sobota, 29 września 2007

OBRAZÓW PARĘ Z CODZIENNOŚCI

No i piórka opadły a my z nimi, na fotele. Jeszcze tylko resztką sił parę obrazów poszło na ściany, bo jakoś tak wszystko poza żyrandolem widzieliśmy z lotu ptaka. Obrazy w większości zastane, ale nie straszą, no i "żywiec" a nie reprodukcja. Jedyna rzecz moja, to nieudolna kopia "Dziewczyny z perłą". Jednakże nie ma to jak rama, obraz zyskał na dostojności. Z ramy wyciagnęliśmy jakiś żniwiarski temacik.
Wczoraj?? Oprócz porządków niewiele sobie przypominam. Na obiad orata (po polsku podobno jest to dorada), może nie tak pyszna jak podana nam parę tygodni temu w Lukce, ale nie powiem, zjedliśmy i tym razem ze smakiem. Krzysztof walczył dzielnie z wszędobylskim graciarstwem, wyrzucił co się dało, bo w następnym tygodniu ma to być wywiezione. Zburzył obrzydliwą kanciapkę w ogrodzie. Dzięki tym pracom odkryliśmy parę ciekawych przedmiotów, tkanin - powędrowały na górę, do pracowni. Tylko kiedy ja tam zasiądę? 
Trzeba pomyśleć o zainstalowaniu jakiegoś ogrzewania o góry, bo dla pocieszenia napiszę, że i tu zrobiło się jesiennie. Wczoraj nawet załączyliśmy ogrzewanie. O! I dzięki tym słowom przypomniałam sobie, że malowałam wszak kaloryfery. A robota to misterna i żmudna, nie wiem, jakie czasy to żeliwo pamięta?
Wczoraj też zakupilismy froterkę, gdyż taką powierzchnię podłóg wypolerować to nie na moje siły i moje kolanko ciągle kiepskie. Więc dzisiaj w końcu doprowadziłam podłogi w mieszkaniu do ludzkiego wyglądu. Że nie wspomnę o wybłyszczeniu tego wywoskowanego cotto w salonie.
Obiad sobotni zamienił nam się w zaległy czwartkowy z Tomkiem, więc było polsko pomidorówkowo. I tyle powszedniości. Jutro odwiedziny u ks. Ryszarda w Treppio - tam gdzie jelenie wyżerają kwiaty z ogrodów. A w poniedziałek Flo...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza