
Dobre sny zaczynają się od zasypiania, najlepiej przy lekturze książki.
Z oczywistych powodów zostaliśmy w domu. W gronie ciągle rozszerzonym, bo Tatę zatrzymała chmura pyłu wulkanicznego. A że nie umiem siedzieć bezczynnie, więc w oczekiwaniu na transmisję z uroczystości zabrałam się do dawno zamierzonych zmian w wystroju bloga. Oczywiście żaden ze mnie html-owiec, więc skorzystałam z gotowego szablonu. Chciałabym kiedyś zrobić takie tło, jakie sobie wymarzę, ale nie umiem. Już mnie przytłaczał ten rulon, więc dla odmiany słonecznik, coś żywszego, lżejszego, radośniejszego, jakże teraz potrzebnego.
Zdradzę Wam przy okazji, że nowe rysunki na blogu są zapowiedzią drugiej książki.
W końcu też w zakładce u góry umieściłam będący poniekąd moim mottem tekst. Nareszcie zawitała tu "Dezyderata"
zapomniałam napisać ogłoszenie:
JEŚLI KTOŚ JEST W POSIADANIU INSTRUKCJI, JAK SAMODZIELNIE WYKONAĆ TŁO DO BLOGA, TO BĘDĘ BARDZO WDZIĘCZNA ZA JEJ UDOSTĘPNIENIE.
POMYSŁÓW NA SZATĘ GRAFICZNĄ MAM WIELE, ALE MOŻLIWOŚCI ICH PRZETWORZENIA NA CHIŃSKI JĘZYK ZWANY HTML - ZERO
Niezwykłym zbiegiem okoliczności na koniec, mam nadzieję, wydarzeń z ostatnich dni pojechałam do Turynu. Pielgrzymka była zaplanowana oczywiście dużo wcześniej, tylko dzięki Bogu akurat dzisiaj się odbyła. 10 godzin jazdy po to, by przez parę minut stanąć wobec wielkiego znaku cierpienia:
Nie będę tu się rozpisywać o argumentach potwierdzających, bądź przeczących autentyczności Całunu. Zawsze znajdą się te na tak i te na nie.
Jego osoba przyciągała tłumy do niewielkiego Kicina pod Poznaniem. Zmarł dzisiaj dobry ksiądz, dobry człowiek. Fascynował mnie swoją postawą i umiejętnością ujęcia w prostych słowach tego, co wielkie i trudne do objęcia rozumem. Łagodny, mądry, wrażliwy, jednocześnie surowy i wymagający. Ponoć wspaniały spowiednik - ja tego akurat nie doświadczyłam, bo miałam innego. Zaangażowany w prace hospicjum, wykładowca.
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj Mu świeci na wieki wieków.
Amen.
Tak sobie siadłam i myślałam od czego zacząć wpis i jaki to ma być wpis. W końcu doszłam do wniosku, że mimo zaległej jednej wyprawy napiszę najpierw komentarzowisko.
Nie było kiedy o tym wspomnieć chyba, więc tutaj oficjalnie na blogu Widze składam kondolencje z powodu śmierci bliskiej osoby, o czym wspomniała w jednym z komentarzy. A za złożone mi wyrazy współczucia po śmierci Włoszki Anny bardzo dziękuję. To bardzo ważne dla mnie.
A teraz przejdę do wyjaśnienia, czemu Kinga jest przekonana o tym, że druga książka jest lepsza. Otóż nadszedł w końcu czas, bym tu na blogu podziękowała jej przy wszystkich, bo zupełne bezinteresownie pomogła mi w pierwszej korekcie książki. Dokonała tego bardzo sprawnie i w sposób ułatwiający mi wyszukanie miejsc do zastanowienia. Dzięki Kindze odświeżyłam niektóre zasady gramatyczne. Słów mi brakuje na pomoc, jaką mi okazała. Dziękuję też Kindze za zrozumienie tzw. nerwicy organizacyjnej. Właściwie to wydaje mi się nie do pogodzenia jednoczesne bycie gospodynią oraz rozmówcą. Wolę stanowczo to drugie.
Na moją umiejętność posługiwania się językiem włoskim spuszczam zasłonę milczenia.
Miłośniczko włoskiego trudność porozumienia się z Włochami wynika też z tego, że bardzo często oni gdy usłyszą, że dukasz choć trochę w ich ojczystym języku to absolutnie nie starają się zrobić nic, byś ich zrozumiała, ani też nie starają się Ciebie zrozumieć. Przykładem może być słowo, które kiedyś pomyliłam w wymowie affumicata (wędzona) wymawia się afumikata powiedziałam afumiciata i moja rozmówczyni oczy na mnie wybałuszała nie będąc w stanie się domyślić o czym mówię. Ale ja już przestałam się tym przejmować, poza tym opanowałam do perfekcji sztukę udawania, że rozumiem. I jakoś to idzie :) Tłumaczem przysięgłym nie zostanę i nie zamierzam nim zostać.
A teraz o klaunie przed krzyżem, albo wobec krzyża. Otóż tak bardzo byłam zmęczona przed świętami, że opadło mnie refleksyjnie. I mimo, że sama miałam kolorowe dekoracje, i jajka i kwiaty - to pomyślałam, żeby wrócić do starej ilustracji, kiedyś przeze mnie poczynionej i poprosić Was o chwilę zatrzymania się wraz ze mną. Za wszystkie słowa i te "Wesołych świąt" także (bo takie miały być) jestem wdzięczna. Nie chcę wyjaśniać, co miałam na myśli rysując to "wobec". Cieszą mnie interpretacje i pod postem i w mailach.
Agnieszko piszesz, że szkoda Ci że nie umieszczam zdjęć pojedynczych. To była kwestia wyboru. Albo pokazać jak najwięcej, albo czasami długo czekać na wpis. Robienie kolaży pozwala mi na szybkie wprowadzenie zdjęć. Posługuję się starszym edytorem bloggera, który pozwala na jednoczesne wrzucenie jedynie pięciu zdjęć. Przy czym wszystkie zdjęcia są wrzucane automatycznie na początek wpisu i potem dopiero rozparcelowuję je po tekście. Zdarzało się więc, że jeden wpis powstawał dwa dni. Nie mogę sobie na to pozwolić. I tak dzięki wspaniałemu JaSSowi zostało odkryte źródło niepowiększania się zdjęć. Teraz już umiem to ominąć.
Migoshia tak jaja-świece robota własna. Rzutem na taśmę ułatwiłam sobie pracę i wykorzystałam obecne w tym czasie sklepach plastikowe formy do dekupażu.
Toja świece na ołtarzu to moja zmora, dobrze, że się za nie zabrałam dużo wcześniej, okazały się bardzo trudne techniczne. Ciągle mi wszystko opadało, łącznie z rękami.
I teraz może zbiorczo odpowiem na komentarze pod wpisem "Instrukcja". Widzicie, jak to się "opłaca" przeżywać. Tylu ciepłych słów w życiu bym się nie spodziewała. Odezwały się w komentarzach osoby, które dotąd milcząco gościły na blogu. Dostałam wiele maili ze wsparciem. Wzruszałam się aż do łez. Jedno tylko Wam powiem: na nic pisanie, żebym się nie przejmowała. Ja to już taki stwór jestem, że przeżywam. Wyobraźcie sobie, że na pierwszym ogólnopolskim festiwalu teatrów dziecięcych po rozmowie z jurorami spać w nocy nie mogłam. A to dlatego, że nie umiałam od razu przetrawić usłyszanych słów, niestety niektórych boleśnie niesprawiedliwych. Mam duży problem z dyskutowaniem z kimś, kto występuje w roli autorytetu. Zawsze najpierw myślę, że to autorytet ma rację. Wtedy, o zgrozo, w jury zasiadał człowiek, który niemal w każdym spektaklu doszukiwał się pierwiastków seksualnych lub co najmniej erotycznych, w teatrach tworzonych przez maluchy!
Tekst i prezentacja powstałe pod wpływem Pani Małgorzaty Sadowskiej to mój sposób na radzenie sobie z emocjami, to wyrzucenie motyli z żołądka i nazwanie tego, co powinno być nazwane. Nie przychodzi mi to łatwo, bo chyba wielu z Was też miało wpajane w dzieciństwie, że mówienie o sobie samym dobrze nie jest czymś dobrym. W końcu jak by nie było "samochwała w kącie stała". Obecnie trzeba umieć "się sprzedać" a my ciągle czekamy, aż nas ktoś sam odkryje, doceni, pochwali, powie, że to co robimy jest świetne. Sami tylko pracujemy i pracujemy :) Przyznam też, że padły tu ciekawe przypuszczenia dla zaistniałej sytuacji. Ja to jestem prostolinijna baba i ciągle nie mogę uwierzyć, że za takim artykulikiem może kryć się jakieś drugie dno. Nawet o tym nie pomyślałam. Ale to może wiele tłumaczyć, dziękuję za pokazanie mi odpowiedzi na moje pytania. I mimo, że świat obecny twierdzi, że nie ważne jak, byle o nas mówiono, ja się nadal na to nie godzę.
Nie dziwcie się usuniętemu jednemu komentarzowi pod tym wpisem, po prostu zapisał się podwójnie, to nie cenzura. A skoro już mowa o komentarzach. To nie wiem, czy funkcjonuje weryfikacja obrazkowa. Nikt nie narzekał. Włączyłam tę funkcję ze względu na ilość zalewającego mnie spamu.
I to tyle w tym komentarzowisku. Staram się teraz wrócić do codziennego rytmu. Życzę nam jasnych i dobrych dni, pełnych czynów na miarę każdego z nas.
Gdy niemal dwa lata temu umarła moja Mama, umieściłam tu tylko informację, bez słów wyjaśniających. Każdy wie, kim jest Matka. Nie ma takich słów, którymi można opisać Jej stratę.
Dzisiaj brałam udział w pogrzebie kogoś dla mnie bardzo ważnego.
Umarła wspaniała kobieta, która od początku mnie tu serdecznie przyjęła, bezwarunkowo i z głębokim zaufaniem. Znała niewiele słów po angielsku i tymi na początku usiłowała się ze mną porozumiewać. Potem już rozmawiałyśmy po włosku. Dała mi poczucie bezpieczeństwa, że „gdyby coś” to do niej mogłabym się zwrócić o pomoc. To było niezwykle istotne, zwłaszcza przez pierwszy rok mojego pobytu w Toskanii, gdy byłam mało samodzielna i bardzo zależna od mego pryncypała.
Umarł dobry człowiek, nie dający się zwieść pomówieniom rozsiewanym przez ludzi, którzy chcieli wygrać swoje interesy przeciwko Krzysztofowi. Delikatna a zarazem nieugięta, prawa do cna, bez odrobiny fałszu. Pobożna, poświęcająca swój czas na dobroczynność. W chorobie martwiła się bardziej o bliskich niż o siebie. Była tak na nich nastawiona, że niemal brałam ją za niezniszczalną - przynajmniej dopóki żyje jej mąż i jeden syn. Drugiego pochowała wiele lat temu. Mądra, słuchająca, samodzielne kreująca swój świat wartości, nie ulegała wpływom, nie udawała kogoś kim nie była.
Mogłabym jeszcze wiele o niej napisać. Może jeszcze takie drobiazgi, że parokrotnie ją tu wspominałam, gdy obdarowywała mnie prezencikami. Okazywała mi dużo ciepła. To ona jednym ze swoich prezentów - koralami - spowodowała, że rozweseliłam swój sposób ubierania się, poczułam się radośniejsza.
Dzisiaj ją pożegnałam. A podczas homilii usłyszałam słowa o katastrofie prezydenckiego samolotu. Krzysztof dowiedział się o wypadku tuż przed Mszą św. Myślałam, że mój włoski jest tak słaby, że coś pomieszałam. A potem słów już mi zabrakło.
Dlatego pozwolę sobie w języku włoskim napisać tę modlitwę, która pojawia się po ludzkiej śmierci:
L'eterno riposo dona loro, o Signore,
e splenda ad essi la luce perpetua.
Riposino in pace. Amen.
Po jego przeczytaniu zadałam sobie pytanie, co gryzie pani(ą) redaktor, że nie była w stanie przełknąć tego, że pełnię tu funkcję gospodyni księdza, że nie dostrzegła innych aspektów mojego pisania poza tym kim instytucjonalnie obecnie jestem? Funkcja ta oczywiście w żaden sposób nie przysparza mi żadnych kompleksów i nie czyni ujmy na honorze :)
Zastanawiałam się też, co każe tej pani określić stan mojej wiedzy o istnieniu karczochów, rukoli, na zerowy? Czyżby tak trudno rozróżnić pierwsze spotkania smakowe od wiedzy o istnieniu karczochów, rukoli czy świeżo wyciśniętej oliwy? A może dla pani redaktor to jest jednoznaczne, że gdy się wie o istnieniu jakiegoś smakołyku to się i zna jego smak? Tylko jak w Polsce znać smak świeżo wyciśniętej oliwy? Kto przyjeżdżający tu latem pozna smak karczocha? Pewnych rzeczy możemy tylko doświadczyć mieszkając w danym miejscu.
Zastanawiam się też, dlaczego szefowa działu kultury w gazecie nie umie dostrzec mojej fascynacji sztuką zamieniając ją na egzaltację nie wiadomo czym. Dlaczego nie widać w artykule, by zadała sobie pytanie, skąd taka popularność mojego bloga o Toskanii. Czyżby czytelnicy byli aż tak mało wybredni, że wciąga ich faktycznie opowieść pt. "przybyłam, zobaczyłam, ugotowałam, kupiłam?". Tym bardziej, że ja nie przeżywam romansów, nie zmagam się z remontami, nie kupiłam ruiny, nie miałam w ogóle pieniędzy na przeprowadzenie się do Toskanii, zrezygnowałam ze względnej stabilizacji w Polsce na rzecz mieszkania w pobliżu cudów ręką człowieka poczynionych, a taką możliwość dało mi właśnie bycie gosposią księdza, nie "księżowską".
Zresztą o tym kim jestem mogła Małgorzata Sadowska przeczytać w książce. Mogła uważniej czytać książkę, nie tylko poświęcić się wnikliwie recenzjom o niej na merlinie. Do czego trudno było pani się przyznać i zmieniła umiejscowienie opinii Marianny na komentarz pod blogiem.
Czemu o tym wszystkim piszę? Ano nie omdlewam z wrażenia tylko dlatego, że piszą o mnie w gazecie. Lubię rzetelne dziennikarstwo. Z chęcią poczytałabym jakieś obiektywne i krytyczne uwagi na temat mojej książki.
Może coś, co umieściłam w tym wpisie przyda się pani redaktor i czytelnikom artykułu, którzy nigdy tu jeszcze nie trafili, a którym pokazała tak tendencyjny i czasami miałam wrażenie, że cyniczny obraz, nie tylko mojej osoby. Ja po przeczytaniu tego artykułu nie wiem, czy bym się skusiła na kupienie mojej książki.
Wy, którzy już tu od dawna zaglądacie, wybaczcie mi tę osobistą wycieczkę, ale nie ma we mnie zgody na byle jakie dziennikarstwo. Wiecie też, że nie zarobek ani ambicje literackie były głównymi motywami wydania bloga w postaci książki. Po prostu wydanie czegoś swojego autorstwa i trafienie w czyjeś zapotrzebowania to niezwykła przygoda, której nie zepsuje mi pani "zajmująca się" kulturą. A jeśli ma takie problemy z zobaczeniem we mnie kogoś więcej, niż gosposi, to pomocna może się okazać "Mocno skrócona instrukcja obsługi Małgorzaty Matyjaszczyk".
Dlatego z dedykacją dla Małgorzaty Sadowskiej z "Przekroju" umieszczam, co następuje:
Uwaga techniczna: Jeśli film się "ścina", to najlepiej puścić go, niech sobie leci, w tym czasie coś innego sobie zrobić a potem jeszcze raz odtworzyć.