niedziela, 9 maja 2021

PRZYMUSOWA WYCIECZKA

Ten przymus, oczywiście, był jedynie wewnętrzny. 

Tak jak w zeszłym roku podczas lockdownu chodziło za mną morze i Cinque Terre, tak tym razem prześladowały mnie inne wody, bardziej śmierdzące. Osiem lat temu wróciłam z pewnej wycieczki ("Na wstrzymanym oddechu") z mocnym postanowieniem powrotu i poprawy. I tak jakoś mi zeszło, bo wiedziałam, że muszę tam pojechać ciut wcześniej, gdy temperatura na zewnątrz jeszcze nie rozpieszcza, ale i też nie powoduje szoków termicznych. Dano nam żółte światło na przemieszczanie się, odczekałam tylko najgorsze ulewy, wiatry urywające myśli i oto "nadejszła wiekopomna chwila" - jedziemy do Bagni di San Filippo. 

Jeszcze w domu napadła mnie ponura myśl, że zapewne nie pozwolą, że na pewno takie otwarte termy są najbardzej zakaźnym miejscem na świecie, ale nie poddałam się. Na miejscu aut niezwykle mało, właściwie już na ostatnim zakręcie, ale przecież dopiero co nas "uwolnili", więc chyba można? Dochodzimy do miejsca, gdzie należy skręcić w leśną drogę (kierujcie się do Fosso Bianco), a tam bezczelny zakaz. 

Ale jak to? To może zapytamy barmana, czy to jeszcze obowiązuje? Jak dobrze, że w ogóle naprzeciw był bar. Pan ze spokojem stwierdził, wszyscy tam idą, nikt nie robi problemu. No to i ja nie będę takowych stwarzać. 

Pomna swojego błędu sprzed 8 lat zrobiłam zdjęcie mostku, za którym trzeba skręcić w lewo w dół. Tylko, że ten mostek sfotografowałam w drodze powrotnej, ale to już detal. 

Pamiętajcie, jeśli się tam kiedyś wybierzecie! Jeśli nie dla kąpieli, to dla widoku. Za mostkiem w lewo!

Temperatura była wprost idealna - 15 stopni, więc chęć, na wygrzanie kości nie odpuszczała. Powolutku schodziłam do wody, gdy prawe kolano odmówiło współpracy, zgięło się ładnie zmusiwszy mnie do czegoś w rodzaju półszpagatu z wyprostowaną lewą nogą do przodu. Adrenalina i gorące wody siarkowe dopomogły mi w szybkim zapomnieniu o incydencie, ale okazało się, że miał on wpływ na dalszy ciąg wycieczki, o czym niebawem. Na razie moczę się przezadowolona, nieopodal słyszę polskie głosy. 



Rodacy siedzieli niżej, więc może dlatego dodatkowo rozgrzewali się prosecco? 


Wspięłam się do wyższych niecek, bo widziałam tam parę, na dole było mi za chłodno. Dobrze zrobiłam. Posiedziałam, zapomniałam już nawet o lekkim siarkowym smrodzie, obfotografowałam miejsce i zarządziłam odwrót, a raczej następne punkty wycieczki, tym razem przygotowanej przeze mnie. 



Zbliżała się pora obiadowa, już w domu wypatrzyłam, że w Radicofani, do którego zmierzaliśmy, jest otwarta jedna trattoria, na wszelki wypadek zadzwoniliśmy, by spytać się, czy nas nakarmią. Oczywiście! Tylko, że na dworze, bo tak sobie wymyślili łaskawie nam rządzący. W zeszłym roku kazali restauracjom przystosować się do nowych realiów, ludzie zainwestowali w osłony z pleksi, rozrzedzili stoliki, dostosowali się do wszelkich wymogów, potem ich zamknięto zupełnie, a teraz pozwolono na działalność, ale jedynie na zewnątrz. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że nie wszyscy dysponują "zewnętrzem" i że mamy dość chłodny początek maja. Ludzie na samą wieść o nowym zarządzeniu umieszczali w internecie filmiki, jak to się "świetnie" je na zewnątrz, a to w pełnym deszczu, a to podczas silnego wiatru, gdy makaronem rzuca po twarzach. To drugie niemal się spełniło - pierwsza niedziela maja pozostawiła restauratorów bez złudzeń - nie dało się jeść. Po niej uspokoiło się, ale Małgosia nie przewidziała, że Radicofani jest położone na wysokości 900 m n.p.m. Jeśli więc w Bagni di San Filippo panowała idealna temperatura na kąpiele w termach, to 11 stopni na wyższych poziomach nie sprzyjało siedzeniu z mokrymi włosami. Na szczęście były mokre nie przy samej głowie, więc je tak upięłam, żeby nie dotykały ciała, a wokół szyi oplotłam dodatkową bluzkę, którą "na wszelki wypadek" wzięłam. Gdy kelnerka przyjmowała zamówienie, zażartowałam, że z win to najlepiej poproszę o grzańca. Na szczęście, jedzenie było ciepłe, pyszne i pięknie podane. Chcieliśmy jak najbardziej wspomóc lokal, ale ze względu na przyzwyczajenie do diety "mż" nie dalibyśmy rady wszystkim potrawom, zamówiliśmy więc na spółkę przystawki (crostini), drugie (polędwiczki), contorno (ziemniaki pieczone w gniazdku z nie wiem czego) - nigdy nie ma problemu, gdy się poprosi o dodatkowy talerz; pierwszym daniem rozkoszowaliśmy się indywidualnie, Krzysztof tagliatelle z ragù z dzika, ja maltagliati (dosł. źle pokrojonymi), czyli łazankami z kaszy orkiszowej z białym ragù z wołowiny. 




Czegóż trzeba więcej? Wklejam zdjęcie menu, bo jest stałe. 

Na koniec pogadał z nami młody właściciel, który już samodzielnie, bez teściowej (przeszła na emeryturę, ale pomaga) prowadzi Trattorię Le Ginestre da Mimmo.  

Opowiedział o tym, że w zeszłym sezonie miał więcej klientów, niż we wcześniejszych latach, że Radicofani, położone trochę z dala od głównych szlaków turystycznych, przyciąga do siebie sławy chcące uniknąć tłumów. Wśród nazwisk wymienił wielu włoskich aktorów i jednego Anglika - Rowana Atkinsona, czyli Jasia Fasolę. Przyjemnie rozmawiało się z Mimmo, myślę, że z wzajemnością, bo na koniec, po zapłaceniu rachunku, postawił nam limoncello własnej roboty. Wszystko to zapewne zaważyło na tym, że nie dopadło mnie żadne choróbsko. 

Tak zaopatrzeni ruszyliśmy przypomnieć sobie Radicofani, widziane króciutko raz, 13 lat temu (patrz wpis "Pod słońce") . Miasteczko jest widoczne nawet z Pienzy, wyrasta monumentalnie ponad Val d'Orcią,  a jego położenie podkreśla smukła wieża fortecy. 



Każde z miejsc zobaczonych tego dnia, mogłabym określić jedną barwą: 

Bagni di San Filippo to turkus, 

Radicofani - chłodna ciemna szarość, 

Sarteano - niemal miodowe, 

Cetona to złamana biel trawertynu. 

O tych dwóch ostatnich za chwilę, teraz idziemy ciemnymi wąwozami zabudowanymi domami z ciemnej skały magmowej, pasmowanej ciepłymi pasami ceglanymi. 



Zadziwiona byłam, że w porze jeszcze obiadowej mogliśmy zobaczyć wnętrza dwóch kościołów: św. Agaty i św. Piotra. W obydwóch wielkimi rarytasami są majoliki della Robbia oraz drewniane rzeźby. 





W Świętej Agacie może Was zaskoczyć drewniany krucyfiks. Nie, nie; nie swoją obecnością, ta jest oczywista, ale twarzą Chrystusa. Taka kartofelkowa, okrąglutka. 



Dodatkowo drugi, główny kościół miasteczka, ma bardzo ciekawą romańsko-gotycką architekturę. 

Z zewnątrz nic nie zapowiada późniejszego stylu, dopiero po wejściu widać gotyckie sklepienie wpisane w przysadzistość romańskiej bryły. 

Przedziwny pomysł. Niestety nie mieliśmy odpowiednich nominałów, żeby uruchomić automat oświetlający przestrzeń świątyni, odzwyczaiłam się już chyba od zwiedzania przez tę pandemię i nie przygotowałam monet.  Zajrzyjcie też do dobudowanego z lewej strony kościoła oratorium. To kaplica Bractwa Misericordii, na pewno kiedyś służąca głównie celebracjom pogrzebowym.

Oszczędzając kolano nie wcisnęłam nosa w każdy zakamarek, ale dobrze, że zajrzeliśmy w przeuroczy zaułek, miejsce, które kiedyś zamieszkiwała niewielka gmina żydowska. 


Za kwiaty przed jednym z  domów dałabym medal. Wiem, co to znaczy utrzymać tutaj latam rośliny w donicach.

Zaczynało kropić, ale podjechaliśmy jeszcze autem na cmentarz a potem do twierdzy, której już nie zwiedziliśmy. Innym razem. Jednak zatrzymam Was na chwilkę na cmentarzu, gdzie tuż po wejściu z lewej strony ulokowano ossarium, czyli miejsce, gdzie przechowywane są kości, po ekshumacji z ziemnych grobów (zapewne niedawnej, sądząc po zaoranej ziemi w dalszej części cmentarza). 

Cały mur jest równo pocięty na niewielkie komórki, które częściowo są już zapełnione resztkami osób pochowanych w ziemi jeszcze przed wojną. 

Pokazywałam Wam kiedyś taką "destrukcję" na cmentarzu w Prato, nie chcę już się zatrzymywać nad barbarzyńskim charakterem likwidacji starych grobów, ucieszyłam się, że chociaż stare fotografie przetrwały, dając zawsze poruszające mnie świadectwo istnienia poprzednich pokoleń. 

Porusza mnie też, ale negatywnie swoisty utylitaryzm, brak dekoru, czyli kącik w ossarium ze szczotką i szufelką, czy śmietniki dominujące na pierwszym planie. 


Radicofani, mimo niesprzyjającej pogody i ciemnej barwy budulca, sprawiło na mnie dobre wrażenie. Jest coś pociągającego w jego ponurości kolorystycznej, wyrazisty charakter, odróżniający je od wszystkich innych toskańskich miejscowości. Czuć było zadbanie, kilka punktów było dobrze opisanych (po odczytaniu kodu QR). Możecie sobie też przed przyjazdem ściągnąć darmową dwujęzyczną aplikację "Visit Radicofani", żeby nie przegapić skarbów tego zakątka Val d'Orcii. 

Dalsza droga wiodła do Sarteano. 

I nad nim góruje zamek, wiemy od spotkanych włoskich turystów, że  przewodnik świetnie po nim oprowadza. To także odłożone na przyszłość. Mój półszpagat dawał się coraz mocniej we znaki. Jednak kilka uliczek przeszliśmy, kilka miejsc zamknęłam w obiektywie. 







Zapamiętałam donice przystosowane do spadku ulicy, tabliczki na domach wyraźnie wskazujące, że działa tu jakiś ceramik. 




Przysiedliśmy, żeby napić się crodino, bezalkoholowego aperitivo, choć szklanka na to nie wskazywała, bardziej akcentując nasze pochodzenie, niż zawartość.

Ostatnim etapem wycieczki była Cetona, potraktowana już zupełnie po łebkach, ale na tyle, by bardzo zachęcić do powrotu. Nie jestem pewna, czy dobrze odczytałam, jakim kamieniem wyłożone są uliczki i plac Cetony, ale miałam wrażenie trawertynu. Tylko, że to nie jest chyba zbyt trwała skała? Nieważne, jasność barwy podłoża rozświetla Cetonę, dodaje jej splendoru, że nie wspomnę o wielkim placu, który na pewno rozleniwia i odwodzi od wspinania się wzwyż do innych atrakcji miasteczka. 







Cetono! To nie moje ostatnie słowo o tobie, bo już to, co zobaczyliśmy, wyglądało zachęcająco. Muszę tylko przekalkulować czas poświęcony zwiedzaniu danych miejscowości, wliczając w to 4,5 godziny podróży, w tę i z powrotem. 

Wybaczcie nieskończoną ilość zdjęć z uliczkami, ale nie mogę się powstrzymać, zawsze wciągają mnie te biegnące ku jednemu punktowi zapowiedzi czegoś, wyznaczniki, gdzie ma dążyć wzrok, a za nim nogi. Nie umiem się też powstrzymać przed fotografowaniem widoków po drodze, nawet jeśli Krzysztof "niewinnie" pyta, czy dam radę powstrzymać się przed ntym widokiem ze słynnym cyprysowym zygzakiem La Foce. 

Jeśli więc nie macie jeszcze dosyć, zapraszam do obejrzenia albumu 

PRZYMUSOWA WYCIECZKA


KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *