wtorek, 27 lipca 2010

CZWARTEK 22 lipca i PIĄTEK 23 lipca


A bo już nie mam pomysłów na tytuł a dni mi się nieźle mieszają w głowie i nie panuję nad pamięcią, która płata mi figle splątując wszystko ze sobą. Próbując wyłuskać coś z następnego dnia, odkryłam niewiele. Dziewczyny dalej eksplorowały florenckie muzea, a ja starałam się nadrobić stan świec po dzień wcześniej sprezentowanych Kalabryjczykom. I gdy tak totalnie utytłana parafiną ze zmierzwionym włosem szalałam w ukropie pracowni, przyszedł Krzysztof mówiąc, że ktoś przyjechał po autograf. Déjà vu?
Już tak kiedyś się stało? Wiecie, ile mnie to pokory kosztuje? Zejść taka sauté do ludzi? No zeszłam i ... się zagadałam, a miał być tylko podpis. Słowo do słowa i okazało się, że mamy wspólnego znajomego, któremu o tym powiem osobiście, żeby miał większą niespodziankę.
No i tak sobie w ogrodzie stoimy i się żegnamy a tu wchodzą moje przyjaciółki. Oczy wybałuszyłam, bo przecież miałam je odebrać ze stacji, a nic komórka mi nie powiedziała, że już nadciągają. Myślałam, że aż tak się przejęłam wizytą niespodziewanych gości, że nie usłyszałam sygnału sms. Okazało się, że urządzenie postanowiło wypróbować samodzielność kobiet i te językiem międzynarodowym ręcznym zamówiły telefonicznie za pomocą dwóch włoskich nastolatek taksówkę, którą dotarły na miejsce. Dzielne dziołchy!
W piątek schorowane nogi odmówiły Joli posłuszeństwa, więc została w domu i dużo czasu przesiedziała ze mną w pracowni, rysując, plotkując i kobietkując :) Ja w tym czasie dziergałam prezent dla księdza proboszcza.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza