sobota, 15 czerwca 2019

ANECZKOWE WAKACJE cz.3

Niewiele się nazwiedzała Aneczka, jak na dwa tygodnie pobytu u nas.
Ciągle tylko patrzyłyśmy na prognozy pogody.
Widząc, że w dniu powrotu Krzysztofa słońce ma nas łaskawie nawiedzić, z ochotą zadeklarowałam odbiór z lotniska, niecnie chcąc wykorzystać sposobność na zwiedzenie Bolonii. Dobrze, że samolot lądował popołudniu, miałyśmy trochę czasu na posmakowanie miasta.
Najpierw jednak należało znaleźć parking, najlepiej od strony lotniska.
Wyszukałam świetną opcję. Zostawia się auto na Parcheggio Tanari, kupuje się bilet komunikacji miejskiej, wjeżdża w samo centrum miasta, by po powrocie okazać go w kasie i nic nie płacić za pozostawienie pojazdu. Dodam, że we Florencji jest teraz podobnie, z tym, że za parking (nieopodal lotniska) płaci się 1 euro za cały dzień. Koszt biletów w tę i z powrotem, w obydwóch miastach, 3€ od osoby. Parking Tanari jest duży, więc odpada zmartwienie, że się nie znajdzie wolnego miejsca. 
W Bolonii pozwoliłyśmy sobie na wejście do trzech wnętrz: do Teatru Anatomicznego, Santa Maria della Vita i kompleksu Santo Stefano. 
W pierwszym pomieszczeniu nie robiłam zdjęć, jeśli ktoś chce wiedzieć o czym pisze, odeślę do opisu wycieczki pt. Babska Bolonia (16 marca 2014 roku). 
Właściwie to mogłabym nie pokazywać żadnych zdjęć, bo przecież wtedy miałyśmy kilka dni na poznanie miasta, tym razem nie zobaczyłam nic nowego (poza pewnym detalem, o czym później). Nie dlatego jednak nie mam zdjęć z Teatru Anatomicznego, po prostu zasłuchałam się w to, co mówią innym grupom przewodnicy, potem tłumaczyłam Aneczce włoski opis. 

"Compianto sul Cristo morto" Niccolo dell'Arca w Santa Maria della Vita nie wymagało tłumaczenia, za to wymagało opłaty wejściowej. Nie dziwię się, bo przecież trzeba pokryć koszty zbudowania we wnętrzu świątyni ohydnej budy z pleksi, w której siedzi pan bileter, jegoż samego oraz drugiego pana stojącego tuż obok, pełniącego funkcję wpuszczacza. 
Na szczęście, gdy stanie się przed niezwykłą grupą rzeźbiarską, zapomina się o absurdach codzienności. 
Miałyśmy ten komfort, że byłyśmy same, mogłam więc dowoli przyjrzeć się każdemu grymasowi, każdemu układowi rąk opłakujących zmarłego Chrystusa. 












Na koniec pojawiły się dwie turystki i posłużyły mi za miernik proporcji.


Potem bardzo powolnym spacerem ruszyłyśmy do Bazyliki Santo Stefano, na chwilę zatrzymując się na pyszną piadinę. 
Zrobił się zupełnie przyzwoity upał, więc Santo Stefano uraczyło nas chłodem murów i pięknem średniowiecza.











Resztę czasu wypełniły nam rytmy, rytmy podcieni, rytm lasek niewidomych osób (musi być w pobliżu jakiś ośrodek), rytm naszych własnych kroków i zachwytów.






Wśród wielu znanych detali moją uwagę przykuł jeden (dla mnie) nowy typ - dziurka na klucze, a raczej jej okucie. Po zobaczeniu pierwszej takiej, zaczęłyśmy wręcz polować na następne. 










No, dobra, kołatkom też się nie oparłam.




I właściwie na tym można by zakończyć spis wycieczek.
Pogoda i inne zajęcia nie pozwoliły na więcej, poza jeszcze jednym krótkim wypadem do Florencji, w której odkryliśmy (po wpisaniu do google'a włoskiej frazy "swojskie jedzenie") najbardziej ekonomiczną, a zarazem godną polecenia knajpkę "Il Contadino".


Serio? To wszystko? A, nie! Zupełnym rzutem  na taśmę, mimo niepogody odkryłam perełkę, ale o tym w następnym wpisie. 

kliknij, by zobaczyć ZDJĘCIA Z WSZYSTKICH WYCIECZEK



wtorek, 11 czerwca 2019

ANECZKOWE WAKACJE cz.2

Takich klasycznych wycieczek to właściwie odbyłyśmy dwie i pół, no, trzy, jeśli się ktoś uprze. Ale gdyby liczyć godziny, to jedną, pełnodniową. Więcej dobrej pogody nie było, albo sposobności.
Zaczęłyśmy mocnym uderzeniem: San Gimignano, Volterra i Lajatico.
W San Gimignano zjadłyśmy zadziwiająco dobry obiad; zadziwiająco, bo nie chciało nam się niczego szukać, więc siadłyśmy w pierwszej knajpce wiodącej z dalekiego parkingu do centrum.



Potem wolno snułyśmy się po miasteczku, w którym akurat zwijały się kramy, pierwszy raz przeze mnie tam widziane.



Nawet udało mi się dobry obrus zakupić, zanim zwinięto stragan.
Jeśli San Gimignano to obowiązkowo lody.

Na początku mojego pobytu w Toskanii zastanawiałam się, czy mi kiedyś przejdą zachwyty nad miejscem zamieszkania. Bez obaw! Mogę wracać wiele razy nawet do największych hitów turystyki. Patrzę z ciągłą świeżością, zarówno na detale, jak i na ogólne widoki. Nie nudzą się, więc mogę śmiało przewidywać, że tak pozostanie.














Droga do Volterry sama w sobie jest przebojem turystycznym. Poczynając od niesamowitego widoku na dopiero co opuszczone San Gimignano, przez wzgórza, po słynne koło wykonane z blachy corten.

Tak dawno nie jechałam tą drogą, że zapomniałam o dostępności koła i długą chwilę zastanawiałyśmy się z Aneczką, jak dotrzeć do innego, widzianego z oddali, które po zmianie kąta obserwacji okazało się elipsą.


To mi przypomniało, że tych instalacji współczesnego artysty Mauro Staccioli można odkryć więcej. Może kiedyś? Myśmy zatrzymały się pod regularnym kołem, podziwiając nie tylko grę widoków z okrągłą ramą, zastanawiałyśmy się także, czy różowe kwiaty są tubylczymi storczykami.




Po bliższym się im przyjrzeniu mam wrażenie, że to jakieś malusie mieczyki. Ale głowy za to nie dam sobie uciąć.
Jeśli chodzi o program na Volterrę, nie wykazałyśmy się żadną oryginalnością. Może ciut więcej zaglądnęłyśmy do wnętrz.







Na placu przy ratuszu stanęły widziane wcześniej na drodze stare auta.

To był zorganizowany wyjazd jakiejś francuskiej grupy pasjonatów starych pojazdów.






W końcu zobaczyłam warsztat obróbki alabastru, wcześniej zatrzymywało mnie tylko okno z rzeźbami.












Robiło się już chłodno, miałyśmy w planach jeszcze jedno miejsce, więc dość pobieżnie potraktowałyśmy Volterrę. 








Po pewnym czasie widziałyśmy ją już tylko z oddali.


Do tego miejsca dojechałyśmy dzięki mojemu niedowierzaniu. Jest to podpowiedź i dla Was. Jeśli zobaczycie szlaban i zakaz zjazdu z ronda na drogę, która ma Was prowadzić do celu, wystarczy objechać rondo dwa razy, podjechać wymownie do stojącego tam robotnika, a ten bez wymiany ni jednego słowa, sam odsunie szlaban i pozwoli przejechać. 

Na koniec wycieczki zakłóciłyśmy ciszę Teatru Ciszy w Lajatico. Właściwie to skuteczniej konkurował z nami bzyczący dron. Podejrzewam, że jego właściciel nie był zbytnio szczęśliwy z powodu naszego pojawienia się. Zapewne zakłóciłyśmy mu czystość ujęć tego niezwykłego krajobrazowo miejsca. Szybko poczułyśmy się usprawiedliwione, gdy tuż obok nas zaparkowała pani z psem.
Dron w końcu poleciał w słusznym kierunku, nieważne jakim, grunt, że go nie było słychać, a myśmy mogły  rozkoszować się widokami.






Przyjrzałyśmy się też nowej aranżacji stawu. Tym razem na jego środku postawiono współczesną interpretację Piety Michała Anioła.






Ociągałyśmy się przed powrotem do domu, natchnione widokami miałyśmy wrażenie, że i nasze autko stało się dronem pozwalając nam dryfować głowami w obłokach.