niedziela, 1 czerwca 2014

DLA TOWARZYSTWA I DLA ... DESERU

Tuż przed wyjazdem do Polski nagromadziło mi się mnóstwo interesujących wypraw, miejsc do opisania. Jedną z nich była wspólna wycieczka z ekipą biorącą udział w kulinarnym kursie organizowanym przez VisiToscana.  Z racji zajęć wszelakich i przedwyjazdowych odpuściłam udział w kursie, a wiem, że był fantastyczny i z nowymi potrawami oraz atrakcjami. Mam nadzieję, że Asia to opisze. Część grupy stanowiła cudowna ekipa, którą poznałam dwa lata temu - część z nich była wtedy uczestniczkami mojego kursu rysowania, część dzielnie nam towarzyszyła. Spędziliśmy wtedy wspaniałe dni, więc chociaż na jeden wspólny wypad musiałam znaleźć czas. No nie szło inaczej!
Uczestniczki kursu też nie miały zbyt dużo czasu na wojaże, więc cel nie mógł być zbyt odległy.
Padło na Bargę i "po drodze".

Pierwszy przystanek, zaproponowałam nieśmiało: "Wiecie, tam jest romański kościół. Macie ochotę?" Padła odpowiedź jedyna i słuszna :)
Sama nigdy w Diecimo nie byłam, a to tylko żabi skok z trasy, która wiedzie z Lukki do Bargi.
Na mapach wcześniej wypatrzyłam, jak dojechać i ... oczywiście, w realu nie trafiłyśmy w odpowiednią drogę.  Nie ma tego złego, co by na Diecimo nie wyszło. Mieścina maluśka, kilka ulic na krzyż, ale bardzo zadbana i wielobarwna.

Gdybyśmy podjechały bezpośrednio do kościoła, mogłybyśmy nie trafić na przesympatyczną panią kwiaciarkę, która z zaciekawieniem wyszła ze sklepu na widok ekipy z aparatami. Turysta chyba nie jest tam częstym gościem. Pani zawołała mnie do środka i dała w prezencie albumik z pocztówkami w Diecimo. Bardzo rozczulający gest.

Zostawiłyśmy auta przy placu z fontanną i spacerkiem przeszłyśmy się do kościoła. Prosty, surowy romanizm, ale zawsze znajdą się detale, które cieszą oko i serce.
Napis na drzwiach zachęcał:
 "Nie jesteś takim grzesznikiem, by nie móc wejść do kościoła. Nie jesteś na tyle święty, żeby nie musieć tego robić".

Niestety, świątynia była zamknięta, księdza proboszcza nie zastałyśmy, a to on mógłby wpuścić nas do środka. Szkoda, bo powiedziano nam, że wnętrze jest dużo ciekawsze od zewnętrznych murów. Będę musiała to już sprawdzić indywidualnie, powołam się wtedy na zacytowany napis.

Drugi punkt też był po drodze - to obowiązkowy Diabelski Most. Albo ja jestem tam o dziwnych porach, albo nie oblegają go tłumy turystów.  Ten most kojarzy mi się ze spokojem, zawieszeniem nie tylko nad wodą, ale i nad czasem.

Tego ostatniego jednak zbyt dużo nie miałyśmy, obawiałam się, że mogą nam zamknąć najważniejszy punkt programu, czyli kościół zwany Katedrą w Bardze. Napisałam "zwany", gdyż faktycznie tej funkcji nigdy nie pełnił, lecz tubylcy tak są z niego dumni, że określają go Duomo.
Dzień dość upalny dał nam się we znaki podczas wspinania pod górę. Gnałyśmy,  by mieć pewność, że zanurzymy się w prostocie piękna z dawnych wieków. Byłam w Bardze 6 lat temu i ciągle gdzieś miałam wielki jej niedosyt. Nie powiem, żebym i tym razem zaspokoiła apetyt.


Dosyć spokojnie obejrzałyśmy sobie świątynię, jedyną przeszkodą był brak drobnych, by ją doświetlić przy użyciu wrzutowego aparatu włączającego reflektory. Przy małych, wypełnionych albastrem oknach, trudno inaczej zobaczyć detal i sfotografować wszystkie piękności.


Zawsze to jednak pogłebienie znajmości z budowlą.
Wzięłam ze sobą przewodnik po Garfagnanie, wydawać by się mogło, że jeśli ograniczony do tego górskiego regionu, to będzie dość szczegółowy. A tu niespodzianka - w opisie świątyni nie znalazłam ani słowa o ambonie. Obiecałam więc dziewczynom, że poszukam informacji o programie ikonograficznym.
Marmurowa ambona jest dziełem XIII wiecznych rzeźbiarzy z Como, pod twórczym kierownictwem Guido Bigarellego. Wspiera się na czterech kolumnach, których dwie bazy mają postać lwów, jeden pożera człowieka (herezję - z jednej strony pieszczącą a z drugiej strony dźgającą), drugi lew walczy ze smokiem (symbol zła). Trzecią bazę tworzy napięty pod ciężarem karzeł symbolizujący ludy pogańskie. Nie wszystkie kapitele są tak czytelne. Trudno rozeznać, czym są orły, czy też dziwne krzyżówki przypominające sfinksa. Za to pozostałe głowice trzymają się klasycznego zdobienia akantem.
Pięknie uwypuklone światłocieniem tablice ambony pokazują między innymi Zwiastowanie N.M.P., Boże Narodzenie i Pokłon Trzech Króli. Na trzeciej płaszczyźnie jest tylko jedna figura - Jan Chrzciciel. Czwarta, oczywiście, nie istnieje, bo tam umieszczono wejście.
Zachowały się wszystkie pulpity - do czytania odpowiednich lektur.

Po deszczowych dniach błękit nieba ostro wycinał linie gór. Więc widok towarzyszący wychodzącym  spowalnia krok. Nie daje wyjść na zewnątrz.

Dołączam do całej ekipy i robimy sobie pamiątkowe zdjęcie.

To już prawie koniec naszej wycieczki. Na samą Bargę już nie zostało wiele czasu.

Ostatnim punktem była (wyszukana na tripadvisor) restauracja "Scacciaguai" - oddalacz kłopotów, czyli talizman, amulet.

Nazwa nie jest przypadkowa, gdyż na murze, po lewej stronie restauracji można zobaczyć malutką maskę, wobec której wykonanie gestu włożenia palców do oczu i ust ma przynosić szczęście. Przyznam, że widok włożonych oczu nawet w kamienną twarz przyprawia mnie o dreszcze i raczej nie kojarzy się z jakimkolwiek szczęściem, tym bardziej z zabobonnie pozyskanym.

Za to posiłek zjedzony w restauracji na pewno i bez przesady, czy przesądu, sprawia poczucie szczęścia, no, dobra - błogości :)
Dziewczyny czekał tego dnia kurs, więc i dużo jedzenia, próbowania, a potem jeszcze obfita kolacja oparta o przygotowane potrawy, oczywistym był więc skromny posiłek. Zdałyśmy się na kelnera, który poradził nam bardzo prostą potrawę spoza karty - tagliatelle z czarnymi truflami. Nie było ich w menu, co często się zdarza, gdy mamy do czynienia z nieprzewidywalnym, sezonowym składnikiem. A wiosna jest właśnie porą na czarne trufle, te które jestem w stanie zjeść z wielkim smakiem, w przeciwieństwie do białych, jesiennych.
Uległyśmy też sufletowi, przygotowanemu świeżo po zamówieniu. Dawno nie jadłam czegoś tak niezwykłego, prowadzącego na wyżyny błogostanu. Warto było czekać :)
Zamówiłysmy dwa rodzaje sufletu z białą czekoladą i sosem truskawkowym (ze świeżych truskawek) oraz z gorzką czekoladą i szafranem (chyba? no cóż, zapomniałam).

Podczas pobytu dziewczyn w Toskanii, spotkałam się z nimi jeszcze raz, na pożegnalnej kolacji, podczas której nie jadłam zbyt wiele, ale za to poznałam smak w którym się zakochałam - risotto z porami. Już wiecie, skąd poprzedni wpis?

14 komentarzy:

  1. Ach, Barga! Była jednym z pierwszych, kompletnych , średniowiecznych miasteczek w Toskanii. Urzekła mnie natychmiast. Mury, kryjące cudowne, wąskie uliczki, Duomo z amboną z lwami, fantastyczne detale architektoniczne połączone ze świadomością, że to wszystko tak długo, prawie niezmienione - trwa!
    Pozdrawiam
    Ewa z Legnicy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to był powrót do początków pobytu w Toskanii i ciągły niedosyt Bargi.

      Usuń
  2. Bardzo inspirujący wpis! :). Muszę wreszcie zobaczyć i most, i całą resztę w tamtej okolicy.
    No i fajna grupa kursantek :)
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam niedosyt tamtych miejsc. Może razem się wybierzemy?

      Usuń
  3. ojej jak apetycznie! może to pomysł do planów na przyszły rok ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Barga....ach. I aż się doczekać nie mogę bo chyba po długich namysłach, za i przeciw tej jesieni wylądujemy ponownie w Toskanii :-) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Kolejne piękne miejsce a do tego wyborne towarzystwo i humory!

    OdpowiedzUsuń
  6. Śliczne zdjęcia ,zazdroszczę ekipie tych przeżyć,pozdrawiam iwonka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ekipy też należy zazdrościć, podróżowanie z nimi to cudowna przygoda :)

      Usuń
  7. Małgosiu, dziękuję raz jeszcze za wspólnie spędzony czas, zwiedzać z Tobą Toskanię to prawdziwa przyjemność :) Naprawdę jest czego zazdrościć ;)
    Ściskam mocno
    Maryla

    OdpowiedzUsuń