wtorek, 9 października 2012

NIEDZIELA Z TATĄ

Dobrze brzmi, nieprawdaż?
I dobra była ta niedziela :)
Poranek zwyczajny ze Mszą św., jak to w niedzielę, potem obiad, potem odwiozłam Krzysztofa do drugiej parafii, gdzie uhonorowano Matkę Bożą Różańcową, a że u nas ta sama festa za tydzień, to z Tatą popołudnie zostawiliśmy sobie na bardziej świeckie przyjemności.
Ku mojemu zdziwieniu, to co było pewną przyjemnością, taką się nie okazało, a to co było ...
Zresztą, co będę wyprzedzać fakty.
Najpierw należało wybrać miejsce akcji, zadecydowało auto z jednym oczkiem bardziej, czyli z przepaloną żarówką. Lepiej nie wyruszać tam, gdzie obowiązuje zapalenie lamp. Pozostała więc Pistoia, która tego dnia szczodrze obdarowała tubylców i turystów.
Na głównym Piazza Duomo już trzeci dzień propagowano turystykę średniowieczną. I nie chodzi wcale o sposób zwiedzania z dawnych czasów, bo jakoś o turystach to wtedy chyba nikt nie pomyślał, co najwyżej o pielgrzymach. lecz o współczesnych turystach, których jak magnes przyciągają klimaty z dawnych epok.
Podczas trzech dni prezentowano między innymi okoliczne atrakcje średniowieczne, dla zaproszonych tour operatorów zorganizowano objazd po takich zabytkach, a dla gawiedzi, w niedzielę, zorganizowano mały kiermasz oraz paradę historyczną, czyli to, co misie lubią najbardziej.
Kiermasz, usadowiony w podcieniach oraz na wewnętrznym dziedzińcu Palazzo Comunale, to kilka typowych stoisk z prezentacją charakterystycznych wyrobów, a także ich sposobu wytwarzania. Zapewne nie muszę nawet pisać, gdzie zatrzymałam się najdłużej, ręce aż świerzbiły do działania.
Dużo do zwiedzania nie było, czasu mieliśmy nadmiar, bo na stronie internetowej błędnie wpisano godzinę rozpoczęcia parady. Nie ma sprawy, pospacerujemy.
Pójdziemy na lody :)
A po lodach usiedliśmy na schodach okalających Piazza Duomo i obserwowaliśmy spacerowiczów.
Ja to właściwie obserwowałam Włoszki i ciągle zadziwiające mnie na ich nogach kozaczki. Pora roku niby jesienna, ale pogoda była  przeprzyjemnie letnia. Dobrze, że niektóre kobiety miały jeszcze sandały na nogach, to się jakoś bardziej swojsko czułam.
Ja to taki podglądacz jestem, że nie pogniewałabym się na posiadanie okna z widokiem na Piazza Duomo. Ułożyłabym sobie na parapecie kocyk, albo i poduszeczkę, i gapiłabym się zapominając o przypalonym obiedzie :)
A jeśli jeszcze czasami pod moim oknem przeszliby średniowieczni przebierańcy, to bym zupełnie przestała robić posiłki.

Nie wiem, co za siła tkwi w dawnym ubiorze, że każe mi portretować niemal każdego uczestnika, że żal we mnie kiełkuje, bo Rembrandtem to ja nie jestem, a chciałabym takimi portretami ściany pozawieszać:
Zapominam, że powinni być bardziej szczerbaci, pewnie mniej ogoleni, z krostami, bez okularów na nosie. Myślę zawsze przy takich okazjach, że żyjący tak dawno temu, a kochali, śmiali się, płakali, bali się, tęsknili,  zupełnie jak my.
Sbandieratori - żonglerzy flagami - to moja słabość wielka. Kocham ich miłością szczerą, pełną podziwu dla umiejętności zdobytych ćwiczeniami. Tego się nie da osiągnąć przy pomocy słów. Żaden żongler nie wyjdzie i nie powie, wyobraźcie sobie, że rzucam. On po prostu to robi. I tylko wiatr złośliwy może usprawiedliwić jego błędy.
Moja ręka ścierpłaby już po chwili trzymania flagi, a tu 10 letni smyk wybiega na olbrzymi plac i nic sobie z tłumów nie robi. On początkujący, więc mu jedną flagę dali, zaawansowani szaleli nawet z pięcioma!
Pokaz swoistej szermierki dla mnie może niekoniecznie, bo jakoś nie ciągną mnie żadne walki, nawet udawane.
Tańcom wystarczy kilka słów, bo zbyt kameralne na Piazza Duomo i nie ta muzyka, w stylu Enya.
Za to werble i fanfary! Ciarki mam zawsze. Zapominam, że to imprezka niemal komercyjna, bo oni tak mi jakoś po wnętrzach grają tym rytmem i zawodzeniem trąb.
Wszystko podkreślają jeszcze rytmy dzwonnicy i baptysterium.
Niedzielna uczta.
Potem zakamarkami wędrujemy z powrotem do samochodu.
Jeszcze zaglądamy na Piazza San Francesco, gdzie rozłożyły się kramy z pysznościami z Sycylii.
No właśnie, czy pysznościami?
Wszystko wyglądało nad wyraz apetycznie, więc ja wyrodna córka żałująca ojcu cukrzykowi słodkiego, odpuściłam i połakomiłam się na cannoli. Wszystko przez to, że kiedyś u koleżanki napaść się nimi nie mogłam i tylko zdrowy rozsądek oderwał mnie od smakowitych rur pełnych nadzienia.
O ja, głupia!
Nawet Tatko, znany miłośnik słodkiego, nie sprostał nadmiarowi cukru w zakupionych cannoli. Nadzienie sprawiało wrażenie podreperowanego jakimś chemicznym ulepszaczem. Tfuj!
Porażka na całego, bo wiedziona sympatią do Zibbibio, traktowanego przeze mnie jako ambrozja, rozczarowałam się czymś dziwnie zalatującą słodyczą. Było zabrać okulary i przyjrzeć się drukowanej na domowej drukarce etykiecie. Strata pieniędzy.
Mogłam kupić jakąś ceramikę. No, może nie kiczowatego Jezuska, ale jakaś miska, patera?
Bo takiego bajecznego wózka, na którym kiedyś wożono towary, nie pozwolono by mi zabrać?
Nie zaspokoiłam apetytu rodzica na słodkie, będę musiała wykupić się wypiekami własnymi. Na szczęście niebawem nadciągnie okazja :)
Chciałam tylko jeszcze napisać, że owe sycylijskie "przysmaki" zostały poddane degustacji w domu, więc samą wyprawę do Pistoi zapamiętaliśmy wraz z Tatą jako cudownie przyjemną :)

30 komentarzy:

  1. Dzięki Twoim postom czuję się jakbym tam byłą i oglądała te dziwy z Tobą :) pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby jeszcze można było zapachy przekazywać!

      Usuń
  2. Niedziela pełna wrażeń:)Marzenie!
    Tatko aż do Twoich urodzin pozostaje:)???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, ale bliżej zahacza się o inną festę swojej córki :)

      Usuń
    2. Św.Małgorzaty:)jest wcześniej? Czy może jeszcze coś innego o czym nie pamiętam:( Dobrze że jest okazja przyrządzić pyszności i uraczyć tatunia.
      Patrzę z łezką na Twoje zdjęcia, ogrania mnie tęsknota i smutek. Zaledwie wróciłam i już tak mało pamiętam, za mało, za krótko...a tutaj za zimno i problematyczne:(

      Usuń
    3. 6 dni wcześniej :)
      A co do wyjazdu, to już Ci sugerowałam, do walizek nie pakuje się swojej codzienności. Myślę, że w końcu inaczej będziesz znosić powroty, gdy zastosujesz tę zasadę :)

      Usuń
  3. Sycylia... Hmmmm :))))
    Mam podobne uwielbienie dla tego rodzaju średniowiecznych imprez. Wszystko by mi się tam podobało!
    Serdecznie pozdrawiam Tatę.
    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że na miejscu te produkty mogą być smaczniejsze, ale taki tour po całym długim kraju chyba niczego dobrego nie wróży.

      Usuń
    2. Jak wrócę, to Ci opowiem, jak smakowały na miejscu. Chociaż już dziś nie mam wątpliwości (dzięki pewnemu kulinarnemu patriocie, z którym mam częsty kontakt :)) ), że kuchnia sycylijska jest jedną z lepszych włoskich kuchni.
      No i te szaleńcze kolory...
      Kinga

      Usuń
  4. Bardzo to wszystko urokliwe coś w tym obserwowaniu tłumu jest cudownego pamiętam główny plac w Volterze gdzie mogłabym siedzieć godzinami patrząc na falujący kosmopolityczny tłumek: kolorowy rozgadany rozesmiany zadumany czasem spokojny gdy zaczynało"coś się dziać"włochy są piękne a dzięki pani wpisom ciągle wrCAJĄ MIŁE WSPOMNIENIA niestety nie miałam tyle czasu by te wszystkie szczególy uchwycić pozdrawiam serdecznie i czekam na więcej Beata Kosman

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się, jak mogę, ten wpis kończyłam w nocy, bo już nie mam kiedy pisać :)

      Usuń
  5. Jak zawsze uczta dla oczu. Dziękuje Małgosiu.
    Bardzo podobają mi się wszystkie zdjęcia, a rozczuliły mnie te z tatusiami i maleństwami ubranymi, tak jak oni, w stroje z epoki.
    Bajkowo, kolorowo, zmysłowo, smacznie...
    Ahhh, ja też tam chcę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, takie małe berbecie wyglądają rozkosznie, zwłaszcza na rękach przystojnego włoskiego Tatusia :)

      Usuń
  6. Wcale nie dziwia mnie te kozaczki na nogach, pewnie nie sa takie zimowe a jak ladnie prezentuja sie, przestaly byc atrybutem zimy. Przeciekawy reportaz, barwny i przypomina mi moje wedrowanie po Sienie, gdzie tez bylam swiadkiem takich sredniowiecznych parad w czasie palio...pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimowe to te kozaczki na pewno nie są, ale ja absolutny zmarzlak w stopy, nie wyobrażam jednak sobie założyć jakiegokolwiek zabudowanego obuwia, gdy na dworze lato. Od razu miałabym grzybicę nóg :(
      Pozdrawiam cieplutko.

      Usuń
  7. Tradycja, też musi ewaluować. Bo współcześnie inaczej postrzegamy piękno. Nic nie jest takie same, /wyjątek zupa pomidorowa mojej mamy,która zawsze smakuje tak samo/. Oj wesoło było i głośno.Podziwiam entuzjazm.Ale ceramika urzekła mnie, miseczki, polewa,kolory..nie oparłabym się. Już samo miasteczko jest taką naturalną dekoracją. To co roczna impreza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy, o którą imprezę pytasz. Średniowieczna miała swoją drugą edycję i chyba nadal mają ją w planach. Natomiast o sycylijskiej nie wiem, ale na tym placu zdarzają się różnego rodzaju kiermasze, więc nie wykluczam jakiejś powtórki.
      Dobrze, że Cię Pistojczycy nie słyszą z tym "miasteczkiem" , bo to dość spore miasto, jak na toskańskie warunki. Warszawie nie podskoczy, ale taki mój rodzinny Gorzów może powoli czuć oddech Pistoi na plecach z jej liczbą ponad 90 tys. mieszkańców.

      Usuń
  8. Jak zwykle pieknie i ciekawie! Uczta dla oczu i duszy!!! Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Twojego Tate, Mila

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W imieniu Taty dziękuję i sama serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Te kolory.....cudo. Lubię takie imprezy ale tylko oglądać sobie z boku. Faktycznie to okno na plac byłoby idealnym rozwiązaniem.Portrety poruszające. Uwielbiam ludzi tylko mam opory przed ich fotografowaniem , bo ja chyba nie chciałabym ,żeby mnie ktoś szpiegowsko fotografował.Ale robię to , tylko potem mam drugie opory przed publikacją.I Ty stara wyjadaczka dałaś się nabrać na te cuckierasy? To się zdziwiłam. Ja , to normalne. Jem oczami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ci z parady to przyzwyczajeni, że się ich fotografuje.
      Gorzej z "prywaciarzami", ale aż żal nie pokazać takich ciekawych portretów.
      No widzisz, jakoś mnie nie tknęło z tymi rurami, ale to pewnie dlatego, że bardzo chciałam złagodzić Tacie pilnowanie jego diety :)

      Usuń
    2. Maszko, zupełnie zapomniałam, że na konika możesz sobie do woli patrzeć, bo gdy robiłam mu zdjęcie, myślałam o Tobie :)

      Usuń
  10. Pistoia...zapach i urok rozpoczynających się wakacji.Już tak zawsze będę kojarzyć to miejsce. Całuski.
    P.s. Próba nowego konta...czy się uda...3, 2, 1...

    OdpowiedzUsuń
  11. Fiu, fiu, fiu! Co ta Toskania robi z ludźmi, hi hi hi.

    OdpowiedzUsuń
  12. Piękne zdjęcia, zapachy, obrazy. Tylko malować! Jak mawia mój przyjaciel- Twoje zdjęcia to GOTOWE OBRAZY. Pozdrawiam:)p.s. jak dużo bym dała za jedna niedzielę z moim Tatą..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, tematów na obrazy więcej niż życia starczy.
      Rozumiem tęsknotę za taką niedzielą. W pamięci pielęgnuję jedyny pobyt mojej Mamy w Toskanii, jeszcze zanim tu zamieszkałam.

      Usuń
  13. Piękny reportaż....
    A propos Sbandieratori - właśnie w pierwszą sobotę września miałem okazję oglądnąć z rodziną coś podobnego w ...Volterrze. Podobna festa zwana Astiludio... i ten niesamowity odgłos z werbli wśród wąskich uliczek .....

    Ps. a tak przy okazji... w drodze na toskańskie wybrzeże o mały włos nie przystanęliśmy w Pistoi... a właściwie San Pantaleo by osobiście i w naturze oglądnąć obrazy i widoki z kalendarza ks. Krzysztofa, a teraz... trzeba liczyć na szczęście w losowaniu :))))))

    Pozdrawiam serdecznie
    Paweł ze Szczecina

    OdpowiedzUsuń