niedziela, 13 lipca 2008

Z WIZYTĄ W SZWAJCARII

Tuż za Pescią (odległą od nas o pół godziny drogi) górskie zbocza poobsiadały małe miesteczka.
Źrodła pisane sięgają zazwyczaj IX bądź X wieku. Ale wiadomo, że już wcześniej osiedlili się tam ludzie. Dziesięć miasteczek, ciągle pamiętających średniowiecze, pewien pisarz i ekonomista, mieszkaniec Genewy nazwał na początku XIX wieku Szwajcarią; tak bardzo mu ten fragment Apeninu przypominał rodzinne strony.
Samo dotarcie do informacji o tym miejscu jest ciekawe. Otóż Krzysztof pomógł znajomym Polakom znaleźć niedrogi, jak na warunki toskańskie, apartament. Gospodarze jednego wieczora zorganizowali kolację dla swoich gości no i wiadomo, kto pojechał w roli tłumacza. Szybko role się pozmieniały i została zawarta ciekawa znajomość. Byłam tam pożegnać znajomych Krzysia a przy okazji miałam też niewątpliwą przyjemność poznać gospodarza miejsca. Podczas rozmowy wspomniał nam o pobliskiej Szwjacarii Pesciańskiej (chyba tak należy przetłumaczyć lokalizację?). Ciekawość babska nie pozwoliła mi długo czekać i najbliższą niedzielę dobrym zwyczajem wycieczkowym zaproponowałam wypad do tzw. Dziesięciu Zamków. Zamków to się nie spodziewajcie, bo słowo "castello" może oznaczać rodzaj zabudowy, a nie sam budynek o formie w miarę obronnej.  Co ciekawe, turystów tam jak na lekarstwo. Ani jednego sklepu z pamiątkami. Przyjechaliśmy pod koniec sjesty, toteż żywego ducha się nie widziało. Niemożliwe byłoby spacerowo-refleksyjnie odwiedzić wszystkie miasteczka. Skupiliśmy się więc na trzech. Pozostałe poczekają na kiedyś tam.
Naturalnie od strony Pescii pierwszym "zamkiem" jest Pietrabuona, tylko nie za bardzo umieliśmy znaleźć wjazd na górę. Trafiliśmy zatem do następnego paese, do Mediciny. Zakrętami "zawracającymi" wśród gajów oliwnych wspięliśmy się do kamiennej twierdzy. Obecność tych drzew znaczy, że jeszcze klimat pozwala na ich pielęgnację. Wyżej już ich nie było. Na aż (!) dwóch spotkanych mieszkańców, przez 100% z nich zostaliśmy pozdrowieni jak znajomi. Miłe!
Zdumiewające. Całe miasteczko dla nas. Czasami wręcz można było zajrzeć przez okno. Dom na domu, ciągle jakieś przejścia pod łukami. Tu to można bawić się w chowanego! Przez całe życie!
Wszędzie zieleń w donicach i jedna na dwóch nogach.
No i same kwiatki!
A tu takie drobiazgi: tabliczka z nazwą placu, wycieraczka.
Wracając znaleźliśmy dojście do pierwszej miejscowości Pietrabuona.
Chyba tę zabawę w chowanego można zrobić jako jakiś maraton po wszystkich dziesięciu miejscowościach.
Znowu nieliczni mieszkańcy: jedna pani, która miała cały ogródek ziołowy w donicach oraz dziadek na placu przed kościołem.
Odpowiedział nam "dzień dobry" dopiero, gdy wracaliśmy. Widać musiał przemyśleć, czy warto.
I znowu drobiazgi:
Spostrzegliście już powtarzający się motyw? Psy. Dalej też jeszcze się pojawią.
No i ostatnie paese odwiedzone podczas tej wycieczki o nazwie San Quirico. Nie należy go mylić z tym najsłynniejszym toskańskim San Quirico d'Orcia. Dobrze, że mój blog nie jest popularnym przewodnikiem i niewiele osób go przeczyta, a z nich jeszcze tylko ułamek dojedzie do Toskanii, z czego już maluśki procent mógłby zawitać do "Le Dieci Castella". Jakże inaczej mogłaby się zachować naturalna atmosfera miasteczka?
Widać, że głównym centrum aktywności jest piazza z uroczym źrodłem ujętym w stare kamienne ramy. Jeśli ktoś się nudzi, wystarczy, że chwyci za butelkę plastikową i pójdzie po wodę. Na pewno kogoś tam spotka.
Część placu zajęły dzieci na grę w piłkę. W loggi zasiedli najbardziej wiekowi mieszkańcy.
A do baru zaglądali ci ze średniego pokolenia. Jest to też punkt wypadowy; na kamiennej ławeczce obok mnie przysiadło małżeństwo oczekując na kuzynostwo, by razem pójść. Gdzie? Nie wiem :)
Jak sobie radzą ludzie powyżej 500 m n.p.m.? Ano mają np. skrzyneczkę, do której wrzuca się recepty, by po, najpóźniej, dwóch dniach odebrać lekarstwo. Bez baru ani rusz, ale trzeba połączyć zgrabnie funkcję wyszynku z handlem spożywczym. Poczta jest zbyt ważna, by zjeżdżać na niziny.
Na to wszystko nałożyło się mnóstwo kwiatów, przyjechaliśmy dzień po odpuście na święto patrona, jednego z najmłodszych męczenników San Qurico:
Całe miasteczko wystawiło bukiety, głównie słoneczników. Czasami w wyniku przystrojenia powstawały proste rytmy
Do rytmów dopasowały się dwie dziewczynki oraz w zgrabnym szeregu stojące... krasnale! Czyżby faktycznie jakieś niemiecko-szwjacarskie wpływy?
Wykorzystałam pozostawiony po feście stół i w komfortowych warunkach wykonałam następny do kolekcji szkic.
Wróciliśmy okrężną drogą, by chociaż przejechać koło następnych "szwajcarskich" miasteczek. Nasyceni widokami nie mieliśmy już wielkiej ochoty na żadną nową aktywność. Krzysztof wypożyczył film Leonardo Pieraccioniego pt. "Kocham - we wszystkich językach świata". Lekka komedyjka, ale w tle Pistoia i Giaccherino. No to trzeba zobaczyć! Jakoś sobie dałam radę z językiem. Powinnam pewnie więcej oglądać "włoszczyzny".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz