Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 stycznia 2012

ZIMOWE NIEDZIELNE POPOŁUDNIE

Tytuł wpisu to pierwsze myśli przy planowaniu wycieczki.
Zimowe, znaczy "raczej wnętrza".
A gdzie? A co? Może nie za daleko, bo jeśli do dyspozycji jest tylko popołudnie, to czasu niewiele, szybko zapada zmrok.
Jakiś kościół? To też następne ograniczenie - godziny otwarcia.
Decyzja podjęta: kierunek Lucca.
Ale nie zdradzę w tym wpisie, który kościół.
Zapraszam na krótki spacer po Lukce. Oczywiście to tylko drobiazgi, bo spacer długi nie był. Poza tym na wielu uliczkach kłębiły się tłumy spacerowiczów i łowcy wyprzedaży, co utrudniało poruszanie się po zabytkowym centrum.
Weszliśmy zwyczajowo już przez Porta San Donato. Niebawem zaczepiła nas reklama zachęcająca do zwiedzenia żłobka "Ground Zero". Przyznam szczerze, że mimo poruszenia wydarzeniami z 11września 2001 roku, nie lubię nadużywania tego tematu. Ciekawość jednak wzięła górę, zwłaszcza, że instalacja była do obejrzenia w kościele niedostępnym dla zwiedzających. Właściwie to nie ma co się dziwić, że wnętrze natchnęło twórców w takim kierunku tematycznym. Byłam bardzo przejęta pogłębionym przez scenografię wrażeniem ruiny. Jakoś mniej mnie przejmowały te sztuczne ruiny, za to opuszczenie, zaniedbanie w świątyni były mocno, mocno smutne. Ale, jak przystało na tubylców, wszystko zrobiono z pompą. Czekaliśmy dłużej, niż oglądaliśmy cały zamysł. Towarzyszyły nam profesjonalnie przygotowane efekty światła i dźwięku. A gdzie w tym wszystkim Boże Narodzenie? Cała nawa wypełniona jest sztucznymi ruinami i tablicami upamiętniającymi różne miejsca związane z zamachami. Idziemy w kierunku ołtarza, gdy gaśnie światło i z ciemności, przy dźwiękach pompatycznej muzyki, powoli ukazują się klasyczne figury ze żłobka. A za nimi powoli widać barkowe fragmenty ołtarza i kopułę. Hmmm.
I my jeszcze za to zapłaciliśmy?
Ruszamy dalej. Pod Kościołem Św. Michała następna szopka. Mocno rozbudowana, z kawałkiem prawdziwej winnicy, drzewami oliwnymi i cytrusowymi. Figury z masy papierowej, naturalnej wielkości takie nieładne, że trudno o wzruszenie tajemnicą Narodzenia. Ależ się marudna zrobiłam, co? Wybaczcie, ale nie mogę się zachwycić. Jeszcze Maryja, no może nieszpetna, ale ten róż na twarzy?
Tym bardziej, gdy pomyślę, że kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Viareggio,  niedługo zaczną się karnawałowe parady mistrzowskich olbrzymich konstrukcji z użyciem papieru, to nie wierzę, że tylko tyle można było zrobić.
No to może jakieś inne obrazki spacerowe?
Takie, żebym nie narzekała? Nowe detale, nowe miejsca. Nowe dla mnie. Niewiele ich, bo to wszak było zimowe, niedzielne popołudnie.
Wiele miejskich pałaców ma olbrzymie okna, z konsolkowo wykończonymi parapetami. Zaczęłam im się przyglądać, co za wyobraźnia! 
Albo ta scenka w podcieniach. Co robią ludzie na zdjęciu? Oglądają mecz! Rzecz jasna większość tej grupy to mężczyźni. Żebyście widzieli, co się działo, gdy gol padł. Nigdy tego nie zrozumiem, ale z zaciekawieniem oglądam. Oczywiście nie TV, tylko oglądających.
A ta nieostra fotografia nie świadczy o szybkiej jeździe na rowerze, tylko o słabym świetle zmierzchu i moim braku refleksu.
A na koniec pomnik.
Wiele osób kojarzy Lukkę z Puccinim, i prawidłowo. Tak bardzo głośno wokół jego nazwiska, że gdzieś umyka inny muzyk, umyka nawet dosłownie na mniejszy plac, umyka ze swoim pomnikiem. To Luigi Boccherini. Urodzony w Lukce. Dlatego zapraszam wszystkich do menueta w oczekiwaniu na opis kościoła, który zwiedziliśmy.

niedziela, 24 lipca 2011

PORANEK W ŚWIĘTYM KAMIENIU

W piątek Krzysztof miał służbową sprawę wyjazdową w Marina di Massa. Skoro już jechał, to się podpięłam i poprosiłam o wysadzenie ciut wcześniej. Morze jakoś mnie nie ciągnęło. Za to Święty Kamień tak, czyli Pietrasanta, gdyż tak się ją tłumaczy na nasz język.
O 8.30 byłam już na miejscu.
Od razu pognało mnie do katedry. Przyznam, że spodziewałam się większego ach i och! Ale to przez wzgląd na sąsiednią Carrarę. Odpuszczając sobie pamięć o tamtejszej świątyni, skupiłam się na dobrach zastanych.
No więc Duomo pod wezwaniem św. Marcina w Pietrasanta:
Pierwsze wzmianki sięgają XIII wieku, prace nad budową ukończono w XIV. Już elewacja frontowa zapowiada kościół trzynawowy o charakterze bazylikowym (czyli nawa główna wyższa). Nad wejściami witają nas płaskorzeźby. W lunecie nad głównym portalem Ukrzyżowanie, po prawej stronie Pieta, a po lewej Zmartwychwstanie. Niemal na doczepkę w miejscu dla mnie niewyjaśnialnym widnieje jeszcze płaskorzeźba Jana Chrzciciela. Niewyjaśnialne, dlatego, że lokacja zdaje się nie wypływać z podziałów architektonicznych. Nad głównym portalem widać herb papieski, ale nie wiedziałam, którego z trzech papieży pochodzących z rodu Medyceuszy dotyczy, bo wszyscy mieli ten sam herb (Leon X, Leon XI i Klemens VII). Potem doczytałam, że Leona X. Powyżej papieskiego znaku władzy pyszni się wspaniała rozeta, swoją wielkością równoważy otwory wejściowe i zabiera część bieli z fasady.
Ta biel to element decydujący o zaskoczeniu pojawiającym się przy pierwszym zetknięciu z wnętrzem. Zupełnie dwa różne światy! Ciemne marmury, freski monochromatyczne z XIX wieku (swoją drogą fantastycznie namalowane) każą przystanąć i oswoić się z widokiem. Ciekawe, bo na zdjęciach przestrzeń wydaje się być przepełniona światłem i ciepłymi barwami, co mnie tym bardziej przekonuje do stwierdzenia wpływu kontrastu na moje postrzeganie.
Jak przystało na świątynię przy wejściu czekają dwie piękne misy - olbrzymie kropielnice z wodą święconą. W jednej pławi się Jan Chrzciciel, w drugiej przycupnął niezły bobas, a u jego nóg pływają ryby, oczywiście też marmurowe. Obydwa obiekty wyrzeźbił Stagio Stagi. Specjalnie piszę to nazwisko, bo jeszcze raz  pojawi się w tym wpisie.
Teraz idźmy dalej, w głąb nawy. Pośrodku jej długości pyszni się wyrzeźbiona przez trzech artystów (dwóch z XV wieku), rzeźbiący w XVI wieku porwał się na stworzenie finezyjnych schodów w jednym kawałku marmuru (!). Mogłabym długo krązyć wokół samej ambony zapominając o reszcie świątyni. Nie odpuściłam detalowi, a żeby w obiektyw nie wchodziła mi tabliczka z zakazem wejścia na schody, odważyłam się nawet na jej przestawienie. Dla mnie to jest objaw odwagi, bo ja raczej strasznie praworządna jestem i gdy ktoś coś ustawi, to nie śmiem tykać. Lecz dla uwiecznienia tego dzieła nie wytrzymałam i przełożyłam stojak na czas wtykania nosa i aparatu w każdy szczegół rzeźbiarski. Może nie jest to tak mocno rozbudowana ikonografia, jak przy ambonach Pisano, ale któryż kościół odmówiłby przygarnięcia tej wspaniałości?
W końcu zmusiłam się do oderwania od ambony i ruszyłam dalej. Starałam się cichutko myszkować po kościele, żeby nie przeszkadzać starszemu mnichowi modlącemu się przed głównym ołtarzem, nad którym umieszczono drewniany krzyż z XVII wieku, tak oświetlony, iż zdaje się, że po jego bokach stoją krzyże łotrów.
Do lewej kaplicy też nie zajrzałam, bo tam przed Najświętszym Sakramentem modliły się poranne babcie. Z kolei w prawej kaplicy miałam nadzieję zobaczyć patronkę miasta i gminy Pietrasanta - Madonnę Słońca z XV wieku. Niestety obraz pogrążony był jeszcze w głębokim śnie, przykryty kołderką - zasłoną.
Zbliżała się pora porannej Mszy św. więc z lekkim ociąganiem się wyszłam na zewnątrz.
Siadłam do napisania tego wpisu i jestem tak samo rozdarta, jak na placu, bo nie wiedziałam co robić, malować czy się gapić, teraz nie wiem, o czym najpierw pisać, bo pewne rzeczy działy się symultanicznie. Krople deszczu rozwiązały część problemu. Upatrzona ławeczka nie miała żadnego zadaszenia, więc przemykając się pod murami przetrwałam dzielnie najazd chmur. Sine kłęby na niebie odpuściły ustępując błękitowi i bieli.
Zaraz przy katedrze stoi zaskakująco nieskończona dzwonnica. Surowe cegły wystające z lica muru wyraźnie wskazują na plan użycia marmuru. Czemu tej wysokiej na 36 metrów konstrukcji nie dokończono? Wszak materiału nie brakuje z racji pobliskich złoży marmuru.
Prostopadle do pierzei z katedrą stoi następna słusznej wielkości świątynia, zwana Oratorium św. Hiacynta, lecz częściej określana jako baptysterium lub kościół św. Augustyna. Jeśli taką funkcję pełnił ten budynek to tym samym powiększa liczbę oddzielonych od budynku katedry baptysteriów w Toskanii do pięciu (pozostałe: Florencja,  Pistoia, Piza,Volterra). Niestety świątynia była zamknięta, niestety bo ma dwie chrzcielnice z XIV wieku. Za to obok odkryłam wejście do krużganków, obecnie okupowanych przez rzeźby i krzesła czekające na koncert. Na niektórych ścianach zachowały się XVII-wieczne freski  poświęcone życiu św. Augustyna. Jedne z drzwi prowadzą do muzeum archeologicznego i centrum kultury. Dobrze jest wyjść nimi i zobaczyć gipsowe odlewy rzeźb rozsianych po całym świecie. Zdjęcie jednej z nich zrobiłam specjalne dla Ciebie Kingo :) Swoista odpowiedź na określenie naszego przewodnika z Chianti jako "ciacha". Tutaj masz samą bitą śmietanę :)
Wróćmy na Piazza Duomo, po lewej stroni baptysterium pnie się droga ku twierdzy, której mury kusiły z dołu. Twardo jednak trzymałam się walizeczki. Zatrzymałam się więc na chwilę w zakątku przy teatrze. Nie wzruszył mnie nadąsany Leopold II, że też mu się chce takim być?! Marzocco na kolumnie przypomina czasy dominacji Florencji nad miastem.
Po drugiej stronie placu kuszą machikuły. Chciałoby się mieszkać w domu z taką ozdobą. Po przejściu przez bramę okazało się, że od tyłu ten budynek zachował jeszcze bardziej warowny wygląd.
Zaraz przy nim przycupnął inny dom, niepozwalający mi ominąć istotnej cechy Pietrasanty jako mekki rzeźbiarzy. Nie da się tego nie zauważyć, nie da się o tym nie wspomnieć. Jest to jedyny warsztat rzeźbiarski, który zobaczyłam, ale nawet nie domyślam się, ile jest ich w okolicy, łącznie z tym znanym należącym do Igora Mitoraja. Na budynku umieszczono cztery medaliony, trzy postacie znałam, ale kim był Stagio? Wszystko jasne, to ich rodzimy rzeźbiarz, autor między innymi kropielnic z katedry.  Wspomina o nim Vasari w uzupełnieniu do "Żywotów". Określa go jako wyśmienitego rzeźbiarza z XV wieku specjalizującego się głównie w ornamentyce. Wiele jego prac kryje pizańska katedra. Czy zwróciliście uwagę na fakty, że Michał Anioł w medalionie jako atrybut ma paletę? Dziwne, dziwne. Wiadomo, że był wyśmienitym malarzem, ale myślę że trafił na medalion w kontekście jego dzieł w trzech wymiarach.
Skoro już o rzeźbach mowa, spójrzmy  choć przez chwilę na ulice, ogrody i galerie wypełnione wszelkiej maści działalnością artystyczną.. Niektórymi z chęcią bym się zaopiekowała, a straszydło sprzed katedry kazałabym co najmniej przestawić na mniej szacowny plac.
Ciekawa byłam, czy nasz rodak znany jest na miejscu. Strona internetowa Gminy Pietrasanta wymienia go wśród swoich artystów, a co na to babcie porannie przybyłe na plac? Okazało się, że i one wiedziały kto zacz, tylko śmiesznie akcentowały jego nazwisko na ostatnią sylabę. Jego rzeźba stoi na małymplacu położonym pomiędzy dwiema ulicami Via 19 Settembre a Via Sant'Agostino. Nie wiem czy rzeźbę ustawiono tu ze względu na nazwę placu, czy też plac zyskał imię tytułu dzieła "Centaur".
Dochodzę powoli do mego rozdarcia. Usiadłam na marmurowej (a jakże! tu nawet ościeżnice są marmurowe) ławce pod pierzeją przeciwną katedralnej. Dzięki obłokom mogłam w ogóle tam wytrzymać i nie uległam poparzeniu słonecznemu, za to moja wola była mocno nadwątlona. No bo malować, czy się gapić. Jeszcze turyści nie pojawili się na placu, Pietrasanta budziła na razie swoich mieszkańców. Po 9.00 pojawił się listonosz, śmieciarz, zaczęto otwierać sklepy. Mnóstwo ludzi siedziało w barze Michelangelo, podejrzewam, że wybrali go ze względu na bardzo dogodny punkt widokowy, inne bary na placu zbyt były odsunięte, by zaspokoić ich ciekawość. Co pewien czas przez piazza przejeżdżał policjant na seagwayu. A wszystko w totalnym zapachu kawy, dźwiękach łyżeczek i ploteczek. No i dzwonów, wszak siedziałam między dzwonnicą a wieżą zegarową. zbudowaną w XVI wieku i "dopieszczoną" w XIX.
Moje szkicowanie pędzlem prowokowało do zatrzymywania się, do rozmów. Dwie chiacchierone  (czyt. kiakkierone - gaduły) zatrzymały się mówiąc: "Ładny plac co? Ładny, ładny". Nie interesował ich rysunek, musiały wyrazić dumę ze swojego miasta, a we mnie odezwał się lokalny patriotyzm, bo przecież Piazza Duomo w Pistoi jest jednym z piękniejszych placów w Toskanii, ale im tego nie powiedziałam, nie chciałam im kwasić poranka. Poza tym podejrzewam, że i tak bym ich nie przekonała.
Babcia z wnuczką powiedziała mi, że rzeźbiarzy jest tu dużo, ale obrazy kupują w galeriach.
Dwa razy zobaczyłam mopsa i żałowałam, że nie mam smoka przy sobie, pobawiłby się z kuzynami.
Oprócz baru świetnym miejscem na pogaduchy są schody pod katedrą, można nawet przeczytać gazetę.
I jak tu malować?
Jakoś jednak udało mi się w miarę skończyć przed powrotem Krzysztofa.
Jego oczywiście kusiła kawa o rogaliki, więc poszłam za przykładem dając się wciągnąć w poranną atmosferę placu. To było pyszne podsumowanie z cappuccino i cornetto con crema - moim ulubionym.

A na koniec mały konkurs o wieniec z liścia laurowego, a właściwie jego składowe. Na kolażu z warsztatem rzeźbiarskim jeden element powinien Wam się wydać florencko znajomy. Który? Kto pierwszy poprawnie odpowie, temu wyślę świeże liście laurowe z naszego żywopłotu oraz niespodziankę.

niedziela, 12 czerwca 2011

PLEBANIJNE PLOTECZKI

Wczoraj znowu podglądałam wnętrze kościoła przez okienko z mieszkania. Bardzo byłam ciekawa ludzi, którzy przyszli kiedyś z chęcią ochrzczenia bliźniąt, a namówieni przez proboszcza postanowili się pobrać.  Mały sukces duszpasterski :) Mali chłopcy oczywiście zostali ochrzczeni, podczas tej samej Mszy św., stąd delikatne niebieskości hortensji w kompozycjach. Krzysztof chcąc uspokoić pannę młodą, powiedział jej, że nawet jeśli się spóźnią, to nie ma problemu, bo nie ma potem Mszy św. Ona powiedziała, że absolutnie się nie spóźni, no i przybyła 20 minut po terminie, hi hi hi. 
Ostatnio zadano mi  w wywiadzie (który jeszcze się nie ukazał, dam znać, gdy to nastąpi) pytanie o różnice między życiem sąsiadów a moim, na plebani. Pomyślałam, że mogłabym do tamtej odpowiedzi dodać następny obrazek. Otóż w piątek wieczorem byliśmy na kolacji u Ani i Francesco, podczas przemiłego posiłku zadzwoniła do Krzysztofa panna młoda z takim problemem, że zostawiła w kościele podczas jego strojenia swój bukiet. Poprosiła, by przechować go w lodówce. Nigdy nie przechowywałam bukietu ślubnego, musiałam zrobić przemeblowanie na półkach, jedną wyjąć, by kwiaty spokojnie stały i się nie pogniotły. Nie można ich było włożyć do wody, gdyż rączka była owinięta atłasową wstążką.
Ciekawe, co jeszcze mi się przytrafi z racji wykonywanej pracy ?
Wrócę jeszcze do ciekawości i podglądania: zwróćcie uwagę, że hrabiuńcio Boguś także bardzo był ciekaw całej uroczystości. Nie dałam mu podglądać przez wewnętrzne okienko, musiał się zadowolić tym w jadalni.
Na dzisiaj miałam zaplanowaną "rysunkową" niedzielę, ale.. Druso od wczorajszego wieczoru zachowywał się dość niepokojąco, miał problemy z poruszaniem się, a raczej z wchodzeniem po schodach i wskakiwaniem chociażby na parapet okienny, czy na kolana swojej pani. Postanowiłam więc go poobserwować. Znosiłam po schodach, pomagałam dostawać się na poziomy powyżej podłogi, typu kanapa, dlatego siedziałam w domu i obmyślałam różne zajęcia na najbliższe tygodnie. 
Przydaje się taka spokojna niedziela, Druso ma się lepiej, jako i ja.
Przyjemnie w domu, gdy za oknem słońce, ale bez szalonych upałów.
Dzięki takiej pogodzie wszystko rośnie w tempie zwariowanym. Jeszcze ogarniam to, co posadziłam i posiałam, całe szaleństwo zbiorów przede mną. Na razie pożądliwym wzrokiem wypatruję ogórków, jak dotąd poczyniłam raz mizerię z dwóch. Sałata w sklepie już nie ma u mnie szans, główki dojrzały, a rukola rozkrzewiła się tak, że garściami ją można rwać. Świeży koperek na młodych ziemniakach i kefir wypatrzony w Penny Market - czysty smak dzieciństwa. Nie, nie - ziemniaków nie uprawiam, koperek tak. Powoli zaczynam myśleć nad nowymi potrawami z cukinii. Dokładnie według wskazówek tubylców podwiązałam pomidory, w tym roku nie wybieramy się w sierpniu do Polski, więc mogłam zdecydować się na ich uprawę. Jeszcze parę grządek wytyczymy i ścieżki wysypiemy żwirem i orto (ogród warzywny) zyska mniej więcej ostateczny kształt.
Upały mi niestraszne, na szczęście całość objęta jest systemem nawadniającym.

Giardino ciągle nie do pokazania, to główne zadanie na wakacje.
Niewiele w nim roślin cieszy obecnie wzrok, trudno jednak nie zauważyć majestatycznego akantu, zwiewnej lawendy i drobnego jaśminu.
A na koniec mały drobiazg wypatrzony przez Krzysztofa u handlarza starzyzną. Naczynie  (ok. 25 cm szerokości) wydaje się być dziwne, acz wielofunkcyjne. Były już w nim owoce, teraz są kwiaty, zostawienie w nim cukierków jest niemożliwe, bo bym od razu je podjadała.

czwartek, 28 października 2010

DIAGNOZA: CHORÓBSKO

Jakiś jeżozwierz zasiedlił się w moim gardle osłabiając przy tym możność i chęć pracy. Zabrałam się więc w końcu za porządki blogowe. Nareszcie dokupiłam miejsce na koncie i zgromadziłam już obydwie jego części tutaj, postaram się jeszcze przenieść tu zapiski ze strony domowej. To jednak potrwa dłużej, bo nie mogę się posłużyć mechanizmem importowania bloga.
Z jednej strony fajnie tak trochę spowolnić rytm, z drugiej świeczki czekają na powstanie. Ale na razie wszystko pod kontrolą, niech się osoby zamawiające nie obawiają. Znaczna część zresztą już wykonana.

PS.
Skończyłam klejenie. Całość od początku w jednym miejscu. Jeszcze poopisuję kategorie, zrobię pewne porządki, ale tak czy siak, wszystko jest już razem.

wtorek, 27 lipca 2010

CZWARTEK 22 lipca i PIĄTEK 23 lipca


A bo już nie mam pomysłów na tytuł a dni mi się nieźle mieszają w głowie i nie panuję nad pamięcią, która płata mi figle splątując wszystko ze sobą. Próbując wyłuskać coś z następnego dnia, odkryłam niewiele. Dziewczyny dalej eksplorowały florenckie muzea, a ja starałam się nadrobić stan świec po dzień wcześniej sprezentowanych Kalabryjczykom. I gdy tak totalnie utytłana parafiną ze zmierzwionym włosem szalałam w ukropie pracowni, przyszedł Krzysztof mówiąc, że ktoś przyjechał po autograf. Déjà vu?
Już tak kiedyś się stało? Wiecie, ile mnie to pokory kosztuje? Zejść taka sauté do ludzi? No zeszłam i ... się zagadałam, a miał być tylko podpis. Słowo do słowa i okazało się, że mamy wspólnego znajomego, któremu o tym powiem osobiście, żeby miał większą niespodziankę.
No i tak sobie w ogrodzie stoimy i się żegnamy a tu wchodzą moje przyjaciółki. Oczy wybałuszyłam, bo przecież miałam je odebrać ze stacji, a nic komórka mi nie powiedziała, że już nadciągają. Myślałam, że aż tak się przejęłam wizytą niespodziewanych gości, że nie usłyszałam sygnału sms. Okazało się, że urządzenie postanowiło wypróbować samodzielność kobiet i te językiem międzynarodowym ręcznym zamówiły telefonicznie za pomocą dwóch włoskich nastolatek taksówkę, którą dotarły na miejsce. Dzielne dziołchy!
W piątek schorowane nogi odmówiły Joli posłuszeństwa, więc została w domu i dużo czasu przesiedziała ze mną w pracowni, rysując, plotkując i kobietkując :) Ja w tym czasie dziergałam prezent dla księdza proboszcza.

sobota, 26 czerwca 2010

BUONA GIORNATA

Dzisiaj parokrotnie wypowiadałam te słowa.
Najpierw zabrałam się za sprzątnięcie śmieci i chwastów pod murem grodzącym ogród od ulicy, która wiedzie między innymi koło cmentarza.

No i na ten cmentarz szły sobie starsze panie.
Najpierw Natalia, która ze łzami w oczach mówiła mi o celu wędrówki, bo szła na grób 31 letniego syna, który chyba z siedem lat temu zginął w wypadku. Pogadałyśmy jeszcze o różnościach, a to o jej pozostałych dzieciach, a to o Sardynii, z której pochodzi, a to o księżach, tych z Europy i z Afryki, lecz nie o Włochach. W końcu życzyłam jej dobrego dnia i wróciłam do pracy.
Po chwili znowu przerwałam, bo powolutku o lasce tuptała Simonetta, wdowa po szewcu, której często macham z parkingu, gdy siedzi w drzwiach i przez nie spogląda całymi dniami na świat. No nie całymi, bo często coś tam haftuje. Simonetta z kolei opowiedziała mi, jak dbają o nią dzieci po śmierci męża, co zje na dzisiejszy obiad i że sama nie ma sił, by sprzątać. Jej też życzyłam dobrego dnia.
Potem poszłam do Anny, która obiecała kwiaty do kościoła. Anna mówi bardzo cicho i niewyraźnie, więc mam często problemy ze zrozumieniem, o czym do mnie mówi. Tym razem udało mi się, bo gdy zrozumiałam że pyta, czy cały czas ostatnio byłam w domu, zgodnie z prawdą i wyjazdami, odpowiedziałam, że nie. A Anna pytała się, czy byłam już w jej domu. A że nie byłam, to mnie oprowadziła po pustych pokojach. Całe ich życie zgromadziło się na pierwszym poziomie, by ułatwić poruszanie się jej schorowanemu mężowi. Dom wypełniają gliniane rzeźby autorstwa pana domu - Alladyna. Takie lekko prymitywne, ale z dużą dozą uroku.
Dostałam od Anny hortensje i jedną żółtą kalię i coś z tego musiałam wymodzić, niewiele tego w proporcjach do przestrzeni kościoła.




Oczywiście wychodząc od Anny życzyłam jej dobrego dnia.
Mój dzień potem był dość spokojny, spędzony głównie na poszerzaniu wiedzy o stolicy Toskanii. Zatopiłam się we wszelkich przewodnikach, książkach o sztuce i architekturze, niewiele zaglądając do internetu. Choć przyznam, że czasami i to medium było mi pomocne, gdy trafiałam na nieznane sobie słowa z zakresu architektury a raczej inżynierii. Ale o tym kiedyś, gdy zrealizuję pewien plan. Zapewne nastąpi to po sezonie turystycznym. Przyznam, że bardzo odpowiada mi takie "rycie" po książkach. Chyba dobrze bym się czuła w jakimś archiwum.
Na koniec chciałam Wam pokazać krótką historyjkę obrazkową o tym, jak Druso usiłował pozostać na fotelu Bogusia. Zazwyczaj, gdy się na nim znajdzie, wystarczy chartowi podejść, wyniośle powąchać mopsa i tamten zeskakuje. Tym razem Druso udawał totalnie głupiego i zaspanego psa, odważnie pozostawał na nie swoim legowisku. Boguś nawet w pewnym momencie odpuścił, przyjąwszy charakterystyczną dla niego pozę zwaną przeze mnie "na Małysza". Potem co już było nie lada osiągnięciem, położył swoje wszystkie kości na twardej podłodze, ale po chwili podrapał się w pysk i przypomniał sobie o miękkim legowisku i przedsięwziął drastyczniejsze od obwąchiwania środki. Wskoczył na fotel i tak długo się w nim sadowił, aż Druso uznał, kto tu rządzi. Po tym wszystkim Bojangles zapadł w totalny błogostan.

środa, 9 czerwca 2010

BABSKIE RADOŚCI

Najpierw wrócę do ostatnio wspomnianej i niebyt dobrze widocznej na zdjęciach radości - mini wiertarki. Już chciałam zażartować, że skoro "mini", to jej nie widać :) Ale nie będę taka małpa i pochwalę się nią ciut wyraźniej.

Pierwsza praca nią już wykonana, wyryta aureola. Efekty mnie nie zadowoliły, ponieważ użyłam gotowego podkładu z naklejonym płótnem, co powodowało szarpanie brzegów nawierceń. Powinnam była od razu pomyśleć o drewnie, ale mądr Polak po szkodzie. Drugiej kopii już nie namaluję i żywię nadzieję, że zadowoli zleceniodawcę.
Trudności przy tej kopii miałam więcej, gdyż do dyspozycji miałam jedynie zdjęcie obrazu i to w ramie z koronami na głowie. Zabiorę chyba farby ze sobą, i na miejscu najwyżej podrasuję odcienie.
Gorzej z tym, czego musiałam się domyśleć, a co zasłaniają korony.


W dodatku malując doszłam do wniosku, że obraz musiał kiedyś być większy i został nieszczęśliwie przycięty. Jakoś mnie serce bolało uciąć główkę Jezuskowi, więc sobie dopowiedziałam dalszy ciąg, a potem niech przytną obraz odpowiednio do kształtu ramy w ołtarzu. Stąd niedokończone brzegi.
To co widać na zdjęciu z oryginałem jest skrzętnie schowane i chronione przed złodziejskimi i "kolekcjonerskimi" zakusami.
Jeśli obraz się nie spodoba zabiorę go ze sobą, bo ja bym z chęcią go u siebie powiesiła.
Dzisiejsze dopołudnie to zupełnie inne babskie radości. Wybrałam się wraz z Asią na rynek, ale żeśmy pobuszowały po kramach! Nie ma to jak łazić z kobietą po takich miejscach, jedna drugiej coś doradzi, pokaże.
Obydwie skorzystałyśmy z tego, że znalazłyśmy się w centrum Pistoi i wstąpiłyśmy do wybornego sklepu o nazwie "Spaccio del Parmigiano", gdzie juz z nazwy snują się pyszności. Parmezanu akurat nie potrzebowałam, ale nabyłam ricottę pistojską oraz mozzarellę bawolą.
Jeśli ktoś z Was zabłądzi kiedyś do Pistoi a lubi sery to polecam: Piazza della Sala, 19.
Na koniec ryneczkowego szwendania się zafundowałyśmy sobie radość każdego człowieka - lody! Na szczęście były smaczne, bo nie mogłam odżałować, że nie był jeszcze czynny punkt nieopodal Piazza della Sala, gdzie sprzedają lody o smaku cukierków lodowych o obłędnie turkusowym kolorze. Wiem, wiem, sama chemia, ale jakże pyszna!
Przy okazji dowiedziałam się od Asi bardzo ciekawej rzeczy. Otóż klient powinien zachować paragon do okazania Guardia di Finanza. Od pewnego znajomego Asi zażądano takowego paragonu po skorzystaniu z usług fryzjerskich. Nie wiem, czy kontrolowany jest klient czy fryzjer, ale wyrzucajcie paragony, gdy już się oddalicie sporo od miejsca dokonania zakupu.
I to tyle z upalnej Toskanii. Słoneczko wszystkim ślę :) Może będę miała mniej podlewania?

czwartek, 29 kwietnia 2010

Z WIZYTĄ W SWARZĘDZU

Niby słońce już mocno grzeje, ale ten tytuł nie oznacza wcale, że udar jakowys mnie zaatakował. Otóż wybrałam się wczoraj do Quarraty nieopodal Pistoi, a jest to miasto meblarskie - coś na wzór Swarzędza pod Poznaniem. Można się więc domyślać róznych powodów mojego wyjazdu - a to zakupowego - tylko jakie meble, gdzie i za co? Inny to zwiedzanie - z tym, że Quarrata należy do współczesnych miast, a ja akurat miłośnikiem współczesnej architektury nie jestem. Choć zawsze coś można sobie wypatrzeć.



Więc po co? Pozostają cele towarzyskie. I te właśnie zawiodły mnie do Emilki tam mieszkającej. Po drodze wstąpiłam do wielkiego sklepu ogrodniczego, by dokupić trochę ziół. Dziiiiiiwne kupiłam, ale o tym osobny wpis.
A potem to już miałam samą ucztę babskich pogaduszek. Emilka jednak zaserwowała mi też i inne smakowitości.
Zaczęłyśmy od cukierni Grazia w samym centrum, gdzie wybór był trudny, ale okazał się słuszny. Pyszna babeczka z kremem i owocami i do tego capuccino.

A potem z  kolei czekała mnie rozkosz dla oczu. Pojechałyśmy do małej osady położonej tuż nad Quarratą. Napisałam "nad" ponieważ Quarrata jest połozona u stóp Gór Montalbano, po drigiej stronie których przycupnęło Vinci. Mysmy znalazły się około 500 metrów n.p.m. w Buriano, wśród gajów oliwnych, oszłamiająco wiosną pachnących kwiatów, utrzymujących wszystko w pionie cyprysów i dajacych poczucie stabilności kamiennych domów.

Gdzieś pośród sielskiego krajobrazu przycupnął kompleks kościelny Świętego Michała Archanioła. Sam kościół by zamknięty, ale nawet swoim otoczeniem nie chciał mnie wypuścić ze swoich uroczych progów. I wcale nie jest to bardzo stara, jak na Toskanię budowla (datowana na XVIII wiek), ale właśnie to wyciszenie, ciekawe struktury wymurowane wokół, zewnętrzne kaplice w nich, droga krzyżowa ozdobiona przez różnych artystów (z niektórymi bardzo ciekawymi malowidłami), wszystko zatopione w słońcu, ale jeszcze nie tym oszałamiającym, wszystko każe tam wrócić.

Myśmy jeszcze zajechały do willi medycejskiej La Magia, ale mogłyśmy jedynie zobaczyć jej otoczenie i fragmenty budynku, bo teren na razie nie jest owtary dla zwiedzających.


Ostatnimi laty gmina odkupiła willę od jakiejś Amerykanki nie dabającej o posiadłość. I na sam koniec pobytu znowu uczta dla żołądka. Miałam przyjemność zjeść rodzinny obiad u Emilki. Niestety nie mogłam się długo zasiedzieć, bo musiałam odstawić auto Krzysztofowi, który popołudniami błogosławi domy, czyli chodzi po kolędzie.
Emilko dziękuję za wspaniałą gościnę i zapełnienie białych plam na mapie mojej Toskanii.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

ODLOTOWA SOBOTA

Może nie każda jest aż tak zajęta, jak ta, która minęła. Rankiem poszłam do jednego parafianina po kalie. Dostałam cudne kwiaty z jego ogrodu. Ale nie dał liści, więc troszkę pokombinowałam, gdyż mam tutaj słaby wybór wazonów. Te na ołtarz duże, musiałam włożyć do nich dość dużo kwiatów, na boczne ołtarze już takich wazonów nie miałam. Wymyśliłam sobie, że ułożę kwiaty w pojemniczkach które potem się maskuje i wyglądałoby to tak, jakby kwiat leżał sam. Ale z kolei nie miałam takich dużych pojemniczków trzymających wodę. Wybrałam trzy jednakowe wazony na pojedynczy kwiat, niestety niezbyt urodziwe, więc przepasałam je rafią. Stąd też rafia pojawiła się w dużych wiązankach na ołtarzu. Trzeba będzie w końcu kiedyś pomyśleć nad wazonami. Najczęściej omijam ich opłakany stan układając kompozycje w gąbkach.



Oprócz tego normalnie trzeba było, jak co tydzień, przygotować pomieszczenia na katechezę, zawsze wtedy za jednym zamachem sprzątam przed domem i lecę z miotłą po sieni i klatce schodowej. Gdzieś w tym wszystkim obiad i drożdżówki cynamonowe z bloga dorotuś na pożegnanie i podróż Taty. Polecam, pyszne!



A tu jeszcze okazało się, że Krzysztofowi żadna drukarka, ani laserowa ani atramentowa, nie drukuje dobrze imion i nazwisk dzieci. A miał przygotować małe dyplomiki z okazji pierwszej spowiedzi. No to siadłam do wypisywania. Ręce odzwyczaiły się od trzymania długopisu, pisaka itp. Aż skurczy dostawałam. Bo oczywiście wymyśliłam sobie, że wypiszę do jakąś ozdobną czcionką. Sobie na pohybel, gdyż katechetki zobaczywszy wypisane dyplomiki poprosiły mnie o wypisanie także tych pierwszokomunijnych.
No i jeszcze Msza św. Wyjątkowo poszłam w  sobotę, bo była za kolegę Krzysztofa. Zaraz po niej odwiozłam Tatę do Pizy. Po nadaniu bagażu Tata od razu poszedł do odprawy osobistej, więc wróciłam czym prędzej do domu, by odebrać Krzysztofa z Giaccherino, gdzie właśnie odbyło się przygotowanie do pierwszej spowiedzi, spowiedź dla dzieci i rodziców oraz Msza św.
A już blisko godziny przylotu Taty do Berlina dzwoni mój Rodzic jeszcze z Pizy. Na szczęście bardzo przytomnie dał telefon komuś z obsługi, by ten nam wyjaśnił, że samolot ma jedynie półtorej godziny opóźnienia. Zaznaczam, ten fakt, by pokazać, że da się samodzielnie podróżować bez znajomości żadnego obcego języka. Wiele osób boi się wtedy ruszyć poza Polskę, a Tata sobie świetnie radzi sam.
No i taka to była odlotowa sobota.

piątek, 23 kwietnia 2010

POWSZEDNIOŚCI

Dni płyną spokojnie między ogrodem, domem a pracownią, czyli dzień w dzień biegam z drugiego piętra w dół i odwrotnie.Dzisiaj tego poziomu najniższego jest jak najmniej, bo równiusieńko raz przy razie pada od samego rana. A wczoraj po raz pierwszy szalałam w krótkim rękawku. Na szczęście prognozy pogody nie wróżą deszczowi długiego pobytu w Toskanii. Tymczasem w pracowni powstaje kopia zamówionego obrazu, w domu prasują się ubrania i ...
Barowa pogoda zmusiła mnie do poszukania, gdzie to sobie wyszynk uczyniły mole spożywcze. Prawdopodobnie znowu moja niefrasobliwość i pozostawienie na strychu ususzonych na Boże Narodzenie cytrusów przyczyniły się do tej wyżerki i rozrodu. Walka rozpoczęta. Tym draniom życia nie daruję.
Za to chciałam bardzo znalezionego w ogrodzie skorpiona wyprowadzić gdzieś dalej poza obręb plebanii. I tak sobie myślałam, że wleję mu odrobinę wody do słoika, co by nie wysechł z pragnienia w słoiku, nim go zaniosę w odpowiednie miejsce. Wyobrażacie sobie, że stwór utopił się w paru kroplach wody? Ależ mi głupio było. Nie żebym pałała sentymentem do skorpionów, wręcz przeciwnie, ale może gdzieś dalej mógłby wieść spokojne życie? To nie była nawet przysłowiowa łyżka wody!
Dobrze chociaż, że moje praktyki weterynaryjne wobec Druso odniosły zamierzony skutek. Otóż w miniony weekend zaczął sobie psina kuśtykać. Szukałam, czy mu co w łapkę weszło i nic nie znalazłam. A tu opuszki zaczęły mu puchnąć. Zadzwoniliśmy na pogotowie weterynaryjne spytać się, co możemy zrobić.Polecono nam maczać w roztworze z detergentem i podać pozostały po problemach Bogusia z utkniętym źdźbłem trawy antybiotyk. Ja myślałam, że to opuchlizna więc może lepiej roztworem octu? Następnego dnia nie widać było, by antybiotyk zadziałał, ani moczenie. A w poniedziałek widać już było wyraźnie budujący się wrzód. No to zaczęłam maczać psiuniowi łapkę w gorących mydlinach i po drugim moczeniu bolesna narośl pękła i przyniosła wyraźną ulgę Drusowi. Ale żeby nie chodził z tym pękniętym wrzodem obwiązałam mu łapkę bandażem, co na czarnym tle wyglądało nad wyraz efektownie.


wtorek, 30 marca 2010

WSZYSTKO SZALEJE

Zaległości i problemy techniczne z blogiem przygniotły mnie, że ledwie widać cokolwiek. Do tego zwyczajne przedświąteczne przygotowania: sprzątanie, świece na ołtarz i do domu, dekoracja przed plebanię, najostatniejsza korekta książki i czuję, że pęknę. Więc grzecznie proszę o wyrozumiałość, kartki leżą jeszcze puste na stole, maile świąteczne jeszcze mają chwilę czasu, ja jeszcze żyję :) Za to Druso zaszczekał się ze strachu przed totalną burzą, która właśnie przebiegła się po okolicy. Bardzo proszę, by zabrała deszcze ze sobą i na Wielkanoc podarowała co najmniej tak ładny dzień, jak miniona niedziela, o której podejrzewam, jak i jeszcze o wcześniejszych dniach, uzupełnię wpisy podczas świątecznej laby. Do tego czasu może jeszcze mi się wygoi palec wskazujący prawej ręki, tak mocno przecięty, że trudno mi stukać po klawiszach. I tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim na razie tylko spokojnych przygotowań, na pewno wdepnę tu  z życzeniami.

środa, 10 marca 2010

WIOSNA W ODWROCIE

Próbowała, próbowała i zrezygnowała. Najpierw pojawił się mroźny wiatr. Nie odstraszył nas od niedzielnej wycieczki, o której następnym, mam nadzieję, razem. W poniedziałek do wiatru dołączyły chmury, więc odważnie wyruszyliśmy w góry odwiedzić Ryszarda w Treppio. Ja oczywiście skorzystałam też z sakramentu pokuty. Udało nam się na letnich oponach zajechać i wrócić szczęśliwe. Najbardziej niepokoiły mnie wiszące w tunelu wielkie sople,  gdyby zechciało im się spaść, to żadna opona by i tak nie poradziła.  A potem było już tylko coraz zimniej i śnieżniej. U nas w dolinie powyżej zera, więc wiatr i temperatura nie dały zalec zwałom śniegu. Ale w Treppio jak zaczęło wczoraj sypać, tak dzisiaj jest już 70 centymetrów śniegu! Auć!

Wczoraj w ramach przywoływania wiosny wybrałam się do fryzjerki. Aż się zdziwiłam, że wróciłam do domu bez kasku i tylko kilka nieznacznych gestów namoczoną ręką pomogło spokojnie spoglądać mi do lustra. Chyba wszystko, poza pogodą, zmówiło się na przywoływanie wiosny, lub chociażby odrobinę uśmiechu. Zupełnie niespodziewanie dla mnie pojawił się kurier z przesyłką z gadżetami-pamiątkami z okazji uzyskania nominacji w zapomnianym już przeze mnie konkursie na bloga roku 2009. Najbardziej ubawił mnie metalowy emaliowany kubek - wspomnienie z dawnych lat. Targało się takie na piesze pielgrzymki  do Częstochowy.

Wysłałam do Polski zamówione jajka oraz świecę niespodziankę dla kogoś, kto mam nadzieję absolutnie jej się nie spodziewa. Nawet nie wiem, czy czyta tego bloga. Wątpię. 

A potem jeszcze dostałam następne wielkanocne zamówienie, więc śpieszę z robótką, żeby pogodzić ją z wcześniejszymi planami na marzec. Przyznam, że bardzo ucieszyło mnie takie zamówienie od kogoś, kogo zupełnie nie znam. Wiadomo, że same komplementy bardzo podbudowują artystę, ale co tu  kryć, zakup także :)

Jeśli już mowa o zakupach, to dzisiaj pokonałam w końcu bez przeszkód następną nowinkę w markecie. O czytniku salvatempo  już tutaj pisałam, teraz do tego doszła zupełnie samodzielna obsługa, więc zakupów dokonałam, bez spotkania twarzą w twarz z kasjerką. Ciekawe, czy to doprowadzi do powstania sklepów bez zupełnie ludzkiej obsługi?

Czas ucieka, znowu więc traktuję bloga po sierocemu i pędzę wraz z wiatrem do pracowni, jeśli jeszcze nie oderwał jej od reszty budynku.

czwartek, 25 lutego 2010

NARESZCIE!

Coś drgnęło w pogodzie. Deszcze ciągle jeszcze straszą, ale muszą teraz walczyć ze słońcem, które nabiera siły z dnia na dzień dając nadzieję na ...

W tym tygodniu na chwilę oderwałam się od komputera i przyszłej książki w nim, by pójść na spacer z psiakami. Liczyłam na żonkile rosnące nad rzeczką, ale ktoś już mnie ubiegł, więc pocieszyłam się ciemiernikami. Bardzo lubię ich zielonkawą niepozorność (ogrodowe ciemierniki mają o wiele bogatszą gamę barwną). 

 

Niestety długo nie postały na konsolce, bo wydzielały odór kocich szczyn. Zastąpiłam je jednym intensywnie pachnącym hiacyntem, kupionym w sklepie ogrodniczym. Jeszcze tak ciepło nie jest, by przytargać go z ogrodu. W tym samym miejscu kupiliśmy inne kwiaty, by ułożyć je pod ołtarzem z okazji wiosennego błogosławienia kwiatów (tempora di primavera).

 

a potem przesadzić do doniczek przed domem. Hurra! W końcu kolor.

     

Psy z zainteresowaniem zaglądały przez drzwi. Może liczyły na jakąś spektakularną ucieczkę?

Z chęcią choć chwilę popracowałam w ogrodzie szykując kolorowe kompozycje. Posprzątałam też trochę w samym ogrodzie, a raczej przy wyjściu do niego. Za dużo nie ma co robić, bo niebawem ma być w końcu przywieziona żyzna ziemia i rozrzucona po całej powierzchni. 

A co do mojego milczenia, to ostrzegałam? Ostrzegałam. Jeszcze trochę czasu upłynie zanim dopieszczę książkę. Tzn. główny dla mnie etap mam nadzieję zakończyć z końcem miesiąca. Nie mogę już patrzeć na literki, odrzuca mnie od komputera i to była jeszcze jedna przyczyna, dla której musiałam się oderwać od pracy. Optymistycznie jednak widzę już jakieś światełko w tunelu. Na marzec mam inne przyjemne pomysły.