wtorek, 27 marca 2012

ŚWIĘTA TRÓJCA

Tym razem zagadka okazała się za trudna, i wcale się nie dziwię, bo wszak kościołów, których nie widziałam jeszcze we Florencji jest taki ogrom, że sama nie mam pojęcia, ile jeszcze przede mną. A wszak i jakieś inne przyjemności w Toskanii na człowieka czekają.
Jeśli ktoś nie lubi wpisów "inwentaryzacyjnych", to odradzam czytanie tego. Poniżej znajduje się szczegółowy opis (i tak niekompletny) tylko jednego kościoła.
Zgodnie z tytułem wpisu zaszłam do Chiesa di Santa Trinita. Specjalnie nie napisałam akcentu, bo okazuje się, że po włosku "Trójcę" akcentuje się na ostatnią sylabę, ale we Florencji, dla odmiany, na pierwszą. Wybór należy do Was :)
Przyznam się od razu: niewiele wiedziałam o tym kościele, poza tym, że jest tam dzieło Ghirlandaio. Nie miałam pojęcia, co zobaczę, a często mijana barokowa fasada bardzo zazdrośnie kryje swoją wewnętrzną tajemnicę.
Rzadko wspominam  na blogu o baroku, bo i nie należy do moich ulubionych stylów, ani też nie ma silnej reprezentacji we Florencji. To dosyć spokojna wersja tego, co możemy spotkać w Rzymie, czy jeszcze bardziej na południe włoskiego buta.
Do świątyni weszłam głównym wejściem przez pięknie rzeźbione XVII wieczne drzwi.
Istnieje jeszcze inna możliwość, którą odkryłam dzięki wrodzonej ciekawości będąc już w środku budynku. Z boku, z Via del Parione jest czynne starsze XV wieczne wejście będące na osi transeptu.
Niestety nie wiedziałam, że powinnam być jeszcze bardziej dociekliwa, myślałam, że to co zobaczyłam to i tak nadmiar szczęścia.
Wróćmy do głównego wejścia.
Barok fasady wcale nie prowadzi do świątyni z tego samego czasu, czeka tam na nas piękny florencki gotyk. Nie jest to francuska strzelista płomienność. Ten gotyk jest dosyć skromny i łagodny, a nawet można by rzec, że przysadzisty, biorąc pod uwagę wertykalne tendencje stylu. Ja już i tak poczułam się jak ryba w wodzie.
Jeśli obejrzymy się do tyłu, zobaczymy resztki ściany frontowej z czasów romańskich świątyni. Inne pozostałości są chyba niedostępne, bo wiem już teraz, że gdzieś ze środka nawy można zejść do krypty, ale nie widziałam, by ktoś znikał pod posadzką. Rzecz do zbadania.

Najpierw szłam i oczom nie wierzyłam, tyle piękna kryją boczne kaplice. Ba! Żeby tylko one. Obeszłam kościół dokładnie dwa razy, potem jeszcze wracałam do niektórych miejsc.
Przez ten czas zdarzali się pojedynczy turyści i jedna mała grupka amerykańska z przewodniczką, która wcale nie omówiła całego kościoła, tylko pokazała dwie najbardziej reprezentacyjne dla Santa Trinita kaplice. To ja i tak więcej zobaczyłam, niż tamci turyści.
Fakt, że musiałam wyglądać na nieco obłąkaną, albo przynajmniej na osła, któremu w żłoby dano.
Dobrze, że nie wszystkie kaplice są wyposażone w obrazy czy rzeźby mnie interesujące, wystarczyło i tego, co tam zastałam.
Coś mnie się chronologia zwiedzania nie trzyma. Ale, jak już wspomniałam, nie obeszłam świątyni tylko raz. Już po wszystkich pieniach i zachwytach, po mocowaniu się obiektywu z niedobrym oświetleniem, pomyślałam, że wykorzystam miejsce na modlitwę, wszak to jego podstawowa rola. I proszę, jak Pan Bóg pobłogosławił.
Gdy tak sobie klęczałam, jakiś dziadek wychodził z kościoła, ale chciał specjalnie uhonorować jedną kaplicę. No i mnie rozproszył, bo zauważyłam, że włączył oświetlenie. Widziałam niby takie przyciski w bardziej mnie interesujących kaplicach, lecz wolałam ich nie tykać, bo nie miałam pojęcia do czego służą. Jedynie w kaplicy z malunkami Ghirlandaia jest automat wrzutowy na monety. Reszta okazuje się możliwa do doświetlenia za Bóg zapłać :)
Dosyć tego gadania! Czas pokazać niektóre skarby Świętej Trójcy.
Kaplice, które wspomniałam, okalają cały kościół i są na wyższym poziomie niż podłoga. Mam wrażenie, że rozkładają w ten sposób akcenty, rozpraszają uwagę.
Wymyśliłam, że obejdę je wirtualnie po kolei, niemal wszystkie.
Zaraz po wejściu przywitał mnie obwieszony votami krucyfiks. Wygląda na wypolerowany metal, a okazał się być XIV wiecznym dziełem z drewna.
Jak widać po liczbie podziękowań, musiał, i zapewne dotąd musi,  cieszyć się jakąś specyficzną atencją ludzi. Zresztą określa się go jako Krzyż Opatrzności. Kaplice mają swoje nazwy od rodów związanych z kościołem. I tak ta pierwsza to Kaplica Gianfigliazzi.
Wybaczcie, że pominę barokowy wystrój drugiej kaplicy Davizzi i powiodę Was od razu ku trzeciejCialli-Seringi.
Tam czeka "Madonna na tronie z Dzieciątkiem" - dzieło Neri di Bicci, XV wiecznego malarza.
Nazwisko zapisuję sobie wśród innych "do zapoznania się bliższego". Są jeszcze jego inne dzieła we Florencji, a sądząc po tym obrazie, warto prześledzić zachowany dorobek artysty. Ewidentnie jeszcze gotycki, mnóstwo niebiańskiego złota i swoista ujmująca stylizacja sylwetek. Mam delikatnego hopsia zwłaszcza na punkcie malarstwa w predellach, często ujawnia się  w nich jakiś odmienny świat, pierwociny historyjek obrazkowych.
Na ścianie trzeciej kaplicy widać mocno podniszczony XIV wieczny fresk wykonany przez Spinello Aretino a przedstawiający mistyczne zaślubiny Katarzyny Aleksandryjskiej wśród świętych.
Czwartą kaplicę grodzi 600 letnia krata, prawdopodobnie wykonana przez rzemieślnika z Pistoi.
Wspomnę, że rodzina Bartolini Salimbeni patronująca kaplicy nie miała daleko do kościoła, wystarczyło jej przejść przez plac z domu, o którym napisałam pod koniec tego wpisu.
Ale co kryje krata kaplicy?
Wspaniałe freski Lorenzo Monaco (czyli XIV wiecznego mnicha Wawrzyńca)  przedstawiające historię Maryi Dziewicy oraz obraz tegoż samego autora "Zwiastowanie".
Auć! Zdjęcia coś nieostre, ale muszę pokazać, by zachęcić wszystkich wybierających się do Florencji. Uczta gotyckiego malarstwa.. 
Zaraz za tą kaplicą jest miejsce też tak nazywane, dookreślone nazwiskiem Ardinghelli. Ale nie jest to przestrzeń otwarta tylko z przodu, ma zabudowane dwie ściany, stanowi narożnik pomiędzy nawami a transeptem. W niszy na wysokości wzroku patrzącego mamy możność zachowania się jak niewierny Tomasz, by sprawdzić rany Chrystusa. To ciekawy rodzaj przedstawień, postać Boleściwego jest ukazana do połowy, reszta pozostaje w grobie. Nazywa się je Vir Dolorum. Często Zbawiciela w tej sytuacji  podtrzymuje z tyłu anioł, lecz tutaj towarzyszą mu ludzie, podejrzewam że Madonna i św. Jan (bo chyba raczej nie Maria Magdalena?). Mnie zafrapowały czarne sylwetki w tle. Kim są? Może to benedyktyni walombrozjańscy, do których należał kościół?


Odwracam się do tyłu i od razu rozpoznaję obraz Domenico Ghirlandaio. Pomyślałam, że powinno się tu trafiać w okolicach Bożego Narodzenia, ale i tak radość zobaczyć go na własne oczy. Chodzi mi oczywiście o "Adorację pasterzy" z autoportretem samego malarza (to ten wskazujący na Dzieciątko Jezus). 

Usiłuję spokojnie obejrzeć każdy detal, pomieszanie współczesności z antykiem, ale ze ścian kuszą oczy freski tegoż samego artysty. Skąd w ogóle taka kaplica? Otóż nosi ona miano Kaplicy Sassetti, od nazwiska bankiera, który pierwotnie chciał uczcić swojego patrona, św. Franciszka, w kościele Santa Maria Novella, ale kto to widział, żeby dominikanie ugościli na ścianach świętego z konkurującego zakonu? Francesco Sassetti udał się więc do pobliskich benedyktynów. I tak oto mamy perłę wśród fresków, dodatkowo atrakcyjną, bo możliwą do zwiedzenia za darmo, a nie tak jak jest w przypadku fresków Ghirlandaia w Santa Maria Novella. I tutaj w opowieści o świętym otrzymaliśmy nie tylko cudowną opowieść, ale i rewelacyjny dokument czasów współczesnych malarzowi. To opowieść o strojach i budynkach. Widać więc Palazzo Vecchio, Loggię dei Lanzi, czy stary Most Św. Trójcy. Nie ma jeszcze Uffzi, można wypatrzeć stojący tam kościół, który potem wchłonęły "Biura".  Po bokach obrazu klęczy donator z żoną, pochowani w tejże kaplicy.

Zaraz po prawej stronie kaplicy zobaczyłam obleczone w aksamit drzwi. 
Przedziwny rodzaj zdobienia. Że też nie pomyślałam, że tak wyjątkowe drzwi mogą prowadzić do ciekawego miejsca. Nie wiem, czy jest dostępne, ale mogłam zapytać o to człowieka pełniącego dyżur w kościele. Chodzi o zakrystię, zwaną kaplicą Strozzich. Rozumiem, że mam wrócić do tego kościoła?
Zbliżam się do prezbiterium, ale tuż przed nim zatrzymuję się jeszcze przed jedną kaplicą. Wzrok przyciąga znajomy ulubiony kształt krzyża, lecz gdy podchodzę bliżej zdziwiona widzę Chrystusa namalowanego na pewno dużo bliżej naszych czasów. 


Zastanawiam się, czy poprzedni malunek był tak zniszczony, że ktoś sobie pozwolił na własną twórczość? A może nie doceniono tego typu przedstawień, jakie widzimy na krzyżach Giotta czy Cimabue. Zresztą tego drugiego przemajestatyczna Madonna z Uffzi znajdowała się właśnie w tym kościele. Dobrze, że jej nikt nie zamalował.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/be/Cimabue_Trinita_Madonna.jpg 

No i w końcu jesteśmy przed obrazem o tytule takim samym, pod jakim jest wezwanie świątyni. 

Co ciekawe, chyba dobrze się stało, że nie ma tam poprzedniego ołtarza.
http://upload.wikimedia.org

O wiele bardziej przekonuje mnie tryptyk Mariotto di Nardo, wydobyty z magazynu Galleria dell'Accademia. 
Nie wiem, kim są rzeźbione postacie stojące po bokach prezbiterium. 


Tak się na nie zapatrzyłam, że nie sprawdziłam,  czy jest w ich pobliżu tabliczka je opisująca, a we wszelkich źródłach, do jakich mam dostęp, nie znalazłam wzmianki o nich. 
Trudno nie zatrzymać też wzroku na olbrzymim oknie wypełnionym witrażem. 


Jesteśmy w połowie kościoła, ale chyba większość obiektów mamy za sobą.
Ja już jestem zmęczona pisaniem, a Wy nie macie dość?
Chciałabym jednak dokończyć. Lubię uporządkować to, co zobaczyłam, czasami mam ochotę na taką dokładną inwentaryzację miejsca :)
Nie wiem nic o kaplicy z lewej strony prezbiterium. Wymazała mi się z pamięci.
Dopiero w następnej kaplicy rodu Scali zatrzymuję się przy nietypowym della Robbi z jedynie majolikowym obramowaniem grobowca

I znowu jestem niedoinformowana. Nie wiem nic o ołtarzu z tej kaplicy.
W ogóle to im dłużej piszę i przyglądam się zdjęciom, tym bardziej jestem niezadowolona z ich jakości. Najlepiej przerwałabym powstawanie wpisu, pojechała ze statywem i spokojnie wszystko jeszcze raz utrwaliła. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że zapomnę niektóre wrażenia, a te są także dla mnie istotne. 
Brnę więc dalej.
Mijam XVI wieczną kapliczkę, właściwie to niszę, z relikwiami San Giovanni Gualberto. 
I nagle staję zadziwiona przed kaplicą Spini, a jednak nie tylko Donatello znał "Złotą Legendę"? 
Poszukałam i znalazłam wyjaśnienie, że Desiderio da Settignano (autor rzeźby) inspirował się słynniejszą figurą, obecnie do obejrzenia w Museo del Duomo. Sami porównajcie, bo ja mam wrażenie, że ta w Świętej Trójcy jest bardziej posągowa i sztywna.
"Pokutująca Maria Magdalena" Donatella
Zaraz obok w kaplicy Compagni zatrzymuje mnie na dłużej fresk właśnie ze wspomnianym wcześniej San Giovanni Gualberto, który zasiadł na tronie pomiędzy świętymi i błogosławionymi pochodzącymi z zakonu benedyktynów walombrozjańskich.
Oglądam dzieło Neri di Bici, zastanawiam się, o czym tak zawzięcie dyskutują mnisi. Ciekawostką jest fakt, że fresk zdjęto ze ściany zdekonsekrowanego kościoła San Pancrazio (na który nota bene trafiam podczas następnej wędrówki po Florencji - czeka na opisanie). 
Ostatnie dzieło, które przyciągnęło mnie do siebie to "Ukoronowanie Matki Bożej" w kaplicy Davanzati, autorstwa Bicci di Lorenzo. I znowu gotycka złocistość i zdobność, i znowu predella ze scenami z życia Maryi. 
Jeśli macie teraz natłok informacji, to po części odczuwacie natłok wrażeń, jaki przepełniał mnie w tym momencie. W jednym miejscu tyle piękności. Spadły na mnie zupełnie niespodziewanie. Być może chęć modlitwy była oczywistą  reakcją, by uświadomić sobie, dla jakiego miejsca i  w jakim celu powstały te obrazy. Może to ich obecność w naturalny sposób prowadzi myśli ku Bogu?

Już bez dalszego opisywania, jeszcze kilka detali z Kościoła Świętej Trójcy we Florencji:

20 komentarzy:

  1. Mrożą mnie takie drzwi obite aksamitem. Nie podeszlabym....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ciekawa reakcja :) Nie pomyślałabym, bo mnie ciekawiły.

      Usuń
  2. A ja jestem ciekawa, co się za nimi kryje :) Wróć tam, proszę, i opowiedz nam.
    Malarstwo średniowieczne to jest coś, co uwielbiam. Lubię i strzelistość postaci, i to upraszczanie, czasem jakąś nieporadność tuż przed okresem, gdy ciało ludzkie przestało być tak tajemnicze.
    A Ghirlandaio.... Tak bym chciała kiedyś pokazać to mojej siostrze, która zawodowo zajmuje się strojem i zawsze ogląda i ciekawie komentuje wszystkie detale dawnych ubiorów. Mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda.
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musi się udać, Florencja poczeka :)

      Usuń
  3. O jak pięknie Małgosiu. Rzeczywiście zagadka była trudna.
    Koniecznie musisz wrócić do tego kościoła i wejść za te drzwi. Bardzo bym była ciekawa, co tam się znajduje.:)
    Uściski:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Majanko, ale i tak należą Ci się gratulacje za czujność. Od razu widać było po odpowiedzi, że czytasz bloga :)

      Usuń
  4. Z prawdziwą przyjemnością "obeszłam" dzisiaj ten wyjątkowy kościół, dzięki Pani wpisowi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję Małgosiu! Jak to zawsze trzeba zajrzeć do środka - ta fasada by mnie odstraszyła. A wnętrze - to, co lubię najbardziej! Do koniecznego obejrzenia przy najbliższej okazji!Annamaria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już nawet powoli dojrzewam do myśli, że i nawet w Livorno coś się kryje pięknego, tylko trzeba poszukać. Ale może za parę lat, tak się zraziłam kiedyś.

      Usuń
  6. Już postanowiłam! Nie ruszam się z Naszej Pistoi, nigdzie!!! Będę czytała jedynie Twojego bloga!!! Nie opłaca mi się :)
    Jak zwykle kawał dobrej roboty.
    Pęknięta Dachówka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nigdy nie to samo, ruszaj się, ruszaj :)

      Usuń
  7. Kolejna wspaniała wycieczka!!Dzięki,wielkie dzięki za ciekawe zdjęcia i interesujacy opis ! Fascynujące!
    Pozdrawiam Gdynianka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała przyjemność po mojej stronie :) Wasze podziękowania są bezcenne :)

      Usuń
  8. dziękuję Ci za to zwiedzanie i Twoją dociekliwość:) Dzięki Tobie odkrywam Toskanię dokładniej:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Pani Małgorzato, krucyfiks który się Pani tak podobał, a który także miałam okazję podziwiać, to krzyż przeniesiony z kościoła San Miniato al Monte. Z krzyżem tym związana jest legenda dotycząca Giovanniego Gualberto, który w Wielki Piątek ścigał mordercę swego brata. Darował mu jednak życie ze wzgledu na świętość dnia. Poszedł pomodlić sie do koscioła San Miniato al Monte. Tam Chrystus z cudownego krucyfiksu skłonił głowę nad czynem Gualberta. Pózniej krzyz przeniesiono właśnie do kościoła Santa Trinita...Sam kosciół rzeczywiście jest bardzo ciekawy. Pani piękne zdjęcia są dla mnie przypomnieniem intrygujących wedrówek po Florencji. Pozdrawiam serdecznie Renata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Renato, z całego serca dziękuję za uzupełnienie. Czasami sił już mi nie starcza na grzebanie w źródłach, a czasami nawet rezygnuję z napisania czegoś, bo już i tak dużo tekstu i jestem zmęczona. Więc ucieszyłam się, że napisała Pani tę notkę :) Pozdrawiam słonecznie :)

      Usuń
  10. Kochana! Weszłam na bloga i na długo zakotwiczyłam zwiedzając z Tobą te piękne zaułki... Cóż...Warto było!A babom z jajami zazdraszczam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już i tak byś się nie zmieściła :) I wcale nie znaczy żeś gruba, tylko pracownia okazała się za mała :) Cieszę się, że się odezwałaś :)

      Usuń
  11. Dziękuję Pani Małgosiu, za te piękne wpisy. Ja uwielbiam wchodzić do kościołów. Mają one w sobie coś Boskiego, tajemniczego, i pięknego, nie mówiąc już o kościołach we Włoszech. Ja jak wchodzę do kościołów to zachowuje się jak małe dziecko w sklepie zabawkowym, mam buzię otwartą i wszystko chłonę wraz z Boskością, potrafiłabym siedzieć i modlić się i oglądać itd. Troszkę potrafię bazgrolić, więc z Pani zdjęć chłonę każdy detal, i każdy szczegół cieszy moje oko. Serdecznie pozdrawiam i jak to się mówiło kiedy chodziłam na oazę "dziękuję że jesteś". ola wilcz

    OdpowiedzUsuń