie poruszają figury Matek Bożych Bolesnych. Nie trzeba miecza, by odczuć ból przeszywający duszę tej udręczonej kobiety.
A tuż przy wyjściu niezwykle ciekawy fresk ze Zbawicielem, autorstwa Bitticiniego, malarza żyjącego na przełomie XV i XVI wieku. W Toskanii często spotykam drewniane krzyże z doczepionymi do nich symbolami Męki Pańskiej, ale takie przeglądu jeszcze nie widziałam. Istna inwentaryzacja.
Wychodzimy. Jeszcze rzut oka na zamalowany sufit i ręce w ruch.
Niekorzystnie dla widoku placu, ale korzystnie dla moich celów, stała rozstawiona na nim widownia przygotowana na jakiś koncert. Był i cień i odpowiedni kąt, oparcie dla pleców, no i podusia zabrana z domu. Pełnia szczęścia!
Po pewnym czasie podeszli do mnie dwaj chińscy chłopcy i zaciekawieniem komentowali, co narysowałam. To zaciekawienie i podziw najpierw wyczytaliśmy z ich min, bo rozmawiali po chińsku. Potem Krzysztof do nich zagadał po włosku. Chłopcy płynnie przeszli na bardziej dla mnie zrozumiały język. Powiedzieli, że mają na imię Francesco i Andrea. Hi, hi. To pewnie na potrzeby szkoły. Krzysztof bardzo lubi ciągnąc ludzi za języki, chłopcom też nie odpuścił. A kiedy wakacje? Jaki sport najbardziej lubią? Itp. Zapytałam, czy chodzą do też jakiejś chińskiej szkoły. Francesco powiedział, że jest w Empoli możliwość chodzenia na kurs językowy, ale mamy nie stać na 100 euro. Szkoda. Muszą skromnie żyć. A może nie cenią sobie aż tak swoich korzeni? Wolałam nie drążyć tematu.
Plac w Empoli jest godzien zajrzenia do tego miasta. Bardzo miłe miejsce, z podcieniami, piękną fontanną.
Nawet bez rysowania, mogłabym na nim siedzieć godzinami i obserwować ludzi, coraz bardziej tłumnie wylegających na paseggiatę. Chodzący bukiet, pana gnającego na wózku inwalidzkim, czy restauratora szykującego rozstawiającego stoliki na wieczorną kolację.
Dodajcie do tego głęboki dźwięk dzwonów. Nie mogliśmy tylko rozgryźć, czy prawdziwe one, czy nagrane. Jak myślicie?



Szkic w miarę dokończony.
Krzysztof poszedł do auta. A ja jeszcze parę zdjęć chciałam zrobić i... się zgubiłam. Skręciłam nie w tę uliczkę i mocno się zdziwiłam brakiem parkingu. Dzięki temu zobaczyłam bardzo włoski obrazek:
Nieprawdaż?

niedziela, 3 czerwca 2012

ZIOŁOWO MI

Może jakiś przepis by się zdał?
Kilka dni temu obejrzałam program kulinarny "Buddy Valastro gotuje", powadzony przez Amerykanina, ale włoskiego pochodzenia. Ciekawe, że w tym odcinku w ogóle nie pojawiła się żadna potrawa rodem z Italii, a jednak coś mnie tknęło.
Dzisiaj postanowiłam przerobić przepis na kurczaka po marokańsku (właśnie z tego odcinka) na ziołową modłę.
Znowu nie mam pojęcia, czy taki przepis oficjalnie istnieje pod inną nazwą, nie szukałam.
Oto więc mój
ZIOŁOWY KURCZAK
- kurczak podzielony na części (kupiłam go już tak przygotowanego)
- oliwa, względnie olej (u mnie oliwa)
- cebula dymka (dałam dwa pęczki)
- bulion
- świeże zioła (rozmaryn, oregano, majeranek, tymianek, liść laurowy)
- ewentualnie papryka w proszku (głównie dla barwy sosu)
- sól i świeżo zmielony pieprz
- dodatkowo: prażone orzeszki piniowe (uprażyłam dosłownie na kapce oliwy)


Kurczaka delikatnie obrumienić i odłożyć. Na tym samym tłuszczu podsmażyć cebulę w całości (bez szczypiorku), dodać zioła i mięso, zalać bulionem i dusić około pół godziny. Orzeszkami piniowymi posypałam po ułożeniu na półmisku.

Do tego podałam ryż, także gotowany z ziołami i absolutną słodyczkę w postaci pierwszych marchewek z ogródka, delikatnie podgotowanych na parze i po ułożeniu na półmisku tylko z lekka potraktowanych masłem. Sos - przepyszny - dodany już po wyłożeniu potraw na talerze.W misce obok sałata  - mieszanka dwóch z ogrodu (jednej nazwy nie pamiętam, bo jej nie zapisałam, gdy kupowałam flance; a druga to rukola ciesząca mnie już drugi rok) oraz jeszcze kupny pomidor, ogórek i rzodkiewka.
A na deser polszczyzna - w końcu ocalone przed ptakami i ślimakami, nasycone słońcem truskawki w śmietanie.
MNIAM!

Po takim obiedzie ...

c.d.n.