Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prato. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 października 2018

PO WĄTKU DO MUZEUM

Kinga z koleżankami zawitała do Toskanii. Szybko zajęłam się jej poplamioną sukienką, chociaż nie wiadomo, czy zdoła ją założyć, bo pogoda właśnie przyjęła jesienną formę.
Zainspirował mnie pierścionek barwnej właścicielki.

To współcześnie, ale jest wstępem do następnych wykopalisk fotograficznych. Półtora roku temu szalałyśmy z Kingą po muzeach w Prato. Z racji zainteresowań własnych i jej siostry oraz, oczywiście, moich, z wielką uwagą zwiedziłyśmy Muzeum Tkaniny. Trudno w nim zrobić dobre zdjęcia, bo najcenniejsze tkaniny są w szklanych gablotach. Na szczęście, nie tylko stare ubiory są eksponatami. Znajdziecie tam wiele interesujących informacji o wszelkich włóknach, naturalnych i syntetycznych. Przyjrzycie się starym maszynom tkackim, zobaczycie reklamy z tkaniną jako bohaterem na równi z modelką. Zagłębicie się w świat vintage. 

niedziela, 3 czerwca 2018

PRATO MUZEUM DUOMO

Wracam wspomnieniami do marcowej wizyty Kingi sprzed ponad roku. Jeszcze przed jej przyjazdem ustaliłyśmy, że nie będziemy robić długich wypadów, postawiłyśmy na Prato, z akcentem na muzea.
Bliska odległość do miasta i długość pobytu mojego gościa pozwoliły nam na skorzystanie z karty muzealnej, zawsze to jakaś oszczędność. W ramach takiego biletu zwiedza się Muzeum Tkanin, Miejskie Muzeum w Palazzo Pretorio, Freski Lippiego w Katedrze oraz Muzeum Katedralne.
To ostatnie czekało latami, aż w końcu zakochałam się w tym miejscu. Może i Was zdjęcia zachęcą do wizyty?

Na wszelki wypadek dodam tylko, że wejście do muzeum wiedzie przez kasę biletową w dzwonnicy przy Duomo, o czym pani kasjerka zapomniała nam powiedzieć i długo szukałyśmy możliwości wejścia po lewej stronie, jak to było do czasu zmian.

czwartek, 9 czerwca 2016

POZA PISANIEM

Tydzień w San Martino był prawdziwie wakacyjny. Zajęcia - sama przyjemność, a wolny, wspólny czas to radość nieśpieszności, rozmów, zwiedzania bez zacięcia, że wszystko trzeba zobaczyć. Znając niemal całą grupę, wiedziałam, że bez sensu byłoby wracać na noc do domu. I nie chodzi o to, że nie daliby sobie rady beze mnie - wręcz przeciwnie!

Właściwie to, w pierwszej reakcji na widok klasztoru i widoków wokół niego, wszyscy chcieli pozostać na miejscu przez cały tydzień. Trochę się byczyliśmy, ale ...



Toskania kusi.

Niedziela była z założenia piesza. Po dwóch dniach podróży z Polski nikt nie miał ochoty na ponowne wsiadanie do auta.
Kościół przy klasztorze nadal służy jako świątynia, więc poprosiłam Krzysztofa, by przyjechał do nas i odprawił nam Mszę św. Akurat cała ekipa była chętna na udział w liturgii.

Potem wybraliśmy się na spacer do niedalekiego Artimino.
Po drodze minęliśmy samotnie stojącą kapliczkę cmentarną. Wokół już nie było grobów, tylko cyprysy wyznaczały dawny teren pochówków, a na nim pozostała ta jedyna biedaczyna, smutna, zaniedbana, z pięknym freskiem w środku i dwoma grobami.

Pod samym Artimino stoi romański kościół, ale rzadko można go zobaczyć wewnątrz (pokazałam go we wpisie z 2009 roku)
Na życzenie niektórych pryncypał wziął ze sobą psy, w większości znane grupie. Pod koniec trasy staruszek Boguś odmówił dalszego spaceru, chętnych na niesienie go nie zabrakło.

U celu wszyscy ochłodzili się pysznymi lodami, wśród których przebojem był smak nespolo, czyli nieśplika japońskiego.

Wiedzieli, że smak powinien być dobry, bo pod klasztorem właśnie dojrzewają owoce nieśplika i nie omieszkali ich spróbować. Mniam!
Do Willi Artimino nie doszliśmy, wystarczyło okrążenie samego miasteczka. 

Poniedziałek był jedynym dniem z porządnymi deszczami i burzami.



Fartem udało nam się dotrzeć o suchej nitce do Vinci. Część osób nie widziała muzeum, więc poszła je zwiedzić.
Głównie wszystkie uczestniczki chciały zajrzeć do sklepiku z papierami i właśnie materiałami do kaligrafii. Wariuję w tego typu miejscach, przygarnęłabym cały asortyment. Z rozsądkiem ograniczyłam się do zakupu obsadki  z pięknym okuciem w kształcie florenckiego giglio

Wtorek był dniem wolnym od zajęć, bo wyruszyliśmy w toskańskie góry na całodniową wycieczkę, podczas której zobaczyliśmy manuskrypty.
Ale nie tylko kaligrafią człowiek żyje. Ksiądz Adam polecił nam pizzę w pobliskim barze. Jejka! Co to była za uczta! Świeżutkie i chrupiące pyszności.


Najedzeni ruszyliśmy najpierw do Ponte Sospeso. Wszystkim bardzo się spodobał most, nie dziwota - sielskie widoki, wokół szalona zieleń, cisza przerywana jedynie lękiem tych, którzy mają problemy z wysokością.

Ale jestem dumna, bo dałam radę i towarzyszyłam ekipie na rozbujanej metalowej konstrukcji. Zrobiłam nawet zdjęcie sferyczne, stojąc na samym środku Ponte Sospeso.

Aż wierzyć się nie chce, że są straceńcy, którzy wykorzystują wysokość niemal 40  metrów, by ją pokonać ostatni  raz w życiu.
W naszej grupie, oczywiście, takich nie było.
Wspięliśmy się jeszcze wyżej, do Lucchio, spokojniejszego, niż je widziałam pierwszy raz, jeszcze mało wakacyjnego. Odpuściłam sobie wejście na sam szczyt (nie chciałam ryzykować ponownego popisu histerii).

Musieliśmy jeszcze wdepnąć na Diabelski Most, Joanna z rodziną go nie widziała. A przecież można ta wstępować wielokrotnie :)

W środę wolny czas zagospodarowałyśmy spacerem po Prato (wyjątkowo część ekipy wybrała się samodzielnie do Florencji, bo jeszcze nigdy jej nie widziała). Długo nam schodziło ruszenie się do miasta i już nie mogłyśmy zajrzeć do prezbiterium z freskami Lippiego, ale katedra jeszcze była otwarta, więc zobaczyłyśmy chociaż wnętrze.

Omal bym zapomniała, że tego dnia odwiedził nas Dino. Starszy pan, który ma wokół gaje oliwne i winnicę. Rolnik pełną gębą. Na przywitanie przyniósł nam wino z winniczki, którą cały czas widzieliśmy spod magnolii przy klasztorze.

Wino bez żadnych dodatków (genuino), jak na "chłopską" produkcję, zaskakiwało dobrym smakiem. Gdy tak rozmawiałam sobie ze starszym panem, okazało się, że to od niego kiedyś Krzysztof kupił wiejską produkcję szynek i kiełbas.

Zagadnęłam, czy ma coś na sprzedaż. 
Si!
Zaprosił nas do szopki, w której ubawiliśmy się "ozdobami" ścian. Zwróćcie, proszę uwagę na zestaw "Ojciec Pio i ponętna panienka".

Skoro Dino okazał się producentem oliwy, kupiliśmy u niego na próbę dwa litry, co skończyło się na koniec większymi zakupami do Polski. 

Czwartek - kierunek Chianti i winiarnia Mazza. Trzeba wykorzystać, że się przyjechało autami i zaopatrzyć się w bardzo dobre vino sfuso.

A przy okazji co niektórzy nabyli zgrabne i niedrogie karafki z logo winnicy.


Turystycznym akcentem tego dnia było Monteriggioni, spokojne, idealne o zachodzie słońca.

A zachód był tak piękny, że już podczas jazdy spowodowaliśmy powstanie sznura pojazdów. Jechałam w pierwszym aucie i nikt z nas nie mógł się opanować, by nie uwiecznić świetlistych miękkości kładących są na horyzoncie. Ania (kierowca) nie miała problemu z wolną jazdą, za to kilka aut dalej słychać już było podirytowane klaksony. Nie widzieli, że pięknie? Nie rozumieli?







Wolny piątkowy czas wykorzystaliśmy na przyjrzenie się Poggio a Caiano. Najpierw ogród i Willa Medycejska.

Z wielką radością zobaczyłam wnętrza na nowo, byłam tam w czasie, gdy nie wolno było robić zdjęć, więc ze zdziwienie odkrywałam, jak niewiele zapamiętałam (odsyłam do wpisu z 2010 roku).

Łapki zacierałam, że w końcu sfotografuję sobie wielkie martwe natury z owocami, więc wyobraźcie sobie mój jęk zawodu, gdy okazało się, że teraz trzeba się osobno umawiać na zobaczenie galerii z obrazami.
A potem dotarliśmy na wypatrzone przez Joasię wzgórze z dwiema kościelnymi wieżami. Pani w informacji turystcznej podpowiedziała nam, że to San Francesco in Bonistallo. Nowszy kościół jest do obejrzenia wewnątrz, starszy zastaliśmy zamknięty na cztery spusty.

Trzeba do następnych warsztatów podpytać tamtejszego proboszcza o możliwość zobaczenia wnętrza, to ten sam ksiądz, który nam wynajął San Martino.
Warto wjechać na wzgórze także dla widoku.


W końcu wypatrzyliśmy Florencję.

Spod klasztoru San Martino jej nie widać, bo zasłania ją wzgórze z Artimino. 

W sobotę pozostało się spakować i pożegnać - najtrudniejsze do wykonania. Planujemy już następny rok. Jeśli ktokolwiek z Was rozważałby udział w takich warsztatach, niech się nie obawia, wolny czas jest absolutnie fakultatywny w zagospodarowaniu. Nam akurat mijał wspaniale wspólnie, co wcale nie musi być takie oczywiste, każdy przyjeżdża z własnym doświadczeniem Toskanii i może jechać, dokąd go tylko oczy poniosą. 

Wspomniałam, że kupiliśmy oliwę na próbę. Przydała się, bo ta przywieziona przeze mnie, właśnie nam się skończyła, a wszystkie niemal obiady gotowałyśmy samodzielnie. Stąd późne wyjazdy turystyczne. Gotowanie szło nam wielce sprawnie, ale potem te posiedzenia przy stole ... Oj! trudno było wstać. W ogóle to najpierw myślałyśmy, żeby jadać po knajpkach, lecz to by wymagało, albo bardzo wczesnej godziny rozpoczęcia zajęć, albo dzielenia ich na czas przed i po obiedzie, a wtedy to już chyba niewiele byśmy zobaczyli. Nie da się przeskoczyć pory włoskiego obiadu. Tylko w obleganych przez turystów miejscowościach zjecie coś w miarę sensownego po 15, lepiej jednak mieć wdrukowany w żołądek przedział od godziny 13 do 15. A poza tym zawsze można poznać nowe przepisy, poradzić się bardziej doświadczonych kucharek, i zjeść taniej, gdy się robi "żywienie zbiorowe".

Wieczorne posiłki przeradzały się w nocne obserwacje wschodów księżyca.



W podziękowaniu dla księdza, pod którego opieką leży niezwykłe San Martino, przygotowałam napis z nazwą miejsca i przekazałam przez Krzysztofa. Ponoć był bardzo zadowolony i od razu obiecał, że z chęcią jeszcze kiedyś ugości warsztatową grupę. 


I znowu dziękuję za dodatkowe zdjęcia: Kasi, Ani, Marylce i Oli.
SalvaSalva

poniedziałek, 16 maja 2016

KLASZTOR Z NIESPODZIANKAMI

Odpocznijmy od kwiatów, dzisiaj zamknę Was w murach, zaproszę do miejsc, których kiedyś zwykły śmiertelnik nie miał szans zobaczyć.
Z coraz większą przyjemnością odkrywam Prato. Ostatnio Krzysztof wypatrzył zaproszenie do zwiedzania klasztoru San Vincenzo, mieszczącego się przy Placu św. Dominika. Położenie kompleksu nie jest zwykłym zbiegiem okoliczności.
Powstał na początku XVI wieku, co wyprzedziła wizja Savonaroli.
Savonaroli?
Tak, tak, miał i swoje związki z Prato.
Otóż, gdy dominikanin dostał pozwolenie (od sławnego niedobrą sławą Papieża Aleksandra VI) na utworzenie niezależnej od Lombardii toskańskiej kongregacji dominikańskiej, klasztor z Prato został do niej włączony, wraz z Florencją, Pizą i Fiesole. Jednak to nie mowa o zwiedzanym przeze mnie klasztorze San Vincenzo, bo ten jest siedzibą mniszek. Na razie istnieje tylko po drugiej stronie Placu kościół z klasztorem San Domenico (zwróćcie uwagę na podobne nisze zewnętrze, jak przy dominikańskim Santa Maria Novella we Florencji).

Zawitał tutaj ze swoimi płomiennymi kazaniami i Savonarola, który podczas jednej ze swoich wypowiedzi miał wizję wybudowanego naprzeciw klasztoru dla kobiet.
Jak wiele osób wie, Savonarola, bardzo pobożny i ascetyczny mnich, naraził się swoimi przemówieniami i władzy kościelnej (za co został ekskomunikowany) i władzy świeckiej (która wykonała na nim wyrok śmierci). 
Nie minęło wiele lat, gdy pewne pobożne kobiety z Prato zapragnęły utworzyć klasztor, a jeden z uczniów Savonaroli podpowiedział im miejsce. I tak przepowiednia stała się rzeczywistością.

Mniszki z chęcią przyjęłyby za patrona Savonarolę, ale trudno, by opiekował się nimi ekskomunikowany mnich, nawet, jeśli racja mogła leżeć po jego stronie. Wybrały więc innego dominikanina - San Vincenzo Ferreri. Wiodły życie żebracze, chodziły po domach zbierając datki, opowiadając o Bogu. Podczas wędrówki "po prośbie" trafiły do letniej rezydencji florenckiego rodu Ricci. Była tam młodziutka Katarzyna, która akurat zastanawiała się, do jakiego klasztoru wstąpić. Opowieści sióstr miały niebagatelny wpływ na decyzję przyszłej przeoryszy tegoż klasztoru oraz świętej. Przyjęła śluby wieczyste w wieku 14 lat! Postać sama w sobie niezwykła, ale nie o niej tym razem.
Klasztor bardzo się rozrósł. Zaistniała potrzeba wybudowania świątyni w innym miejscu, ciągle jednak na działce zajętej przez mniszki. Nowy kościół był otwarty dla ludzi z zewnątrz, a mniszki uczestniczyły w liturgiach poprzez kratę w prezbiterium. 
Zapamiętajcie wielkość kościoła (by porównać ją z pomieszczeniem za kratą), zajmował wtedy tylko przestrzeń prezbiterium i był zorientowany pod kątem prostym względem obecnego budynku. 
Powiększona świątynia ma późno barokowy wystrój z pięknymi reliefami poświęconymi życiu i cudom związanym ze św. Katarzyną de'Ricci.

W bazach kolumn przy ołtarzu widzimy herb rodu Ricci (z jeżami, bo to oznacza słowo ricci), a pomiędzy nimi leży, a jakże!, św. Katarzyna de'Ricci we własnej ziemskiej (lekko podsuszonej) postaci. 

Przechodzimy do chóru, czyli miejsca, z którego mniszki uczestniczyły we Mszach. 
To ci niespodzianka!

Przyznam, że zatkało mnie, jak wiele zakonnic było w klasztorze.
A to nie koniec niespodzianek. Właśnie w tym pomieszczeniu pokazano nam dwie ciekawe pamiątki po Savonaroli, przechowywane dokładnie tak, jak relikwie. Jedną z nich jest palec, który uchował się od ognia, a drugą rzecz szczególna - obejma.

Otóż Savonarola został powieszony, a potem spalony, żeby właśnie nic się po nim nie zachowało. Jednak ludzie czuli, że należy zachować pamiątki po nim, Za taką uznano też obejmę na szyję, dzięki której palone zwłoki mogły być utrzymywanie w pionie, dla większej widowiskowości zdarzenia. Co za czasy!
Ale nie tylko ślady materialne po Savonaroli przykuwają moją uwagę. Pomieszczenie obwieszone jest  dziełami sztuki.

Pod oknem zawieszono piękne popiersie Chrystusa, a w ołtarzu oprawiono cenny krucyfiks. Pod krzyżem jest tablica ze Zwiastowaniem, która zasłania używaną kiedyś kratę, dającą wgląd do kościoła.

Tylko te putta jakieś takieś nieurodziwe...

Stalle są oryginalne. Proste, ale kryją w sobie schowki oraz mają ciekawą budowę. Na te fragmenty modlitw, które wymagały stojącej postawy, mniszki podnosiły siedzenia, a 
wypustki na wysokości głowy osoby siedzącej stawały się doskonałą podporą dla pleców.

Sprawdziłam! Mój kręgosłup powiedział "tak"!
Idziemy w głąb klasztoru.
Zaraz po wyjściu z chóru trafiamy na kapliczkę, kiedyś miejsce pochówku Katarzyny de'Ricci.
W tej architektonicznej szkatułce przechowywana jest słodkiej urody terakotowa Madonna dei Papalini.

Figura zasłynęła w 1512 roku, podczas złupienia Prato przez Hiszpanów. Legenda głosi, że wśród hiszpańskich żołnierzy był dominikanin apostata, wtargnął do klasztoru wraz z dwoma kolegami, chcieli złupić dobra i "złupić" mniszki. Nagle pojawiła się przed nimi owa figurka i i odezwała się ludzkim głosem prosząc, by porzucili niecne zamiary.
Kapitanowie rzucili broń i ze łzami padli na kolana.
Ciekawe pod jaką postacią się ukazała, czy w skromnym terakotowym odzieniu, czy sukience podobnej do obecnej?
Niewiele jest zdjęć pokazujących figurę bez dodatkowej sukienki.
http://mv.vatican.va/1_CommonFiles/pdf/Direttore/rassegna_2013/337_OR_12_10_2013.pdf

http://terreincognite.blogspot.it/2013/10/la-madonna-dei-papalini-nel-convento-di.html
Podczas poszukiwań znalazłam jedno, na którym widać otwieranie drzwiczek za plecami statuetki.
http://terreincognite.blogspot.it/2013/10/la-madonna-dei-papalini-nel-convento-di.html
Dokładnie za kaplicą mieści się rozmównica, przerobiona z pierwszego klasztornego kościółka. Ze względu na klauzurę, która obejmowała też i lokum cudownej figury, wymyślono drzwiczki i mechanizm obrotowy, by prezentować Madonnę przybyłym do rozmównicy.

W tej samej kaplicy, która honoruje Madonnę dei Papalini, do połowy XVIII wieku była złożona św. Katarzyna de'Ricci.
Ponoć cała dekoracja pomieszczenia jest zrobiona z masy papierowej.

Wchodzimy na piętro i oczom nie dowierzam - ogrom.  Na parterze były różne pomieszczenia i nie  było widać tak dobrze wielkości całego kompleksu klasztornego - długie krzyżujące się korytarze, puste, ciche, jakże brak w nim delikatnych dźwięków modlitwy dochodzących z cel, szelestu habitu, kobiecych kroków.

Kilkanaście sióstr nie jest w stanie tchnąć życia w mury. Część klasztoru przeznaczono na dom opieki, ale reszty nie wolno przebudować, więc stoi zastygła wiekami, tylko niektóre pomieszczenia usiłują zachować pamięć dawnych czasów.
Każdego zwiedzającego zatrzyma cela, w której mieszkała i zmarła św. Katarzyna de'Ricci, z kilkoma pamiątkami i wyciętym kawałkiem stalli z chóru - akurat na tej siedziała najsłynniejsza mniszka z zakonu.

Ciekawe są pomieszczenia z relikwiami. Zbiór jest wynikiem pobożności świętej. Sama nigdy nie dotarła do Rzymu, ani tym bardziej do Jerozolimy, więc prosiła nawet o wybudowanie repliki Scala Santa, czyli schodów, po których szedł Chrystus w pałacu Poncjusza Piłata. I tutaj nie można ich przebyć inaczej niż poprzez wejście na kolanach.

Ciekawostką jest wyszywany korporał, który pokazuje, że nie święci garnki lepią. Cały niemal wyszyła inna zakonnica w tak niezwykły sposób, że nie idzie odróżnić prawej od lewej strony, tylko fragment wykonany przez św. Katarzynę ma wyraźne zakończenia nitek.

W kilku miejscach klasztoru wypatrzyłam ręcznie pisane kartki, a to modlitwy, a to bulla o odpustach, a to listy pisane przez świętą. Zatrzymały mnie, bo kaligrafia to czuły punkt w moim patrzeniu. Właściwie to koło żadnego napisu nie przejdę obojętnie :)

Nie darowałam też różnym drobiazgom, okuciom, klamkom, poręczom.

Na koniec wyszliśmy do ogrodu. Imponujący wielkością, ale nie zagospodarowaniem, lecz nie dziwię się, to już przerasta możliwości garstki mniszek. Ciekawostką jest gaj oliwny, w którym zachowało się jedno drzewo z XVI wieku, czyli czasów Katarzyny, marzącej, by mieć i gaj oliwny, symbolizujący miejsce Modlitwy w Ogrójcu.

O rozmachu całego zespołu klasztornego mówi wypatrzony na ścianie obraz oraz widok satelitarny z map google (zaznaczyłam na kolorowo)