sobota, 1 września 2012

WINO, BEETHOVEN I SZALEŃSTWO

Niedawno pisałam o początku wakacji Kingi, o jadle i koncercie.
Tym razem sama zaznałam dobrego rozpoczęcia.
Miejsce akcji: znowu południowa Toskania, gdzieś w powiecie Grosseto.
Połączę ze sobą dwa dni, bo mają ze sobą ścisły związek, mimo że dzieli je mniej więcej tydzień. Najpierw spotkaliśmy się w większym gronie ze znajomymi i wspólnie odwiedziliśmy dwie winnice.
Obydwie leżą w winiarskim regionie Montecucco.
Obydwie produkują niezwykłe wina.
Obydwie mają wyrobioną w środowisku markę.
Różnią się od siebie chyba wszystkim, poza przedmiotem produkcji.
Pierwszego opiszę producenta, którego dane mi było poznać osobiście. To nie przedstawiciel jakiegoś szacownego, arystokratycznego rodu. Syn chłopa, który produkował wino, doprowadził działalność swego ojca na wyżyny.
Raz w roku zjeżdżają się do niego restauratorzy z gwiazdkowych restauracji Michelina.
Produkuje niebywale smaczne produkty z lokalnej odmiany świń. Udało nam się od niego niemal wyżebrać suszoną polędwicę z odrobinami lardo. Przy czym wyżebranie dotyczy w ogóle chęci sprzedaży, a nie ceny, bo ta, oj! słuszna. Łaskawość spotkała nas dzięki towarzystwie znajomego, który jest w dobrej komitywie z Leonardo Salustri.
Ale przecież to tylko uboczna działalność, bo treść jego życia stanowi wino.
Skąd taki sukces? Na to pytanie odpowiedział nam spotkany u właściciela profesor z wydziału winiarskiego Uniwersytetu w Pizie. Słowa z pewnym opóźnieniem opuszczały usta teoretyka, gdyż właśnie był chyba po "praktycznej próbce badawczej".
Podejrzewam, że on spostrzegał świat tak:
A my tak:
W potoku słów można było jednak wyłowić ciekawe spojrzenie na poznanego producenta. Była mowa o poezji, którą Leonardo wkłada w swoją pracę, o pasji, o mądrości i intuicji. O tym, że winiarz nie bacząc na teorie, sam orzeka, w którym momencie zebrać cenny owoc, smakuje go prosto z krzewu i decyduje o porze winobrania.
W swojej pasji nawet kieliszki zaprojektował sam i te udało się u niego kupić. Już wiecie, jak lubię szkło, więc nie mogłam wyjechać bez takiego oryginalnego sprzętu, z nóżką poniekąd przedłużoną do środka czaszy kieliszka.
Byliśmy w piwnicach 5 dni po pierwszych zbiorach, gdy moszcz przeznaczony na wino Santa Marta jeszcze zachował dużo świeżości i niezwykłą purpurową barwę. Jego smaku nie mogę zapomnieć, to przesłodka zapowiedź genialnej wytrawności.
Leonardo był bardzo zadowolony z koloru moszczu, mówił, że im czystsza barwa, bez domieszek brązu, tym lepszy trunek się zapowiada.
"Linia produkcyjna" jak najbardziej nowoczesna, tylko austriackie, drewniane beczki o ciekawym kształcie stanowią łączność z dawnymi sposobami. Były, i klasyczne zbiorniki, ale korzystają z nich  jedynie studenci praktykujący u mistrza.
Już nie po raz pierwszy spotkałam się ze zwyczajem nadawania nazw winom od imion krewnych. Tak było i tutaj, nawet na chwilę zajrzała do nas żona Narà, która patronuje wspaniałemu białemu winu.
Z familiarnej atmosfery kamiennych zabudowań przenieśmy się do odległego o 2 km producenta.  Przenosimy się nie tylko w kilometrach ale i w latach oraz w liczbach wyprodukowanych butelek.
Oprócz wina jest jednak jeszcze jeden łącznik pomiędzy tymi dwoma producentami. Obaj skorzystali z projektów architekta Edoardo Milesi. Caintina Salustri jest bardzo skromnie ulokowana, gdy się do niej podchodzi, niemal nie widać jej współczesności.
Za to Colle Massari!
Mimo, że na co dzień wolę budynki z wielowiekową historią, to jednak to, co zobaczyłam, w jakiś hipnotyzujący sposób zawładnęło moim zachwytem. Za dużo projektów tego architekta nie zniosłabym w zwyczajnym życiu, ale ten jest czystym kontrapunktem. Czystym w prostej bryle, z drewnianymi żaluzjami kojarzącymi się z wielką skrzynią na wino. A to tylko budynek biurowy oraz jedno z miejsc na degustację.
Zaraz za nim stoi dużo niższy, niepozorny budynek, który miałam okazję w pierwszy wakacyjny wieczór poznać od korzeni, a może raczej od skał? Ale o tym później.
Na razie zostańmy jeszcze na tarasie, na skraju którego architekt zaplanował olbrzymią białą ramę. Ramę dla winnicy.
Poczytałam sobie o tym konkretnym dziele Edoardo Milesi. Mamy tu przykład architektury pasywnej, w znacznym stopniu wykorzystującej naturalne warunki wymagane przy produkcji wina. Zbudowana na skalistym zboczu, świetnie zdrenowana, z odpowiednią wentylacją, w najchłodniejszym, zwanym beczkownią (czy jest jakiś prawidłowy polski wyraz na takie miejsce?), utrzymuje stałą temperaturę 16 stopni.
Za pierwszym pobytem byliśmy na degustacji. Zaczynam uczyć się smaków i rozpoznawać zalety wina. Ciekawe, po ilu winnicach zdobędę choć najniższy stopień wtajemniczenia?
Tydzień po pierwszej degustacyjnej wizycie, razem ze znajomymi wybraliśmy się na koncert, który był jednym z wielu wydarzeń trwającego całe lato "Amiata Piano Festival".
Chętnych na to wydarzenie było jeszcze raz tylu, ilu mogła pomieścić niezwykła sala. Na szczęście odpowiednio wcześniej zarezerwowaliśmy bilety.
Zeszliśmy trzy poziomy w dół, do beczkowni, gdzie przywitał nas przyjemny chłód oraz zapach wina, beczek nim nasiąkniętych i lekkiej wilgoci. Przezornie miałam ze sobą coś do narzucenia na odkryte ramiona,w przeciwnym razie spędziłabym wakacje na kurowaniu gardła.
W programie koncertu było Trio Fortepianowe nr 1 op 70 Beethovena oraz kompozycje Sir Petera Maxwella Daviesa, nadwornego kompozytora brytyjskiego dworu. Ze mnie meloman lichy, ale muzykę graną na żywo odbieram niemal organicznie. Do Beethovena przygotował mnie Krzysztof puszczając na okrągło planowane Trio. Doceniłam więc różnicę między "live" a z odtwarzacza. Usłyszałam niuanse, odczytałam utwór na swój sposób.
A potem dane mi było usłyszeć barwne dość dobrą włoszczyzną wstępy do utworów własnych utytułowanego kompozytora. I tak jak Fantazję według Purcella byłoby mi trudno odczytać bez wyjaśnienia, tak "Osiem Pieśni dla Szalonego Króla dotknęło każdej cząstki mojej wrażliwości.
Utwór nie tyle ilustruje, co przekłada szaleństwo na fragmenty muzyczne rozpisane na różne instrumenty oraz na ludzki głos.
Poszukałam potem, co to za choroba dotknęła króla Jerzego III.
Odsyłam do artykułu na stronie niepełnosprawni.pl.
Na koniec imprezy przewidziany był jakiś poczęstunek, ale my wybraliśmy się ze znajomymi do innego miejsca, gdzie odstąpiłam od zwyczaju niejedzenia kolacji, gdyż pysznościom nie umiem się oprzeć :)
Dzień zamknął się mocnym akcentem w postaci trzech dzików, z których jeden otarł się nam o samochód. Na szczęście, ani dzikowi ani pojazdowi nic się nie stało.
Choć ten pierwszy ma tu trudniejszy żywot i nie wiadomo, czy przetrwa tegoroczny myśliwski sezon.
Może chociaż zając, który następnego ranka czmychnął mi niemal spod nóg, obroni się przed strzałami? W końcu kicał po posesji, a tu myśliwi nie mają wstępu.
Aby nie było mi za mało wrażeń, zostałam teraz sama, bez auta i pierwszy raz w życiu spędzę noc w domu otoczona jedynie wzgórzami, z najbliższym domem w prostej linii oddalonym o 600 metrów. Ile drogą? Nie mam pojęcia. Ja jestem stary cykor, w ciemnościach widzę różne kształty, niekoniecznie realne, a słyszę dużo więcej, też raczej ponad to, co rzeczywiście słychać.
Myślicie, że zasnę? Pozostają mi na pocieszenie dwa "obronne" psy tęsknie wyglądające swojego pana.

No i może Wasze głosy w konkursie?
Bo właśnie chciałam Was poprosić i tutaj o udział w zabawie konkursowej na Facebooku. Wiadomo, że w takim konkursie wygrywa ten, kto ma najwięcej skłonnych zagłosować na niego znajomych. Pomyślałam, że skoro mam tylu czytelników i znajomych na Facebooku, to wezmę udział w konkursie. Jedna z fotografii z tego wpisu startuje w konkursie, ale i ta z największą liczbą głosów powstała podczas wakacji a tym regionie.
I nie o wino wcale chodzi, choć i owszem, dobrym rieslingiem mało kto pogardzi, ale przekonam się, czy mogę liczyć na Wasze wsparcie. Gdyby wszyscy użytkownicy FB, a czytający mojego bloga, oddali tylko jeden głos, już bym znalazła się na prowadzeniu. Głosy można oddawać codziennie do 13 września. No to co? Mogę prosić o pokaz Waszych sił?
Z góry ślicznie dziękuję i postaram się odwzajemnić jak najszybciej następnymi wakacyjnymi wpisami.
Dopisane 4 września:
Odpuściłam sobie udział w konkursie i motywowanie do głosowania. Za to wpisów na blogu nie odpuszczam :)

17 komentarzy:

  1. Ech...,
    To stąd pochodzą zdjęcia!
    Głosuję, głosuję, a jakże!

    OdpowiedzUsuń
  2. Juz pokazuje jaka jestem silna! :-)
    Pozdrawiam i powodzenia
    A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i polecam się każdego dnia aż do 13 września :)

      Usuń
  3. Z przyjemnością oddałam głos :-)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z przyjemnością dziękuję, prosząc o jeszcze :)

      Usuń
  4. W takich miejscach to od samych oparów wzrok się rozmywa. Nie wierzę ,że po pięciu dnach miałaś taki bystry.Świetna przygoda i ten koncert z taką akustyką i repertuarem. Westchnąć tylko mogę. Będziemy popierać kto żyw tzn. kto ma FB. Zaraz mobilizuję młodzież. Dzięki za cytrynki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maszko kochana, po jakich pięciu dniach? Ja tam byłam tylko jednego dnia, do Colle Massari wróciłam po tygodniu, ale na koncert.
      Polecam się z głosowaniem każdego dnia, aż po 13 września :)

      Usuń
    2. Widocznie te opary przez internet też robią swoje i czytam z połowicznym zrozumieniem.Jeden dzień można może jakoś przeżyć bez większych uszczerbków dla percepcji

      Usuń
    3. Przez internet, powiadasz?

      Usuń
    4. A czemuż tak? Właśnie weszłam ,żeby zrobić kolejnego klika a tu nie ma. Tylko nie zrób takiego numeru z blogiem

      Usuń
    5. Maszko, ano trochę namieszałam, myślałam, że jestem w stanie wytrzymać codzienne namolne przypominanie się o o głosy. A poza tym niezbyt podoba mi się wyróżnianie niektórych zdjęć podczas trwania konkursu. Za to blog pisze się dalej i absolutnie mi się nie nudzi :) Dziękuję za chęci.

      Usuń
    6. To wyróżnianie też mi się wydało dziwne.Rozumie Cię.

      Usuń
  5. Nie ma to jak wierni i lojalni Czytelnicy! Od razu pomogli przesunąć się na drugie miejsce w konkursie. A przecież jeszcze 11 dni zabawy przed nami.

    Podobają mi się te kieliszki, pierwszy raz widzę takie. Owszem, rozwiązanie podobne stosowane jest w podręcznych mini dekanterach, które wyglądają jak dziwaczne szklanki. Wystarczyło dodać do tego nóżkę i powstał fantastyczny kieliszek. Ja bym trochę inaczej wyprofilował uwypuklenia, ale tak czy inaczej, pomysł świetny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeee, już mi trochę brakuje cierpliwości. Nie pomyślałam, ale to się robi nudne. Nie wiem, czy wytrzymam, a poza tym rozbiłam głosy na trzy zdjęcia.
      Za to cieszę się, że zwrócił Pan uwagę na kieliszki. Leonardo tłumaczył nam, że ten kształt ma zbierać jak najwięcej zapachu, a o "pypcia" jakoś nie zapytałam, ale wygląda świetnie w rzeczywistości.

      Usuń
  6. Też polubiłem Pani fotografię kieliszka. To wyraz uznania dla całej Pani blogowej roboty. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję i polecam się aż do 13 września :) A z blogiem na pewno dłużej :)

      Usuń