piątek, 26 października 2007

POPOWROTNIE

Usiłuję pozbierać myśli. Wypadłam z rytmu codziennych zapisków i nie wiem od czego zacząć. Bo jeszcze czeka zaległa festa przed wyjazdem a i myśli emigracyjno-powizytacyjne ciągle kłębią się w głowie. Może zdjęcia później, a teraz „los emigranta” 
No więc nie jest on zły. Wylatująz z Pizy czułam się, jak bym wyjeżdżała z domu. Można by się obawiać, na fali dawnego wychowania patriotycznego, że coś ze mną nie tak. Z zaciekawieniem oglądałam własne emocje i przyznam się bez bicia, że mimo intensywnego pobytu w Polsce, cały cza tęskniłam za spokojem tutejszego domu. Nie będę opisywać każdego przemiłego spotkania, a było ich, oj było! Niektóre (jak wizyta w moim byłym miejscu pracy) wręcz utwierdziły mnie, iż dobrze wybrałam. Cieszyłam się, że ten bardzo intensywny etap życia mam już za sobą. A mój kręgosłup z wielkim bólem podtrzymywał opinię o konieczności zwolnienia tempa. Szkoda tylko było to mówić ludziom, z którymi się świetnie pracowało. No dobra! Basta! Nie ma co się więcej rozpisywać, resztę zostawię sobie na indywidualne przemyślenia.
Wróćmy więc do toskańskiej rzeczywistości. Wczoraj od razu na wejściu musiałam się poczuć nie byle gosposią, bo w przeciągu pół godziny okazało się, że zamiast jeść samej obiad, będę musiała ugotować dla czterech osób. Nobla temu, co wymyślił zamrażarkę, a sobie podziękowania za profilaktyczne jej zapełnienie  i możliwość uratowania sytuacji po 10 dniach nieobecności w domu. Były zrazy z jajkiem i ogórkiem pseudokiszonym (taki mój tutejszy eksperyment, tylko z czosnkiem i dzikim koprem znalezionym nad rzeką), do wyboru ryż lub zmieniaki. Sałatka z groszku, kurki ze słoiczka sprezentowanego przez Ulę i wino - całe szczęście, tego tu nie brakuje.
Część dnia spędziliśmy na wędrówkach z anteną w poszukiwaniu zaginionego sygnału i oto.. mamy polskojęzyczne kanały. I kto to się z tego cieszy? Ja? Która od 7 lat nie miałam telewizora w domu! Do przywrócenia go do łask przekonało mnie prasowanie. Każda normalna kobieta wie, że prasowanie do deski to najgorsza robota domowa. I ja się zaliczam do tej „normalności”. Gdy musiałam zbratać się z żelazkiem czyniłam to przy filmie na dvd, gdy był obcojęzyczny, wtedy najlepiej z wersją z lektorem. Z racji oczywistych wyschło mi źródło filmów na dvd dołączanych do gazet, pozostaje więc telewizja.
Toskania przywitała mnie wzruszającym deszczem, niebo płakało ze wzruszenia, że wróciłam – hi! hi!
I coś aura z tego stanu  nie może wyjść, bo dziś to już jednostajna szarość, nieszarość  i co pewien czas jakiś zabłąkany grzmot straszył naszego mopsika. Mimo deszczu nie odbierałam świata za oknem ponuro, światło było raczej tajemnicze, nic z przygnębiających siności,  bardziej rozmyte błękity i świeża zieleń wzgórz. Miałam wrażenie niebieskości jakiegoś gigantycznego zespołu aquaparku.
Dzisiejszy dzień nie zachęcał więc do żadnych spacerów, nos jednak musiałam wyściubić z norki, bo lodówka świeciła pustkami. Krzysztof ciągle nie został mistrzem kucharskim.
Na obiad był nasz rosół, ale żeby choć trochę tutejsza nutką zabrzmiało, zamiast makaronu były grzybowe tortelini. Na razie gotowa konfekcja, może kiedyś skuszę się na samodzielne lepidło.
I tak na razie trochę się snuję i próbuję wejść w spokój miejsca. Ułożyłam kwiaty, upiekłam chleb, pobawiłam się z psami, posiedziałam w necie, pogadałam ze znajomymi;  można by rzec „polski film, nic się nie dzieje”. Jakże to cudowne!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza