Inna dziedzina, inny sposób prowadzenia, inne lokum, ale ten sam stan wielkiego zadowolenia po zakończeniu.
Miałam o tyle dobrze, że miejsce akcji było o rzut beretem od domu, odpadły inne koszty, jednak porównałam sobie propozycję Joanny z różnymi cenami proponowanymi za kurs gotowania, nie znalazłam nigdzie tak atrakcyjnej oferty. Zazwyczaj godzina nauki kosztuje tyle, co kurs, z którego skorzystałam.
Goście z Polski, mieli zapewniony nocleg w budzącym moją lekką zazdrość gospodarstwie.
Asia zaplanowała też zwiedzanie Florencji, degustację win, pyszne kolacje i oczywiście kurs.
Od czego zacząć?
Od smakowania!
Przecież musimy wiedzieć, w co się "władowałyśmy" :)
Dobrze pomyślane, Asiu!
Zanim zaczęłyśmy zdobywać niezbędną wiedzę i umiejętności, by zabłysnąć w domu kuchnią toskańską, dwa razy spotkałyśmy się (właściwie to spotkaliśmy się, bo było i dodatkowe męskie towarzystwo, niebiorące udziału w samym kursie) przy posiłku.
Najpierw była to kolacja na miejscu zamieszkania uczestniczek kursu.
Co ważniejsze, kolacja została przygotowana przez prowadzącą - Elisę, mogłyśmy więc przekonać się, na jakim poziomie są gotowane przez nią potrawy. Jej kuchnia cieszy się wielkim uznaniem. Jedyny zarzut, z jakim spotkałam się na tripadvisor, to ten że to kuchnia domowa! Ha!
Tego samego dnia pewna grupa obchodziła właśnie w tym miejscu urodziny, była też ekpia gości chyba chrzcielnych, kilkoro turystów i nasza "kulinarna zgraja". Raczej nie męczyli się "domowością" posiłku. Nie czekajcie, że ktoś Wam pokaże menu. Cena jest z góry ustalona, a je się to, co danego dnia serwuje szef kuchni.
Co ważniejsze, kolacja została przygotowana przez prowadzącą - Elisę, mogłyśmy więc przekonać się, na jakim poziomie są gotowane przez nią potrawy. Jej kuchnia cieszy się wielkim uznaniem. Jedyny zarzut, z jakim spotkałam się na tripadvisor, to ten że to kuchnia domowa! Ha!
Tego samego dnia pewna grupa obchodziła właśnie w tym miejscu urodziny, była też ekpia gości chyba chrzcielnych, kilkoro turystów i nasza "kulinarna zgraja". Raczej nie męczyli się "domowością" posiłku. Nie czekajcie, że ktoś Wam pokaże menu. Cena jest z góry ustalona, a je się to, co danego dnia serwuje szef kuchni.
Już wśród przystawek pojawiły się niezwykłe pyszności. Crostini z sosem majonezowym, nazwanym przez Elisę "letnim" oraz absolutnie dla mnie niezwykłe ze względu na niewielkie uczucia, jakimi darzę trufle, kanapki z serkiem, szynką i oliwą truflową. Ja to z zachwytem zjadłam? Więcej, po kursie kupiłam taką oliwę!
Nie mogło zabraknąć makaronów i mięs. A na deser ciepłe pączki, na które przepis potem poznałyśmy, a które pojawiają się w niemal każdej opinii klientów na tripadvisor.
Joanna przywitała uczestniczki bordowymi fartuchami z logo jej firmy oraz naszymi imionami. Do tego własnoręcznie przez nią wykonanym notatnikiem z krótkimi informacjami turystycznym i miejscem na zapiski.
Tylko kto by pomyślał, że poznamy dużo więcej potraw, niż obiecała Asi Elisa? Z moimi kulfonami szybko zabrakło miejsca.
Ale zanim ...
Była wolna niedziela, a ja obiecałam pewnej miłej osobie, że jej pokażę, Bramasole - dom, którego posiadaczką była kiedyś Frances Mayes. Skoro Bramasole - to Cortona. Wybrali się wszyscy, łącznie z jedynym rodzynkiem, towarzyszącym swojej żonie.
Dojechaliśmy niemal w porze obiadowej, więc ...
Po wieczornej kolacji z poprzedniego dnia, posiłek był skromny - dominowały zupy i makarony.
Mniejszymi grupkami ruszyliśmy na spacer, niestety, dość krótki, gdyż zagrzmiało, błysnęło i lunęło.
Schroniłyśmy się w barze, gdzie czas oczekiwania na godzinę zbiórki umilałyśmy sobie rozmowami przy kawie, herbacie i słodkościach.
Najtrudniejsze okazało się dotrzymanie słowa. GPS zwariował, prowadził nas tak wąskimi drogami, że myślałam jednak o wynalezieniu pionowego startu. W końcu zrobiliśmy pętlę i ponownie dojechaliśmy do bram miasta. Postanowiłam, że jednak pewniejszy jest dojazd od strony Sanktuarium. W naszym samochodzie ciągle rozlegał się chichot, a Joanna wróżyła, że gdy zajedziemy na miejsce, zobaczymy dźwig.
Cha! Cha! Cha!
Turlałam się pod parasolką ze śmiechu, gdy naszym oczom ukazał się taki oto widok na Bramasole - obecnie nazywanym Villa Laura.
O samej Cortonie mam zamiar napisać w trochę innym kontekście, więc wybaczcie, że tak niewiele.
Może na razie następna kolekcja kominów?
A potem jeszcze wydłużyła się nam podróż, bo informacje na autostradowych tablicach donosiły wieści o 10 km korku. Nic straconego, przez Chianti świetnie się jedzie, a nasz miły kierowca bardzo sobie chwalił piękną trasę.
Następny dzień jeszcze straszył deszczem. W planach była degustacja w winnicy, gdzie już byłam wiele razy, więc zostałam w domu i ratowałam ogród przed całkowitym zarośnięciem.
We wtorek wyszło słońce, jak na zamówienie, częśc ekipy leżakowała nad basenem, a popołudniem pojechali zwiedzać Florencję.
Grupę oprowadzała Anna Młotkowska (zupełnie nieoczekiwanie zrobiła to o godzinę dłużej - farciarze!), Joanna i ja, wraz z Krzysztofem, wybraliśmy się w tym czasie na wystawę impresjonistów w Palazzo Pitti. Od nich zaczęła się moja miłość do sztuki, więc musiałam sprawdzić, czy nie zardzewiała. Niestety, pokryła się szlachetną patyną sentymentu, bo zachwytem zawładnęły starsze dzieła i ciągle mi stawały przed oczami, nawet gdy ja stawałam przed takimi nazwiskami jak Renoir, czy Cezanne.
Wieczorem wszyscy spotkaliśmy się na kolacji w świetnie opisanej przez Joannę restauracji.
Faktycznie, jedzenie wyborne. Zaskoczyła mnie pappa al pomodoro, którą dotąd nie byłam zachwycona. Bliska byłam spróbowania flaków po florencku, hmm, jeszcze nie nadszedł na nie czas.
W ogóle to tylko próbowałam, mając na względzie, że zazwyczaj nie jem kolacji. Nie oparłam się jednak chociaż plastrowi bistecca alla fiorentina. Tak krwistej nigdy nie jadłam. Okazało się, że gdy wyłączyłam lekki opór, rozsmakowałam się w zestawieniu chrupkiej otoczki ze słodkim i aksamitnym wnętrzem.
Udało mi się zatrzymać na kosztowaniu potraw, więc w miarę dobrze przespałam noc i w środę mogłam z zapałem ruszyć na popołudniowe warsztaty.
Na temat zajęć mogłabym pisać peany, długie, długaśne.
Nie podzielę ich na trzy osobne dni.
Nie opiszę wszystkich potraw.
Spodziewałam się chyba bardziej czegoś w rodzaju szkółki, a uczestniczyłam w symfonii, czasami będąc jej wykonawcą. Myślałam, że będziemy mozolnie wykonywać poszczególne potrawy, ale jak? To nie była kuchnia z programów typu master chef.
Było nas 9 kobiet, plus Asia tłumaczka, no i drobniutka Elisa - królowa! Elisa, która wpuściła nas do swojego królestwa i szczodrze w nim gościła.
Reagowała szybko na każde pytanie, każde zaciekawienie, dodawała sobie pracy, dodawała potrawy, wyszło ich około 20. Do tego jeszcze doliczcie wariacje.
Każdy, kto chciał, mógł czynnie uczestniczyć w powstawaniu dania, ale można też było być tylko obserwatorem. Myślę, że nikt nie czuł się do niczego przymuszony.
Dwoiłam się i troiłam, by robić zdjęcia, zapisywać wszystko szczegółowo, zapytać w razie wątpliwości, spróbować coś pokroić, rozwałkować, zamieszać.
Każda powstała potrawa została przez nas skosztowana. Dodajcie to tego jeszcze absolutnie nieprzewidzianą programem kawę, prosecco w chwili przerwy.
Nie zostawałyśmy z Asią na kolacjach, bo chyba byśmy skonały, a odmówienie sobie pyszności przechodziło nasze możliwości.
Teraz pozostaje mi samej, we własnej kuchni, wykonywać poznane potrawy.
Jednego dnia wybrałyśmy się z niektórymi dziewczynami do lokalnej palarni kawy oraz sklepu ze szkłem. O tym drugim już pisałam, a palarnia jest bardzo blisko od mojego domu, w niej kupuję kawę dla Krzysztofa, lecz nie mam pojęcia, czy najlepszą, bo zawsze jest to 100% arabica, najsłodsza (tak określa ją sprzedawca). Sama z rzadka piję, ale w niedzielę, przed wyjazdem do Cortony, gościłam większość kursowej ekipy i kawa bardzo im smakowała, więc chyba warta polecenia, mimo mało włoskiej nazwy New York.
Ah! Zupełnie zapomniałabym dodać, że w ramach kursu spotkałyśmy się z Elisą na rynku, by nam pomogła kupić interesujące nas produkty.
Kupiła też cardo, którym kilka z nas się zainteresowało. Jeszcze tego samego dnia pokazała nam, jak można je podawać. Akurat tą potrawą nie byłyśmy zachwycone, choć od razu poznałyśmy wersję panierki użytej do cardo w zestawieniu z cukinią i prawdziwkami. To było to!
"To było to!" - mogę też ze spokojnym sumieniem napisać o kursie. Jako były belfer doceniłam dar Elisy, jej cierpliwość w opisie wykonania potrawy, tłumaczeniu, co i jak się robi, i dlaczego. Zdradziła nam swoje kulinarne sekrety, a wszystko to z uśmiechem i pasją.
Dodatkowo jestem dumna, że to wszystko zorganizowała moja przyjaciółka - Joanna z VisiToscana.
I nie traktujcie tego wpisu jako kryptoreklamy. Ja otwarcie reklamuję kurs, bo wart dużo większych pieniędzy, a Asia jako organizator spisała się wybitnie.
Nie mogło zabraknąć makaronów i mięs. A na deser ciepłe pączki, na które przepis potem poznałyśmy, a które pojawiają się w niemal każdej opinii klientów na tripadvisor.
Joanna przywitała uczestniczki bordowymi fartuchami z logo jej firmy oraz naszymi imionami. Do tego własnoręcznie przez nią wykonanym notatnikiem z krótkimi informacjami turystycznym i miejscem na zapiski.
Tylko kto by pomyślał, że poznamy dużo więcej potraw, niż obiecała Asi Elisa? Z moimi kulfonami szybko zabrakło miejsca.
Ale zanim ...
Była wolna niedziela, a ja obiecałam pewnej miłej osobie, że jej pokażę, Bramasole - dom, którego posiadaczką była kiedyś Frances Mayes. Skoro Bramasole - to Cortona. Wybrali się wszyscy, łącznie z jedynym rodzynkiem, towarzyszącym swojej żonie.
Dojechaliśmy niemal w porze obiadowej, więc ...
Po wieczornej kolacji z poprzedniego dnia, posiłek był skromny - dominowały zupy i makarony.
Mniejszymi grupkami ruszyliśmy na spacer, niestety, dość krótki, gdyż zagrzmiało, błysnęło i lunęło.
Najtrudniejsze okazało się dotrzymanie słowa. GPS zwariował, prowadził nas tak wąskimi drogami, że myślałam jednak o wynalezieniu pionowego startu. W końcu zrobiliśmy pętlę i ponownie dojechaliśmy do bram miasta. Postanowiłam, że jednak pewniejszy jest dojazd od strony Sanktuarium. W naszym samochodzie ciągle rozlegał się chichot, a Joanna wróżyła, że gdy zajedziemy na miejsce, zobaczymy dźwig.
Cha! Cha! Cha!
Turlałam się pod parasolką ze śmiechu, gdy naszym oczom ukazał się taki oto widok na Bramasole - obecnie nazywanym Villa Laura.
O samej Cortonie mam zamiar napisać w trochę innym kontekście, więc wybaczcie, że tak niewiele.
Może na razie następna kolekcja kominów?
A potem jeszcze wydłużyła się nam podróż, bo informacje na autostradowych tablicach donosiły wieści o 10 km korku. Nic straconego, przez Chianti świetnie się jedzie, a nasz miły kierowca bardzo sobie chwalił piękną trasę.
Następny dzień jeszcze straszył deszczem. W planach była degustacja w winnicy, gdzie już byłam wiele razy, więc zostałam w domu i ratowałam ogród przed całkowitym zarośnięciem.
We wtorek wyszło słońce, jak na zamówienie, częśc ekipy leżakowała nad basenem, a popołudniem pojechali zwiedzać Florencję.
Grupę oprowadzała Anna Młotkowska (zupełnie nieoczekiwanie zrobiła to o godzinę dłużej - farciarze!), Joanna i ja, wraz z Krzysztofem, wybraliśmy się w tym czasie na wystawę impresjonistów w Palazzo Pitti. Od nich zaczęła się moja miłość do sztuki, więc musiałam sprawdzić, czy nie zardzewiała. Niestety, pokryła się szlachetną patyną sentymentu, bo zachwytem zawładnęły starsze dzieła i ciągle mi stawały przed oczami, nawet gdy ja stawałam przed takimi nazwiskami jak Renoir, czy Cezanne.
Wieczorem wszyscy spotkaliśmy się na kolacji w świetnie opisanej przez Joannę restauracji.
Faktycznie, jedzenie wyborne. Zaskoczyła mnie pappa al pomodoro, którą dotąd nie byłam zachwycona. Bliska byłam spróbowania flaków po florencku, hmm, jeszcze nie nadszedł na nie czas.
W ogóle to tylko próbowałam, mając na względzie, że zazwyczaj nie jem kolacji. Nie oparłam się jednak chociaż plastrowi bistecca alla fiorentina. Tak krwistej nigdy nie jadłam. Okazało się, że gdy wyłączyłam lekki opór, rozsmakowałam się w zestawieniu chrupkiej otoczki ze słodkim i aksamitnym wnętrzem.
Udało mi się zatrzymać na kosztowaniu potraw, więc w miarę dobrze przespałam noc i w środę mogłam z zapałem ruszyć na popołudniowe warsztaty.
Na temat zajęć mogłabym pisać peany, długie, długaśne.
Nie podzielę ich na trzy osobne dni.
Nie opiszę wszystkich potraw.
Spodziewałam się chyba bardziej czegoś w rodzaju szkółki, a uczestniczyłam w symfonii, czasami będąc jej wykonawcą. Myślałam, że będziemy mozolnie wykonywać poszczególne potrawy, ale jak? To nie była kuchnia z programów typu master chef.
Było nas 9 kobiet, plus Asia tłumaczka, no i drobniutka Elisa - królowa! Elisa, która wpuściła nas do swojego królestwa i szczodrze w nim gościła.
Reagowała szybko na każde pytanie, każde zaciekawienie, dodawała sobie pracy, dodawała potrawy, wyszło ich około 20. Do tego jeszcze doliczcie wariacje.
Każdy, kto chciał, mógł czynnie uczestniczyć w powstawaniu dania, ale można też było być tylko obserwatorem. Myślę, że nikt nie czuł się do niczego przymuszony.
Dwoiłam się i troiłam, by robić zdjęcia, zapisywać wszystko szczegółowo, zapytać w razie wątpliwości, spróbować coś pokroić, rozwałkować, zamieszać.
Każda powstała potrawa została przez nas skosztowana. Dodajcie to tego jeszcze absolutnie nieprzewidzianą programem kawę, prosecco w chwili przerwy.
Nie zostawałyśmy z Asią na kolacjach, bo chyba byśmy skonały, a odmówienie sobie pyszności przechodziło nasze możliwości.
Teraz pozostaje mi samej, we własnej kuchni, wykonywać poznane potrawy.
Jednego dnia wybrałyśmy się z niektórymi dziewczynami do lokalnej palarni kawy oraz sklepu ze szkłem. O tym drugim już pisałam, a palarnia jest bardzo blisko od mojego domu, w niej kupuję kawę dla Krzysztofa, lecz nie mam pojęcia, czy najlepszą, bo zawsze jest to 100% arabica, najsłodsza (tak określa ją sprzedawca). Sama z rzadka piję, ale w niedzielę, przed wyjazdem do Cortony, gościłam większość kursowej ekipy i kawa bardzo im smakowała, więc chyba warta polecenia, mimo mało włoskiej nazwy New York.
Ah! Zupełnie zapomniałabym dodać, że w ramach kursu spotkałyśmy się z Elisą na rynku, by nam pomogła kupić interesujące nas produkty.
Kupiła też cardo, którym kilka z nas się zainteresowało. Jeszcze tego samego dnia pokazała nam, jak można je podawać. Akurat tą potrawą nie byłyśmy zachwycone, choć od razu poznałyśmy wersję panierki użytej do cardo w zestawieniu z cukinią i prawdziwkami. To było to!
"To było to!" - mogę też ze spokojnym sumieniem napisać o kursie. Jako były belfer doceniłam dar Elisy, jej cierpliwość w opisie wykonania potrawy, tłumaczeniu, co i jak się robi, i dlaczego. Zdradziła nam swoje kulinarne sekrety, a wszystko to z uśmiechem i pasją.
Dodatkowo jestem dumna, że to wszystko zorganizowała moja przyjaciółka - Joanna z VisiToscana.
I nie traktujcie tego wpisu jako kryptoreklamy. Ja otwarcie reklamuję kurs, bo wart dużo większych pieniędzy, a Asia jako organizator spisała się wybitnie.








