wtorek, 2 grudnia 2014

ZAPACH LUKSUSU

Po poprzednim wpisie żywo zareagowaliście na widok zdjęć mojej pracowni. Padały określenia magiczności, alchemii, itp. Choć nie szukam żadnych pomysłów na niemożliwe, sama ciągle raduję się miejscem i możliwością rozwijania w nim swoich umiejętności. Powiem szczerze: kocham moją pracownię.
Ciekawym zbiegiem okoliczności, publikując notkę o wieńcach byłam już w trakcie pisania o pewnym miejscu, gdzie faktycznie można było spotkać alchemika.
Niemal od początku zamieszkania w Toskanii “zasadzałam się” na pewną aptekę.
Hmm, dziwny obiekt do zwiedzania?
Nie, jeśli to ma być Apteka Santa Maria Novella we Florencji.
Nie wiedzieć tylko dlaczego, tak sobie wdrukowałam, że miejsce należy ciągle do mnichów i jest jakieś strasznie trudno dostępne.
Ostatnio wypatrzyłam ogłoszenie o wizytach z przewodnikiem, więc postanowiłam nie darować takiej okazji.
Znowu, niestety powtórzyła się sytuacja, że ogłoszenie swoje, a rzeczywistość swoje. Pod podanym numerem do rezerwacji powiedziano, że nie trzeba rezerwować, a potem, okazało się, że miałam blade pojęcie o wyobrażeniu. Pracownicy apteki nic nie wiedzieli o inicjatywie, a człowiek kryjący się za numerem telefonu tym razem był za wersją, że oprowadzenie zacznie się dopiero o 16.00.
Nie było sensu czekać, zwiedziliśmy ją sami, w świątecznej już odsłonie.
Apteka, i owszem, z nazwy Santa Maria Novella, od lat już nie należy do mnichów.
Trudno określić jej początki, bo mimo, że dominikanie zajmowali się też chorymi, nie znaleziono żadnych wzmianek o istnieniu miejsca produkcji leków. Dopiero w wieku XVII w dokumentach pojawia się brat od zapachów, Angiolo Marchissi, którego woda przeciw histerii  cieszyła się ogromnym powodzeniem. Prowadził badania naukowe i alchemiczne na szeroką skalę, czym zasłużył się władcy, dzięki czemu apteka dostała książece przywileje od lubującego się w ezoteryce Ferdynanda II, Wielkiego Księcia Toskanii.  W 1612 otworzono aptekę dla publiczności, stąd obecne wejście spoza klasztoru, od Via della Scala. Pod koniec XVII wieku sława miejsca rozchodzi się nawet poza Półwysep Apeniński. Aż dziwne, że uszła zakusom napoleońskim, niestety "poległa" za Garibaldiego.
Krewnemu ostatniego z przeorów, Cesare Augusto Stefaniemu, dało się wydzierżawić aptekę  i w rękach jego rodu nadal pozostaje zarząd. Część receptur, unowocześnionych zgodnie ze obecnymi wymaganiami, nadal wykorzystuje się przy produkcji pastylek bądź wody o nazwie Santa Maria Novella.
Wejście i wszystko to, co dalej, w ogóle nie kojarzy mi się z klasztorną apteką, co nie znaczy, że nie zachwyca wystrojem i wszechobecnym zapachem perfum.

Długi westybul od razu zapowiada, że nie wchodzimy do zakurzonej izby, z rozpadającymi się meblami. Olbrzymi, pełen rozmachu, choć nieprzegadany.
Pierwsza sala zniewala od razu zapachem. Kiedyś była kaplicą poświęconą Świętemu Mikołajowi z Bari. Z jej ufundowaniem wiąże się historia choroby Dardano Acciaioli. Poszukiwał leku, który miał go uzdrowić i ratunek znalazł właśnie u dominikanów. Ten postanowił odwdzięczyć się budową kaplicy, by chorzy, leżący w szpitalu, mieli łatwy dostęp do udziału w nabożeństwach. Niektórzy wręcz nie musieli wychodzić z łóżka.

Ciekawostką sali są freski na suficie przedstawiające cztery kontynenty (Europę, Amerykę, Afrykę i Azję) - symbol sławy, jaką cieszyła się apteka.
Z tego pomieszczenia można przejść do Zielonej Sali, powstałej mniej więcej w XIV wieku. W wiekach późniejszych mieściło się tu apteczne laboratorium. W XVIII wieku zamieniono je na rodzaj salonu, w którym podejmowano przybyłych gości - podawano tu do picia likiery, a nawet czekoladę.
Właściwie większość pomieszczeń stała się wtedy miejscem spotkań, prowadzenia rozmów - taki apteczny salon kulturalny. Ze ścian spoglądają portrety dyrektorów apteki, poczynając od Fra Angiolo. Nie sposób nie zauważyć dwóch wspaniałych herbów: dominikańskiego - bieli i czerni zakonnego habitu ujętej w złocone ramy oraz patronackiego - ze św. Piotrem Męczennikiem z Werony. Ten drugi herb świadczy o otrzymanych przywilejach - apteka królewska (korona) za czasów władcy z rodu Medyceuszy - sześć kul.

Z Zielonej Sali jedne drzwi prowadzą do najbardziej charakterystycznego miejsca, czyli właśnie apteki, z zachowanymi XVIII wiecznymi meblami, a część ozdób jest nawet starsza - mówi się tak o ornamentach nad półkami.
To w tym pomieszczeniu widać, odwróconą kolejność pomieszczeń. Gdy nie było wejścia od Via della Scala, stara apteka była pierwszym pomieszczeniem, do którego wchodziło się z największego klasztornego chiostro.

Niestety, nie można było wyjść, wszystko jednak przede mną, gdyż od czasu do czasu udostępnia się ten krużganek dla zwiedzających - będę polować na sprzyjające temu okoliczności.
Cofam się do Zielonej Sali i widzę drogowskaz do herbacianego pokoju. Wszystko wskazywało na to, że faktycznie można się tam napić różnych naparów, ale mnie bardziej pociągały obiekty muzealne tej części, jak chociażby maszyny do tłoczenia kostek mydła.

Wiem, że jest jeszcze jakaś wyraźnie muzealna część apteki, lecz na nią nie trafiliśmy.
Za to zupełnie niespodziewanie dla mnie znalazłam się we freskowym raju. To stara zakrystia, która  pełniła potem rolę destylatorni zapachowych wód. Obecnie odnowiona cieszy oko XIV wiecznymi malowidłami, ewidentnie ze szkoły Giotta.

Obejrzenie zdjęcia sferycznego oddaje wrażenie otoczenia freskami, wręcz wtulenia się w nie, bo pomieszczenie nie jest duże. Kliknięcie na prawy górny róg daje cały ekran.

To dopiero uczta dla Małgosinych oczu! Wyjść stamtąd nie chciałam, dlatego na koniec znowu się odgrażam: "Ja tu jeszcze wrócę!"

Tylko żal, że nie można przesyłać zapachów.

11 komentarzy:

  1. manufaktura luksusu i freski, cudowne połączenie !

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Ciarki przechodzą po plecach, gdy się pomyśli o tym, ile takich cudowności kryje sama tylko Florencja :)

      Usuń
  3. Bardzo trafny tytuł wpisu! Ja byłam tam w marcu 2013 roku, chyba tuż po otwarciu, i właśnie zapach luksusu był wrażeniem pierwszorzędnym. Wnętrze mnie zachwyciło - bo chociaz jest nowe i ma charakter (wysoce!) komercyjny, to jednak udało się wykreować klimat... - czegos nadzwyczajnego. Spędziłam tam sporo czasu, błąkając sie z kąta w kąt, z sali do sali. Wsoaniałe są te stare fiolki, flaszki, moździerze. Albo te firanki-zazdrostki z białego, krochmalonego płotna z wyhaftowanym znakiem SMN. Niestety, zakrystia była jeszcze niedostepna - mam po co wracać! (tak jakbym potrzebowała pretekstów). Chiostro Grande kusi - zadowolona byłam, że chociaż dane było zerknąć. Nie wiem - czy ta część nalezy juz do Carabinieri? Chyba nie? Czy tam gdzieś jest Capella della Papa z freskiem Pontorma? Florencjo - ile jeszcze tajemnic i niespodzianek skrywasz?

    serdeczności,

    iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że byłaś raczej po uroczystych obchodach 400 lecia istnienia apteki, bo nie dotarły do mnie żadne informacje, by kiedykolwiek przestała działać. Co do chiostro grande, to, niestety, masz rację, należy do carabinieri, ale kilka razy do roku jest udostępnianie, trzeba tylko wbić się w terminy :) A Cappella dei Papi jest dostępna właśnie z tego dziedzińca.

      Usuń
  4. No to ci dopiero apteka. Dla ciała i ducha. Piękne. Dziękuję za możliwość wirtualnego zwiedzenia.
    Marysia

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłam tak niedaleko (zwiedzałam klasztor) ... o rety! nie miałam pojęcia, że dosłownie za rogiem czai sie takie cudo! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. A propos miejsca - to róże na Piazza di Santa Maria Novella ... a szczególnie ich wspaniały kolor oraz zapach ... to jedeno z moich najwspanialszych wspomnień przywiezionych w tym roku z Florencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to bardzo ciekawe, bo ja najczęściej trafiam tam na jakieś kiermasze, w związku z czym zapach placu kojarzy mi się z jedzeniem :) Muszę koniecznie zwrócić uwagę na różaną woń, gdy nic nie będzie z nią konkurować :)

      Usuń