poniedziałek, 17 września 2012

ZMASSOWANY ATAK DRAPIEŻNIKÓW

Już wiecie, kto wygrał zgadywankę?
Wszystkim dziękuję za niezły zestaw wycieczkowy. Podoba mi się Wasz tok myślenia. No, może z małym wyjątkiem, choć i tak cieszę się, że chyba dwie osoby pomyślały w kontekście sztuki i wysłały mnie do Ogrodu Tarota. Sam pomysł wysłania mnie do galerii sztuki w plenerze jest jak najbardziej trafny, ale ja od dzieciństwa mam dość silną alergię na wróżbiarstwo, więc programowo źle bym się tam czuła. Nie wspominając o tym, że nie odpowiada mi estetyka artystki.

O drapieżnikach będzie niżej. Na razie zatrzymajmy się na pierwszym słowie tytułu tego wpisu.
Tylko pół godziny drogi od ruin zamku Montemassi czekała na nas Massa Marittima.

Gdybym nie znała zdjęć z przewodników, to przejeżdżając przez Massę, nigdy bym się nie skusiła na jej  zwiedzenie. Nowa część dość zazdrośnie skrywa tę starszą, świetnie zachowaną, gdyż malaria panująca na tych terenach wytrzebiła mieszkańców miasta i na koniec XVI wieku było ich tylko 500 (gdy jeszcze w XIV wieku mieszkało tu 10.000 osób).
W ogóle to zaskoczyło mnie położenie miasta. Nie wiedzieć czemu, myślałam, że jest płasko rozłożone na nizinie, a tu spora góra wieńczyła kres wycieczki. Położenie miało niemały wpływ na  wzrost znaczenia miejscowości o korzeniach etruskich i rzymskich. Otóż w IX wieku greccy piraci zniszczyli Populonię i siedzibę biskupów, więc ci schronili się na wysokim wzgórzu, co przysporzyło miastu splendoru, no i, oczywiście, je wzbogaciło.
"Mądry" GPS stwierdził, że centrum miasta jest gdzieś po środku współczesnego osiedla mieszkaniowego, ale trudno było nie zauważyć katedralnej dzwonnicy wystającej ponad dachami. Zaparkowaliśmy pod ciekawą wieżą zwaną Torre del Candeliere (mam problem ze zgrabnym przetłumaczeniem, bo candeliere to świecznik). Ogromny łuk łączy ją ze starymi murami, cały ten kompleks nazywa się sieneńskimi koszarami i jest świadkiem panowania Sieny na tym terytorium.
Potem nad wyraz inteligentnie odczytaliśmy trójwymiarowy metalowy plan miasta. Tak dobrze nam poszło, że poszliśmy zupełnie w przeciwnym kierunku, niż trzeba było iść do Duomo.
Chyba, że plan był wadliwy, w co z chęcią uwierzę :)
Nie ma tego złego, co by w dobre miejsce nas nie wywiodło. Trafiliśmy do przyklasztornego XIV wiecznego kościoła św. Augustyna. Ciekawy "przysadzisty" gotyk jest charakterystyczną cechą tej budowli. Nie wypełnia go nadmiar ozdób. Przystaję przy prostej i majestatycznej chrzcielnicy. Zastanawiam się nad obrazami z powycinanymi otworami na rzeźby. Z lubością przyglądam się prostemu freskowi na antependium bocznego ołtarza.
Zza bocznych drzwi widać coś, czego nie mogę ominąć - chiostro.
Aby je zobaczyć, trzeba wyjść z kościoła i skręcić w prawo, tam czeka uczta XV wiecznych rytmów, eleganckich kapiteli, a i bywa, że niespotykanych baz kolumn.
Mogłabym już tam zostać ze szkicownikiem, ale wiedziałam, że Massa ma coś więcej do zaproponowania.
Chodzi mi o katedrę, o jej zobaczeniu marzyłam już od dawna.
Czy zdarza się Wam odkładać przysłowiowego cukierka na później i cieszyć się samym czasem oczekiwania na słodkości?
Kiedy już zorientowaliśmy się w planie miasta, nie poszliśmy najprostszą drogą do katedry, tylko tak mocno obocznie :)
Zobaczyliśmy imponujący fragment murów miejskich, zamknięty kościół św. Franciszka, wybudowany ponoć z inicjatywy samego Świętego, który w 1220 roku pielgrzymował przez Maremmę i jeszcze kilka innych interesujących detali miasta. Zaułki, kwiaty i rzeźbę Mitoraja.
Bardzo ciekawe jest dojście do docelowej świątyni, ulica, którą szliśmy, opada w dół i zakręcając teatralnie dawkuje widok.
Widok niby już mi znany z fotografii, a jednak zaskakujący. Na razie nie wspomnę o architekturze, ale o samym położeniu - mistrzowsko wybrane! Dodatkowo podkreślone imponującymi schodami. Jakby było mało trzy iglice z frontonu i dzwonnicy jeszcze bardziej wznoszą kompleks ku górze.
Wyobrażam sobie wczesny poranek, powiedzmy tak na początku XV wieku, wychodzę ze Mszy św. i widzę dalekie, przesłonięte błękitną mgłą wzgórza. Zapewne nie było wtedy tych ceramicznych rzeźb, które obecnie wytyczają przedplan dla pięknej panoramy.
Myślę, że nie muszę pisać, dlaczego zakochałam się w tej budowli od pierwszego wejrzenia?
A jednak napiszę.
Wszystko w fasadzie, oprócz gotykizującej góry, bardziej związanej ze stylem sieneńskim, odwołuje się do cech architektury romańskiej z Pizy. A to ślepe arkady, rytmy kolumn, romby (dziwnie umieszczone, każdy na innej wysokości). Dlaczego ja dopiero teraz tu trafiłam?
Ależ tu się dzieje!
I właśnie lwy, drapieżne, okrutne.
Od razu na myśl przychodzi Giovanni Pisano i jego ambona w Pistoi. Tu w Massie rzeźby powstały w warsztacie mistrza, ale raczej wyszły spod ręki jego uczniów, lecz i tak nie sposób nie zauważyć podobieństwa  brodatego mężczyzny podpierającego kolumnę do starca z pistojskiej ambony.
Przyznam się, że jedną figurkę odczytałam nader dziwnie, myślałam, że to kobieta trzymająca się za piersi. Hmm, trochę mnie zdziwiło takie przedstawienie, ale może dałoby się do niego drobić jakąś historię? Dopiero po powrocie do domu, po powiększeniu zdjęcia, zobaczyłam, że w rzeczywistości żadna kobieta, żadne piersi, jeno mężczyzna trzymający księgę.

We fryzie nadproża w pięciu scenach zapoznajemy się z życiem San Cerbone, patrona świątyni.
San Cerbone? Dziwne imię.
To biskup Populonii, pochodzący z Afryki, który zbiegł przed Longobardami na Elbę, wiódł tam pustelnicze życie i  zmarł w 573 roku. Na jego życzenie zwłoki wróciły na ląd, co było nie lada wyczynem, gdyż ziemie te nadal były pod longobardzką okupacją. W cudowny sposób warunki pogodowe sprzyjały wykonawcom ostatniej woli biskupa. Relikwie świętego znajdują się w prezbiterium, ale o tym, gdy wejdę do wnętrza.

Dzwonnica bardzo zgrabnie dołącza się do bryły kościoła, oryginalna zachowała się tylko do poziomu tryforium (trójdzielnego okna), ale XIX wieczne uzupełnienia idealnie wyniosły ja ku górze. Do tego pionu zbiegają się linie katedry, z prawej strony i pałacu biskupiego, z lewej, tworząc trójkątny plac, z którego bocznym wejściem wchodzi się do Duomo di San Cerbone.
Nieposłusznie nie zauważam zakazu fotografowania, nie jestem w tym odosobniona.
Na szczęście nikt mnie nie goni za to przestępstwo, a ja mogę spokojnie zapisać sobie, co bardziej poruszające mnie fragmenty trzynawowego wnętrza.
Pisałam o majestatycznej chrzcielnicy widzianej wcześniej w kościele św. Augustyna. Ha! Popatrzcie na tę katedralną z XIII wieku.
Dolna część opowiada nam o życiu Jana Chrzciciela, Cerbone i Regolo (towarzysza w podróży z Afryki, którego relikwie przechowuje z kolei katedra w Lukce). Nie może zabraknąć też i Chrystusa oraz Madonny.
Na wyższym, troszkę młodszym (bo XV wiecznym) poziomie widzimy proroków i patriarchów. Całość wieńczy figura Jana Chrzciciela.
Wszystko zaś wspiera się na lwach. Znowu drapieżniki!
Jeśli jeszcze nie wiecie, dlaczego lwy, odsyłam do krótszej wersji w Wikipedii, albo do dłuższej w formie dyskusji na pewnym forum historycznym.
Zaraz obok umieszczona jest dwustronna tablica z "Madonną delle Grazie" Duccio di Buoninsegna. Nie wiem sama, co mnie bardziej porusza, czy tak bliskie spotkanie ze sieneńskim mistrzem, czy sposób wyeksponowania dzieła na czas remontu - falbanki, kwiaty, skos wyłamujący się z osi nawy. Mam wrażenie jakiegoś domowego ołtarzyku.
Świetnie się czuję w kamiennym wnętrzu, nawet zupełnie współczesny tron biskupi nie razi moich oczu. Ciekawa forma. Tuż przed prezbiterium ambona bez kaznodziei zdaje się nadal głosić Prawdy Boże.
A w samym prezbiterium należy koniecznie zatrzymać się przy dwóch obiektach. Przy bogato rzeźbionym relikwiarzu ze szczątkami San Cerbone.
Dzieło o kształcie arki, czy sarkofagu, powstało w XIV wieku. Znowu mamy do czynienia ze skróconą biografią świętego biskupa.
Drugi obiekt z daleka nie wydaje się być niczym nadzwyczajnym. To krucyfiks umieszczony w ołtarzu o kształcie konfesji.
Zastanawiają tylko widoczne z bliska ramiona osadzone na zawiasach.
To bardzo rzadko już spotykany rodzaj figur Ukrzyżowanego. Wiem jeszcze tylko o dwóch tego typu w Toskanii, w Sienie w kościele San Francesco, i kościele San Pietro a Presciano (Valdarno). Ponoć częściej można spotkać je w Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej.
Powstawały w średniowieczu i były używane głównie podczas Wielkiego Tygodnia.
W Wielki Piątek rzeźba Chrystusa była zdejmowana z krzyża i składana w szklanej trumnie z ramionami ułożonymi wzdłuż tułowia. Przejmująca dosłowność.

Trudno wyjść, ale chciałam jeszcze porysować.
Przy dobrym aperitifie szybko powstał szkic widoku na katedrę.
I ten właśnie rysunek w formie drukowanej powędruje do Kingi.

38 komentarzy:

  1. Pieknie pokazana Massa Maritima. Mnie jeszcze utkwił w pamięci komin z oknem widziany na jednym z dachów tamże.Okno nawet miało szybki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, następnym razem, gdy tam trafię, rozejrzę się za kominem, bo bardzo lubię fantazję tutejszych kominów :)

      Usuń
  2. Kinga się ucieszy ! Widać,że masz mnóstwo radości z nowego aparatu Małgosiu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj! Tak :) Aparat miodzio, muszę jeszcze się podszkolić u Ciebie :)

      Usuń
  3. Hurra!!!!!! Ale świetny ten rysunek!
    Najwyraźniej mam ostatnio dobrą passę! :)))))))
    Bardzo dziękuję - i szykuję już miejsce.
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam zadziwiona, że tylko Ty odgadłaś. Ciekawe, dlaczego?

      Usuń
    2. Kobieca intuicja??? :))))))
      Nie wiem, tak jakoś mi się wydało, patrząc na mapę, że w tamtą stronę pojedziecie. A już wcześniej wiedziałam, że miasto jest wystarczająco malownicze, by Cię mogło zainteresować i zachwycić (i że mam je w przyszłorocznych planach, bo w tym roku świadomie je sobie odpuściliśmy).
      I też nie wydawało mi się, by ten Ogród Tarota Cię interesował (ja tam kiedyś pojadę, to Ci opowiem :)))) )
      K.

      Usuń
    3. Napisałaś Małgosiu, że chodziło o coś pewnego i pięknego, więc zrozumiałam - ma to być miejsce, które znasz "pozytywnie" w pobliżu: stąd San Galgano! Annamaria

      Usuń
  4. Chyba ten Aperol byl mocny,dlatego rysunek taki slaby

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mocny to może nie, ale wystarczy by dodać komuś odwagi i nie pisać anonimowo, szczerze polecam.
      Uznaję, że jeśli dopiero teraz ten rysunek został uznany za słaby, inne uważasz za dobre:)

      Usuń
  5. Aperol nie jest zbyt mocny, tak ma. Zazwyczaj ma 11 procent. Dowcip jeszcze słabszy, wiec rozumiem poniekąd, czemu to jego autor nie zechciał nam się przedstawić.
    Ale, oczywiście, zawsze jest okazja, by komuś dowalić, prawda?
    Taka bezinteresowna wredność - do śniadania czy zamiast śniadania?
    Bez pozdrowień,
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej anonim wykazał się znajomością trunku, bo ja nazwy nie podałam. Pewnie też popija, tylko może dla niego za mocny, więc traci umiejętność godnego zachowania się.

      Usuń
    2. Hihi... może powinnaś wywiesić na blogu tabliczkę o treści "Osobom pod przemożnym wpływem aperolu i innych promili wstęp wzbroniony"?
      K.

      Usuń
  6. To Aperol piłam w Empoli - zamawiając ten drink w maciupeńkiej kawiarence Butterfly: To co te dwie Panie przy tamtym stoliku, poproszę. Rzeszowsko pozdrawiam. Ewelina (E.T.)

    OdpowiedzUsuń
  7. Widzisz, nawet takie upierdliwe anonimy bywają przydatne, przynajmniej wiesz, co piłaś :) A pełna nazwa tego drinku to Aperol Spritz. Na zdrowie! No i pozdrów męża ode mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A myśmy spytali w kawiarence na rynku w Pistoi, co pije tamten pan - i dowiedzieliśmy się. Po czym, obiecawszy sobie następnym razem spróbować - zupełnie o tym zapomnieliśmy. Nadrobiliśmy to dopiero w Polsce :))).
    Lubimy, ale staramy się nie nadużywać, bo skutki, jak powyżej widać, nad wyraz żałosne....
    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że "żałosne" nie dotyczy moich działań :)

      Usuń
  9. Z Twoich działań to ja się cieszę i już czekam na przesyłkę :))).
    Za żałosne uważam dokopywanie gdzie się da i komu się da. Będąc pod wpływem lub nie :))). No cóż, niektórzy biedacy tak mają....
    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to pisz imię "bereciku", bo Cię po "K" nie rozpoznałam, hi hi hi.

      Usuń
  10. To ciągle ja! Odziana w moher dla niepoznaki oczywiście :)))))))))))))))))))
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie ciepło, ale niebawem moher będzie jak znalazł :)

      Usuń
  11. Małgosiu, mam nadzieję ,że pojedziesz tam jeszcze kiedyś na dłużej bo tych obiektów do szkicownika cała masa. Może jeszcze jakiś konkursik z rysunkiem za jakiś czas?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz Maszko, że już kiedyś wręczałam wydrukowane rysunki, ale to było dawno temu i nieprawda :) AA że tam wrócę, to musowo!

      Usuń
  12. Dziekuję Małgosiu, za kolejne miejsce z licznych, których nie zdążyłam odwiedzic bedą we Włoszech, dziekuję, pozdrawiam
    j

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wzbogacam wiedzę o Włoszech :)

      Usuń
  13. Byłam tam kiedyś, ale zdaje się, że przeleciałam po łebkach. Po tym wpisie się w tym utwierdziłam. Teraz niby mam blisko do M.M. i mogłabym tam pojechać, ale po co ja mam tam jechać??? Wystarczy poczytać TZSM. Szczegółowe informacje, piękne zdjęcia (zbliżenia takie, że gołym okiem nie ma szans na zobaczenie detali). Ja się z domu nie ruszam! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jechać, jechać, każdy ma swój kontekst :)

      Usuń
  14. Bardzo lubię Massę Marittimę, byłam tam także w czasie fiesty :il Balestro del Girifalco, której główna część rozgrywa się na przepięknym placu katedralnym. Małgosiu a może przetłumaczyć nazwę wieży na "Widokowa" , rozciąga się z niej piękny widok a słowo candeliere oprócz świecznika i lichtarza używa się przenośnie w wyrażeniu :essere ( stare) sul candeliere : być na widoku???
    Pozdrawiam serdecznie, Małgorzata Kistryn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa propozycja, tłumaczenie w funkcji, a nie z nazwy :)

      Usuń
  15. Pani Małgosiu,dziekuje ponownie za wycieczkę.Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimie, mimo że mogę domyślać się, kim jesteś, nie chcę wysnuwać bezpodstawnych oskarżeń. Cały czas zastanawiam się, co Cię gryzie, że ziejesz jadem? Nie znasz mnie osobiście, a traktujesz, jak bym Ci nie wiem jaką życiową krzywdę wyrządziła. Może by przełamać ten schemat? Chciałam więc Cię serdecznie i szczerze zaprosić do siebie. Porozmawiamy, może jakieś problemy rozwiążemy, a Ty mi pokażesz jak tworzyć?

    OdpowiedzUsuń
  17. ,,zmasowany atak drapieznikow,, to dobra nazwa dla tego klubu wzajemnej adoracji.Taki typowy,chrzescijanski lincz,
    Za jedno slowo ,,slaby,,...
    Robienie z kogos pijaka ,tylko dlatego ze wie co to Aperol..
    A propos ,(Do Kingi) !Gdzie widzialas 2 procentowy?
    Wielkie brawa za mistrzowski brak pokory i pyche.
    A to grzechy glowne....radzilabym porozmawiac na ten temat z szefem,moze cos doradzi.?
    Jesli pokazujesz swoje rysunki publicznie ,to przydaloby sie zmienic stosunek do krytyki.
    Nawet prawdziwi artysci to potrafia.
    Violetta Radecka

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak tam pięknie! A rysunek mi się bardzo podoba. Szczęśliwa Kinga!:))
    Aperol Spritz piłam, jest przeeeepyszny!
    Uściski Małgosiu:*

    OdpowiedzUsuń
  19. Aperol ma 11%, pyszny jako aperitif. Rysunek jak zawsze wspaniały!

    OdpowiedzUsuń
  20. Bardzo ciekawe spojrzenie na to miasto, Mieszkam tu już jakiś czas i nie zwróciłem uwagi na tyle szczegółów widocznych na pani zdjęciach, Jeden szczegół znam jednak doskonale: doniczkę na kwiaty zrobioną z pnia drzewa. Znam ją bo to moja doniczka. Dziękuję za bardzo ciekawe i barwne opisy tego jak i innych miejsc w Toskanii

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowite, przeczytać komentarz od kogoś, czyje dzieło sfotografowałam nie znając go zupełnie. Bardzo dziękuję za miłe słowa i witam w moich blogowych progach :)

      Usuń