piątek, 4 stycznia 2008

~ CHLEB ANIOŁÓW


Pod takim tytułem Uffizi zorganizowało wystawę z serii "Nigdy nie widziane". Hmm? Czy dobrze zapisałam? Jak to teraz jest z tymi imiesłowami?
Ale wracając. Otóż, według komentarza poprzedzającego wystawę, rokrocznie na Boże Narodzenie z czeluści magazynów zostają wyciągnięte na światło dzienne dzieła, które nie zmieściły się w salach wystaw stałych. Wstęp wolny!
Zawiesza się te dzieła według jakiegoś klucza. Tym razem była to VII edycja z krótką historią zbawienia. Od zapowiedzi starotestamentalnych aż po Mękę Pańską. Wiadomo, nie wszystko rzuci na kolana, ale zwracam honor Botticellemu za "Madonnę della loggia". Tak jak nie przepadałam za jego malarstwem, tak tutaj napatrzeć się nie mogłam na maestrię pędzla. Właściwie bliższy był Lippiemu niż sobie. Zadziwiająca była też, zwłaszcza ikonograficznie Madonna zapatrzona boleśnie w kielich postawiony w koronie cierniowej, pełen krwi z zanurzonymi weń gwoździami. Długo też stałam przed arrasem z "Ostatnią Wieczerzą" według projektu Alessandro Allori i Francesco Salviati. Zastanowił mnie jeden szczegół, czy człowiek podający kotu jedzenie to Judasz, co miał więcej litości dla zwierzęcia, niż dla swego Mistrza?
Krótki wypad do Florencji uzupełniliśmy zakupami parafialnymi, ale bardzo nietypowymi. Mianowicie wybrałam zestaw farb do malowania twarzy, żeby pomalować dzieci na corocznej zabawie karnawałowej. Zdążylismy wrócić na ciut tylko późniejszy szybki w przygotowaniu obiad - makaron z gorgonzolą. Przy okazji odkryliśmy, że podarowane nam na Boże Narodzenie wino własnego wyrobu to poezja stojąca na granicy wytrawności i słodyczy.
A potem krótki spacer z psami. W oddali kusiły góry nabrawszy świeżej bieli śniegu.
No i jeszcze chciałam przywitać nową czytelniczkę Agę i podziękować za pierwszy komentarz na tym blogu (przy poście pt. "Pada"). Pani Ago, muszę chyba sprostować osąd mojej znajomości języka włoskiego. Gdy tu przyjeżdżałam pół roku temu, trochę rozumiałam, niewiele mówiłam i niewiele ... dotąd się zmieniło. No, powiedzmy, zaczynam się porozumiewać na poziomie bezokoliczników. Rozumiem znacznie więcej. Jest to wina i zasługa tego, że "pod ręką" mam osobistego tłumacza. Poza tym przy dosyć aneksyjnym charakterze poznanych przeze mnie Włochów, wygodnie jest nie umieć języka, by zachować zdrowy dystans. Pozdrawiam Irlandię, w której nigdy nie byłam a słyszałam wiele słów zachwytu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz