czwartek, 15 marca 2012

PIESKA WYPRAWA


Tytuł wpisu wskazuje jedynie na poszerzony skład wyprawy o czworonogów, a nie na odczucia jakie mi towarzyszyły. Napisałam go ze względu na własną nieuwagę.
Pierwotnie miała być to "wyszperana wycieczka", ale przez nieuwagę kliknęłam na przycisk "opublikuj". Szybko wycofałam się do wersji roboczej, ale wiem, że wszyscy, którzy korzystają z czytnika, albo z linków na innych blogach, dostali już sygnał o nowym wpisie. Wchodzili na bloga, a tu pusto, ani śladu po tekście.  W takiej sytuacji już nie zobaczyliby, że oprócz tytułu wstawiłam i treść.
A więc, wyszperana wycieczka?
Bywa, że szukając informacji na jakiś temat trafiam na informację o miejscu, które mnie zaciekawi. Takim sposobem powstał cel ostatniej niedzielnej wycieczki. Jakiś czas temu na jednym z włoskich blogów poświęconych Toskanii znalazłam opis małej miejscowości o nazwie Linari. Wrzuciłam nazwę do googlowskich map i wyszło mi, że to już regularne Chianti. Coś jednak nie zgadzało się, bo to Linari miało być na rzut beretem od Barberino Val d'Elsa. Ano są dwa miejsca w Toskanii o tej samej nazwie.
Dlaczego akurat opis miejsca zwrócił moją uwagę? Otóż autor pisał, że to wymarła miejscowość, że wszyscy mieszkańcy ją opuścili. Chyba już trudno znaleźć takie miejsca w Toskanii, poza górami na jej północy.
Okazało się, że informacje straciły na aktualności.
Większość obiektów składających się na Castello Linari jest obecnie niedostępna, wygląda jak wielki plac budowlany.  W bramie wjazdowej listonosz zatknął kopertę, na której widać było ciekawą nazwę adresata zaczynającą się od słów "spadkobiercy właścicieli". Brama stanowiła też jedyne miejsce, przez które można było zajrzeć na podwórze.
Pierwsze wzmianki o zamku w Linari pochodzą z XI wieku. Przechodził on z rąk do rąk, niszczał i na nowo stawał się zamieszkałą siedzibą. W XIX wieku, zgodnie z modą, nadano mu neogotycki wystrój. Ciekawe, jak będzie przedstawiał się po obecnym remoncie?
Nie wszystkie domy w borgo są opuszczone.
Przy jednym, najbliżej kościoła Santo Stefano spotkaliśmy mieszkankę. Krzysztof miał nadzieję, że pani (jak to często w takich przypadkach bywa) jest w posiadaniu kluczy do wyraźnie zadbanej romańskiej świątyni.
Niestety, musieliśmy obejść się smakiem.
Krzysztof podszedł już do auta, by zapakować psy, a mnie jeszcze ciągnęła droga w dół od kościoła. Już nie asfaltowa, ale widać, że używana. Tym sposobem trafiłam na otwartą bramę z tyłu kompleksu zamkowego. Wszędzie pozostawione maszyny i narzędzia świadczyły o zaczętym remoncie. Ale tak jak w miarę prosto jest ocenić, czy ma się do czynienia ze współczesną budowlą, czy szacownym zabytkiem, tak nie umiem ocenić, kiedy te maszyny tam zostawiono.
Przyznam, że miałam cykora i dlatego nie sprawdziłam, jak daleko da się dojść przedziwnymi korytarzami, schodami, i salami. Pomyślałam, że mogę zabłądzić w tej plątaninie pomieszczeń, więc póki pamiętałam drogę powrotną, zrezygnowałam z dalszej eksploracji zamku.
W Linari napotkaliśmy cyprysy prowadzone od ziemi, mające poskręcane pnie, nadające się do filmów z zacięciem na horrory.
Już kiedyś pokazywałam takie. Ostatnio towarzyszyłam znajomym przy zwieraniu transakcji z vivaistą polegającej na zakupie cyprysów. Koleżanka zapytała się, dlaczego jedne są rozgałęzione już od samej ziemi, a drugie najpierw mają pień. Teraz już wiem, że te z pniami nazywa się toskańskimi i specjalnie się je tak kształtuje.
Nie wspomniałam jeszcze, że widoki wokół Linari z chęcią zapakowałabym do podręcznej teczki. Na jednym ze wzgórz, wytężywszy wzrok, wypatrzyłam San Gimignano.
Jedźmy dalej.
Drugim i ostatnim punktem na mapie wycieczki miało być Barberino Val d'Elsa, lecz po drodze chciałam Krzysztofowi pokazać Sant'Appiano i pomniejszoną kopułę Brunelleschiego.
Do pierwszego mieliśmy po drodze.
Zdjęć już właściwie nie robiłam, za to z chęcią pogadałam z panią, która usiadła na placu przed kościołem. Oczywiście punktem zaczepnym były psy. Gadu, gadu, trzy machnięcia ogonem Drusa, pięć warknięć Bogusia oraz mnóstwo przymileń psa rasy corgi i właścicielka psa rozgadała się na temat miejsca, w którym się znajdowaliśmy.
Nie będę opisywać Sant'Appiano, Kto nie czytał, zapraszam do wpisu sprzed dwóch lat. 
Napisałam wtedy między innymi o wielbłądach, które mnie rozśmieszyły. Okazało się, że to najstarsze wizerunki tych zwierząt w Toskanii. Trochę powagi Małgorzato!
Niestety Krzysztof  nie miał tyle szczęścia, co ja, więc zobaczył jedynie otoczenie i zewnętrzne mury pieve.
Jeszcze tylko skok do kopuły. Taaaaaa. Skąd mi się wzięło, że należy skręcić w lewo z drogi wiodącej od Appiano? Jedziemy, jedziemy, a kopuły nie widać. Nie wiedziałam dokładnie, jak się nazywa kaplica, więc GPS też niewiele pomógł.
O! Jest! Ale zupełnie nie na tym grzbiecie wzgórz, którym brnęliśmy.
Wracamy i trafiamy do Vico d'Elsa. A kopuła ciągle w dodali. Vico mało porywające, chyba że z tego zakręcenia coś przeoczyłam. Przywiozłam stamtąd jedynie obraz ładnego zegara, okna i drzwi. Zawsze coś.
Psom też się należała jakaś rozrywka, więc skręciliśmy w boczną drogę, by Druso mógł zbaranieć na widok owiec. Ja  z kolei piszczałam na widok jagniątek. Słodziaki!
W ogóle Druso więcej korzysta na samej jeździe autem. Boguś spokojnie czeka w bagażniku, aż go ktoś wypuści, a mały jeździ u mnie na kolanach, bądź w nogach, więc gdy tylko się zrobi ciepło, otwieram mu okno, by mógł nałapać zapachów.
Trzecia próba dotarcia do kaplicy Michała Archanioła zakończyła się sukcesem. Tym razem wewnątrz rozstawiono krzesła na świecką uroczystość ślubną, a pod ścianami stały tablice z ilustracjami przedstawiającymi przypuszczalny widok średniowiecznego Semifonte.
Na koniec zajrzeliśmy do Barberino Val d'Elsa. Otoczone współczesnymi zabudowaniami nie zachęca do zjechania z trasy, ale samo centrum to kilka uliczek pełnych zadbanych starych domów.
Kościół też zadbany, ale dużo nowszy, a właściwie to coś w nim wiekowego by się znalazło, gdyby nie neogotyckie przebudowy. Wiekowe i to bardzo są zwłoki w szklanej trumnie, księdza o znanym dobrze we Florencji nazwisku Davanzati. Nigdy się nie przekonam do tak okazywanego kultu.
I znowu uśmiech na twarzy na widok obrazu z Matką Bożą Różańcową. Zwróćcie uwagę na to, ile różańców tam się pojawia :)
Zastanawiam się, czy mam rację podejrzewając, że znany ród Barberinich, który wydał papieża Urbana VIII miał powiązania z Barberino Val d'Elsa. Nie tylko nazwa to sugeruje, choć przecież jest jeszcze w Toskanii Barberino Mugello, ale na jednym z  domów zobaczyłam herb tego rodu z charakterystycznymi trzema pszczołami.
Jak dotąd znalazłam jedynie wyjaśnienie, że faktycznie ród Barberinich pochodził z Toskanii, i że osiadł we Florencji.
Mieszkańcy w widoczny sposób uhonorowali innego zacnego obywatela miasta - Francesco da Barberino - XIII wiecznego prawnika i poetę.
Pora była już słuszna na małe co nieco, więc usilnie szukaliśmy baru. Lokal znaleźliśmy, lecz nie polecam. Tak podanych potraw chyba jeszcze w Toskanii nie spotkałam. Najlepsza z tego wszystkiego była herbata. Cappuccino było raczej mlecznym napojem z odrobiną pianki o smaku kawopodobnym. Miałam farta, bo na słodkie wybrałam ciasto czekoladowe, fakt, że odgrzane, ale zjadliwe. Krzysztof jednak mógł swoje zamówienie okupić zejściem wieczystym. Tak przynajmniej wyglądał jego creme caramel.  Mój deser był odgrzany w mikrofali, ale jego również! Wyobrażacie sobie zamrozić ten typ słodkości i potem odgrzać, nawet nie rozmrozić? Jeśli więc kiedykolwiek traficie do Barberino i zamarzycie o dobrej kawie i czymś słodkim, absolutnie nie idźcie do baru w starej części miasta.
Zastanawiam się, jak zakończyć ten wpis, żeby nie zostawić niesmaku.
Czy humor poprawią pisuary ulokowane na zewnątrz murów przy Porta Romana?
Rozglądałam się, czy o kobietach ktoś pomyślał? Buuu.
I tak jakoś "płynnie" doszłam do ostatniego zdjęcia - ze skwerku przed bramą wjazdową do starego miasta.



Pokaż Val d'Elsa na większej mapie

12 komentarzy:

  1. Tyle jest cudnych zakątków poza znanymi trasami turystycznymi:)
    Świetna wyprawa i piękne zdjęcia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się :) Choć ja te popularne i znane też lubię, bo co one winne swojej sławy?
      Dzięki za miłe słowa.

      Usuń
  2. Zakątki urocze i już w wielu miejscach kwiaty . Zielono.
    Odważna jesteś,ten spacer po zakamarkach... Ciekawa ta "choinka, stożek" z cytrynami. Pokazujesz miejsca może wyludnione, ale ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie Mażenko,że mi odwagi zabrakło. Choć jak na mnie, to i tak daleko doszłam :)

      Usuń
  3. Ród Barberinich najprawdopodobniej pochodzi z Barberino val d'Elsa, tak się uważa.
    Tu np. można troszkę przeczytać:
    http://www.treccani.it/enciclopedia/barberini/
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to potwierdza moje przypuszczenia:) Choć wiem, że akurat papież pochodzący z tego rodu był już Florentczykiem.

      Usuń
  4. A mnie się ta Wasza wycieczka skojarzyła - od nazwy miejsca - z naszymi wakacjami sprzed dwóch lat. Mimo problemów z autem, pozostały mile wspomnienia.
    Ciekawa jestem jak się żyje tym nielicznym mieszkańcom prawie opuszczonego miasta: czy narzekają na brak sąsiadów, czy też liczą na to, że po tych wszystkich remontach do miasta wróci trochę życia?
    O jejku, jak ja bym już chciała tam być!
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, jakoś dziwnie nie zagadaliśmy do Pani, chyba nie sprawiała wrażenia rozmownej. Dziwne, nieprawdaż?

      Usuń
  5. Oj mojemu galganowi psiemu bardzo spodobalyby sie te owieczko-jagniątka :) juz widze dzika radosc w oczach i bialy puch wokół hihihihi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z moimi jest tak: mops najpierw dostaje stuporu na taki widok, potem piszczy i rwie się do zabawy,a charta lepiej trzymać z daleka od wszelkiej zwierzyny. Na szczęście dla owiec, dzieliło nas nie tylko powietrze, ale i ogrodzenie.

      Usuń
  6. Pisuary przepiękne, ciekawe czy są wizytówką miejscowości :)?
    My po weekendzie +25C z piknikiem w naszych pięknych Borach Dolnośląskich przy zamku Kliczków i cmentarzu koni - u nas też są miejsca piękne i unikalne na skalę europejską :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest w tych pisuarach jedna niesamowicie włoska cecha. Niby takie dopieszczone,ale tekst to użytkowników wydrukowano i w kieszonkę foliową zapakowano. Zawsze mnie to zadziwia,no cudny dziedziniec, a na nim najbardziej byle jakie plastikowe krzesła.
      Nigdy nie byłam w Kliczkowie, a samo brzmienie słów "cmentarz koni" brzmi niesamowicie.
      Jestem przekonana, że w Polsce jest wiele pięknych miejsc, tylko są bardzo rozproszone, nie ma ich takiego natężenia jak w Toskanii. A szkoda, bo są warte naszej uwagi.

      Usuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *