Przeglądając stronę z wydarzeniami w Toskanii od razu zatrzymuję się na imprezie pt. Festa Medievale w Malmantile. Nie dość, że średniowieczna, to jeszcze w miejscu, którego dotąd nie widziałam. Na zdjęciach wyglądało apetycznie. Po dobrym obiedzie (tym z poprzedniego wpisu) od razu wyruszyliśmy na wycieczkę. Impreza miała zacząć się późniejszym popołudniem, ale zamarzyło mi się rysowanie.
Dotarliśmy, nawet udało nam się znaleźć wolne miejsce na parkingu.
Po drodze zostałam "potraktowana" przez jakiegoś ptaszora - rzec by można, na szczęście. Jakże złudne przekonanie!
Było dość upalnie, a my mieliśmy do pokonania lekkie wzniesienie. Może nie strasznie wysokie, ale dotarcie na szczyt powinno być jakoś nagrodzone, nieprawdaż? Tak nie było.
Malmantile to dość współczesne miasteczko, poniekąd poprzerastane pozostałościami zamku. Mina mi zrzedła, nigdzie ciekawego obiektu do rysowania. Rozczarowanie pogłębiały szykowane właśnie na imprezę stragany z tak totalnym badziewiem, że postanowiliśmy wycofać się z pomysłu.
Nie zostaliśmy na samej feście, może i była ciekawa, choć trochę się już człowiek napatrzył i widzi, że czasami to głównie święto kiczu, a na to się zapowiadało.
Oto najładniejsze, co udało mi się uwiecznić.
Zajrzeliśmy tylko przez dziury w bramie, by zobaczyć mocno zachęcającą willę medycejską na końcu alei. Widać, że zadbana, zamieszkana. Ech!
No to co teraz?
Gdzie jedziemy?
Hmm, niedaleko jest Montelupo Fiorentino.
Zajrzeliśmy, ale też bez większego zachwytu. No bo nie byłam przygotowana, nie pomyślałam, że trzeba będzie dalej myszkować po terenie. Już teraz wiem, czego nie zobaczyliśmy. Odkładam to na przyszłość.
Oj! Wróć. Wcale nie tak, że wyjechaliśmy bez odrobiny piękna pod powiekami.
Chociaż jedną taką doniczusię czule bym przygarnęła. Tylko jak ją zabrać do auta?
To giganty reprezentujące miasto będące ważnym ośrodkiem produkcji ceramiki. Nawet miałam ochotę nabyć sobie łyżkę do odkładania sztućców, bo poprzednia zakończyła żywot upadkiem., no ale niedziela i sjesta stanęły na drodze i ustąpić nie chciały.
Oczywiście rzadkością jest, by nic nie przykuło mojej uwagi.
Piękna ceramiczna kapliczka.
Najbardziej zadbany posterunek carabinieri, jaki dotąd spotkałam.
Popiersie Baccio z Montelupo (XV wiecznego rzeźbiarza).
Albo scenka obyczajowa z dzieciakami hałasującymi pod statuą kobiety kładącej palec na ustach.
Coś mnie ten upał rozłożył, nie chciałam ryzykować jazdy w nieznane, bo bardzo chciało mi się rysować.
Wpadłam na pomysł, żeby pojechać jeszcze trochę dalej, do Empoli. Byłam tam 7 lat temu - 15 sierpnia. Zapamiętałam pustkę miasta, pozamykane sklepy i małe muzeum przy kolegiacie ze skarbami godnymi każdego wzroku. Dzięki tamtej wizycie wiedziałam nawet dokładnie, co się stanie obiektem uwiecznionym na papierze.
Chodzi mi o kolegiatę św. Andrzeja.
Mimo, że na żywo widziałam ją ten jeden raz w życiu, często na nią trafiam, gdy przeglądam materiały o architekturze toskańskiej, o jej pewnym bardzo charakterystycznym szczególe.
Chodzi o tzw. inkrustację toskańską, stosowaną na fasadach, tworzoną podobną metodą jak drewniane intarsje. O jednej już na blogu wspominałam - o zielono białych pasach kojarzonych ze stylem pizańskim. Jest jeszcze drugi styl zwany florenckim. Najbardziej znane przykłady takiej inkrustacji znajdziemy oczywiście w samej Florencji - to kościół San Miniato al Monte oraz Baptysterium. I tu zobaczymy zielony oraz biały marmur, ale ułożony w geometryczne wzory. Zobaczymy go nie tylko w stolicy Toskanii, styl rozprzestrzenił się po okolicy i jego, chyba najpełniejsza, realizacja w terenie zachowała się właśnie w Empoli, w romańskiej fasadzie. Czy też odczuwacie harmonię i spokój patrząc na nią?
Ciekawe, co kryje wnętrze?
Zadbany kościół.
W środku świątynia nie jest tak stara jak słynna elewacja, ale dla samego krucyfiksu z XIV wieku (w bocznym ołtarzu) będę tam wracać.
Ta mina Chrystusa! Mniej w niej cierpienia, a chyba więcej napięcia na pograniczu złości. No i rozkosznie nieprawdziwe proporcje ciała. Dałabym się pokroić za taki obiekt w domu. Chociaż... trudno mi się zdecydować, bo nad obrazem z głównego ołtarza wisi następny krzyż.. Tym razem niepomalowany, ale z zupełnie odmiennym wyrazem twarzy Ukrzyżowanego.
A pod nim cudny tryptyk Lorenzo Bicciego.
Zawsze też mnie poruszają figury Matek Bożych Bolesnych. Nie trzeba miecza, by odczuć ból przeszywający duszę tej udręczonej kobiety.
Niekorzystnie dla widoku placu, ale korzystnie dla moich celów, stała rozstawiona na nim widownia przygotowana na jakiś koncert. Był i cień i odpowiedni kąt, oparcie dla pleców, no i podusia zabrana z domu. Pełnia szczęścia!
Po pewnym czasie podeszli do mnie dwaj chińscy chłopcy i zaciekawieniem komentowali, co narysowałam. To zaciekawienie i podziw najpierw wyczytaliśmy z ich min, bo rozmawiali po chińsku. Potem Krzysztof do nich zagadał po włosku. Chłopcy płynnie przeszli na bardziej dla mnie zrozumiały język. Powiedzieli, że mają na imię Francesco i Andrea. Hi, hi. To pewnie na potrzeby szkoły. Krzysztof bardzo lubi ciągnąc ludzi za języki, chłopcom też nie odpuścił. A kiedy wakacje? Jaki sport najbardziej lubią? Itp. Zapytałam, czy chodzą do też jakiejś chińskiej szkoły. Francesco powiedział, że jest w Empoli możliwość chodzenia na kurs językowy, ale mamy nie stać na 100 euro. Szkoda. Muszą skromnie żyć. A może nie cenią sobie aż tak swoich korzeni? Wolałam nie drążyć tematu.
Plac w Empoli jest godzien zajrzenia do tego miasta. Bardzo miłe miejsce, z podcieniami, piękną fontanną.
Nawet bez rysowania, mogłabym na nim siedzieć godzinami i obserwować ludzi, coraz bardziej tłumnie wylegających na paseggiatę. Chodzący bukiet, pana gnającego na wózku inwalidzkim, czy restauratora szykującego rozstawiającego stoliki na wieczorną kolację.
Dodajcie do tego głęboki dźwięk dzwonów. Nie mogliśmy tylko rozgryźć, czy prawdziwe one, czy nagrane. Jak myślicie?
Krzysztof poszedł do auta. A ja jeszcze parę zdjęć chciałam zrobić i... się zgubiłam. Skręciłam nie w tę uliczkę i mocno się zdziwiłam brakiem parkingu. Dzięki temu zobaczyłam bardzo włoski obrazek:
Nieprawdaż?









