Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uffizi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uffizi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2013

W GŁĄB GÓRY LODOWEJ

Niedawno pisałam o "Perseuszu" Celliniego i wspomniałam, że zdjęcia robiłam czekając na pewne spotkanie. Właściwie to spotkania były dwa, ale o drugim na razie muszę zmilknąć, zanim nie zrealizuje się wspólne z kimś zamierzenie.
Każdego roku odwiedzam wystawę z serii "I mai visti", której zadaniem jest prezentacja wybranego fragmentu kolekcji z magazynów Uffizi. Ta w tym roku była jakaś słaba, mało obiektów, na siłę pozbieranych pod wspólnym tematem "Alchemia i sztuka".
Jakoś nic mnie nie prowokuje do opowiedzenia o niej. Kto żądny dowiedzenia się o niej czegoś bliżej, proszony jest o kliknięcie na link.
Zapewne mogłabym coś tam napisać, ale mam w zanadrzu inny skarb, który pokazuje, jakie bogactwa są na co dzień niedostępne zwiedzającym.
Przyjaciele Uffizi" wyrównali mi zawód z nawiązką, zapraszając do zwiedzenia Kolekcji Contini Bonacossi.
Przyznam się od razu! Nie miałam pojęcia, z czym będę mieć do czynienia. Absolutnie nic nie wiedziałam. Doświadczyłam jednak, że propozycje zwiedzania z przewodnikiem zazwyczaj są bardzo atrakcyjne, więc "zaryzykowałam".
Umówieni byliśmy pod wejściem numer 3 do Galerii, gdyż organizatorzy woleli być pewni, że wszyscy trafią pod XIV wieczną kamienicę numer 6 na ulicy Lambertesca. A przecież wystarczyło się skrzyknąć pod drzewem oliwnym ustawionym na tyłach prawego skrzydła Uffizi (idąc od Piazza Signoria), tym ku pamięci wybuchu bomby w 1993 roku.
Kilka metrów dalej kryje się fragment niewidocznej części góry lodowej.
Góry lodowej? Taką właśnie jawią mi się zbiory muzealne.
Owa wystawa, która tym razem mnie nie zachwyciła, corocznie pokazuje, że w muzealnych magazynach zalegają dzieła sztuki, dla których nie ma miejsc w salach stałej ekspozycji.
Jednak nie tylko magazyny skrywają skarby.
Są miejsca niby wystawowe, ale dostępne nielicznym. Taka jest właśnie kolekcja Contini Bonacossi.

Najpierw o tym, co to za zbiór i jak trafił do Uffizi.
Składają się na niego 144 obiekty, które Państwo Włoskie dostało wynkiem wielu prawniczych targów spowodowanych testamentem Alessandro Contini Bonacossi.
Czy to dużo, czy mało?
Jak doszło do jej przekazania?
Wyobraźcie sobie, że cała kolekcja liczyła około 1000 dzieł - obrazów, rzeźb, mebli, naczyń, itd. Hrabia  Alessandro był wdowcem, jego żona Vittoria zmarła w 1949 roku. Przymierzał się więc do tego, co zrobić z dorobkiem życia, jak uchronić integralność kolekcji, kogo ma obdarować? Najpierw miało to być Państwo Watykańskie, potem zaczął skłaniać się ku Włoskiemu. I z taką decyzją pozostawił spadkobierców, lecz ci nie chcieli rozstać się z bezcennymi dziełami, a raczej z prawem do nich.
Zaczęła się przepychanka. Spadkobiercy mieli rewelacyjnych (dla ich korzyści) prawników, którzy nawet doprowadzili do napisania ad hoc specjalnej ustawy podpisanej przez Prezydenta Republiki Giuseppe Saragata.
Wynikiem tych działań ustalono, że Włochy wezmą wybrane przez siebie 144 przedmioty, ale w zamian ... pozwolą na swobodne przekraczanie granicy pozostałej części kolekcji, czyli po prostu wypuszczą ją na rynek sztuki.
Oprowadzająca nas kustosz Giovanna Giusti powiedziała, że wybór dzieł był niezwykle trudny. Czym się kierować? Zdecydowano się na autorów i obiekty, których przedstawicieli nie było wśród florenckich zbiorów. Zamiast więc mieć któregoś z kolei Piero della Francesca czy Ucello, z bólem serca wybrano inne nazwiska.
Potem, gdy reszta dzieł trafiła na rynek, nabyto jeszcze kilka dzieł z kolekcji, ale już drogą sowitej zapłaty.
Kilkunastoosobowa grupka miłośników sztuki weszła za kraty na trzecim piętrze. Hmm? Właściwie to nie pamiętam, które to było piętro, bo byłam zbyt zafascynowana klatką schodową z odkrytymi fragmentami kamiennych ozdób. Na czas zwiedzania zostaliśmy zamknięci, niczym w sejfie.
Myślałam, że  w ogóle nie opiszę kolekcji, gdyż nie można jej fotografować, ale dzięki internetowi słowa znajdą swój obrazowy odpowiednik. Oczywiście, nie wszystko znalazłam, ale i tak się cieszę, że mogę uzupełnić notatki i nagranie.
Szliśmy przez siedem sal, w których zawieszono i ustawiono dzieła według klucza czasu i stylu.
Już w pierwszej jęknęłam z cicha i ten jęk towarzyszył mi  do końca.
Większości chciałabym się długo przyglądać, ale jak to bywa przy zwiedzaniu grupowym, jakieś mankamenty muszą być. To między innymi brak czasu, jaki by się chciało poświęcić na obejrzenie dzieła, a także subiektywny wybór oprowadzającej. Widziałam, że nie tylko ja mam taki problem, nie tylko ja ociągałam się, odchodziłam od grupy.
Z powodu braku pełnej dokumentacji nie mogę zaprezentować całej kolekcji, ale może to i dobrze, bo i tak wyskubuję chwile, kiedy jestem w stanie palcami po klawiaturze śmigać. A poza tym dochodzenie do niektórych zdjęć, w miarę dobrej jakości trwało i trwało.

Trudno w ogóle pisać, że poliptyk Ugolino di Nero jest najsłabszy z pierwszej sali. On tylko mniej mnie zainteresował, ale wcale bym takim nie pogardziła. Ciekawe, jak wyglądał w oryginale? Ilu elementów brakuje, gdzie się znajdował? Podobne pytania ciągle przewijają się w mojej głowie, gdy widzę takie skarby. Jak trafił na rynek? Z jakiego kościoła? Dlaczego tam nie pozostał? Teraz taki osowiały, pozbawiony kontekstu.
http://upload.wikimedia.org
Przy Janie Chrzcicielu Giovanni del Biondo mogłabym stać godzinami. Tyle tam do obejrzenia, cała nadzwyczajna historia ostatniego proroka Starego Testamentu. Obraz mocno zakorzeniony w gotyku, z  tak miłą memu sercu perspektywą hierarchiczną, która chyba najwyraźniej jest widoczna w scenie wręczania głowy świętego, w prawym dolnym rogu.  Centralny panel pokazuje Jana Chrzciciela w dość niezwykłej pozycji. To znaczy on sam po prostu stoi, ale stoi depcząc jednocześnie Heroda. 
http://upload.wikimedia.org

Przy całej niezwykłości obrazu Sassety pt. "Madonna Śnieżna" nie można pominąć jednego detalu - śniegu na półmisku, po prawej stronie Matki Bożej. Uroku dodają też anioły, które ... lepią śnieżki! Powstanie obrazu jest związane z Rzymem i historią cudownego opadu śniegu podczas upalnego lata - 5 sierpnia 352 roku. Miał to być znak dla patrycjusza Jana, w którym miejscu ma wybudować świątynię, jako wotum dziękczynne za potomka. Jest to obecna Bazylika Santa Maria Maggiore, oczywiście w Rzymie. Historia ta jest pokazana w predelli (małe obrazki na dole), ale niestety dość mocno zniszczonej. Sam obraz powstał dla katedry w Sienie. A jak się znalazł u prywatnego kolekcjonera? Ba!
http://upload.wikimedia.org

Niestety nie mogę Wam pokazać pięknych gotyckich polichromowanych rzeźb, czy stołu stojącego pośrodku sali. 
Po wejściu do następnego pomieszczenia od razu trzeba podejść do fresku Andrei del Castagno, tak specyficznego w swoim stylu. Kiedyś pisałam o jego Ostatniej Wieczerzy. Tutaj całe dzieło - "Madonna di casa Pazzi" - zdaje się być arrasem, jakąś tkaniną, albo niezwykłą tapetą. Wszystko przez ornament w tle, który konkuruje z postaciami z pierwszego planu. Ta "tkaninowość" jest widocznym śladem po pobycie artysty w Wenecji, bardziej zdobnej, bardziej ornamentowej, bardziej bizantyńskiej. Fresk pochodzi z Zamku Trebbio z Pontassieve, został niezbyt umiejętnie zdjęty w XIX wieku, wynikiem czego nie zachował się w całości. Ponoć pozostawiono część malunku. Dziwne to rozłączenie. Zastanawiające jest też wielka okrągła plama, choć owo koło akurat nie jest wynikiem złej techniki zdejmowania fresku, przypuszcza się, że w miejscu powstania mógł być tam herb, albo okno. W końcu jednak skupiam się na postaciach. Na Dzieciątku z dziwnie wydętym brzuszkiem  i na bliźniętach z rodu Pazzi, dzięki których wizerunkom można datować fresk, gdyż wiadomo, że urodziły się w 1437 roku. Lubię dziecięce wizerunki. Madonna na szczęście jest łagodniejsza, niż mocne wyraziste twarze świętych Jana Chrzciciela i Hieronima. Mówi się nawet o inspiracji czerpanej z Fra Angelico. 
http://upload.wikimedia.org

Zaraz obok wisi obraz, który łączy z poprzednim postać świętego Hieronima. Tutaj jest sam, na pustyni. A autorem tego niezwykłego dzieła jest Giovanni Bellini. Właściwie to bardziej odosobnienie, niż pustynia. Wszystko w brązach każe pytać, czy to wynik braku konserwacji, czy to brud i zestarzenie się werniksu? Tym bardziej, że inna wersja tematu, z National Gallery of Art w Waszyngtonie, ma dużo bogatszą kolorystykę.
http://upload.wikimedia.org

http://upload.wikimedia.org
Przy okazji wspomnę, że te dwa dzieła są przykładem na sposób funkcjonowania warsztatu weneckiego artysty, jak i u innych malarzy. Otóż często zdarzało się, że podczas powstawania dzieła równolegle tworzono następną jego wersję, by móc pokazać obraz potencjalnemu klientowi. Nie było przecież ksero, fotografii, ani innych udogodnień pozwalających gromadzić dokumentację działalności. Bardzo często wykorzystywano też swoiste szablony (kartony), na ich podstawie obraz zaczynał uczeń, kończył mistrz. 
W obrazie z kolekcji widzimy oddalonego od cywilizacji św. Hieronima studiującego Pismo św.  Jednak nie idzie zapomnieć o całym pozostawionym przez niego świecie, który kusi w tle obrazu, prowadzi nas tam ścieżka i most.

Ciekawe jest zestawienie obrazów o tej samej tematyce, ale różnych autorów. Tak zrobiono w kolekcji, zaraz obok dużego dzieła Belliniego powieszono malutkiego św. Hieronima, autorstwa Cima da Conegliano. W końcu pojawia się lew - atrybut św. Hieronima oraz czaszka wskazująca na pokutny charakter wyjścia na bezludzie. Za to skały i krajobraz są łagodniejsze, bardziej przyjazne pustelnikowi.
http://upload.wikimedia.org
Po drugiej stronie drzwi wisi obraz, który właściwie to chciałam załączyć do kolekcji pt. "Psy w sztuce". Oczywiście, zwierzę nie jest głównym motywem "Kolacji w Emaus" Vincenzo Cateny, ale kiedyś kupiłam taką książeczkę i jakoś bardziej zwracam uwagę na wiernych towarzyszy ludzi w dziełach sztuki. Choć ten pod stołem wygląda jak jakaś krzyżówka kota z psem. 
Ale przecież nie tylko pies przykuwa mój wzrok. Nie macie wrażenia, że to pomniejszona wersja "Ostatniej wieczerzy"? Wiadomo, tutaj nikt nie podnosi się na dźwięk słów, że wśród nich jest zdrajca. Jednak jest też pewien rodzaj zaskoczenia, gdy uczeń rozpoznaje Chrystusa po geście łamania chleba. 
Po cichutku, jako maniaczka szkła, przyznam się, że z chęcią zaopiekowałabym się butelczyną ze stołu, mogłaby być nawet pusta.
http://upload.wikimedia.org



W tej samej sali wiszą majolikowe medaliony della Robbia, których jeszcze więcej "gnębi" mnie w korytarzu łączącym niektóre sale.  Ach!
http://www.riquadro.com/gestionenews/immagini_news/313-3.jpg

http://farm4.static.flickr.com/3427/3731806000_23b80a255b.jpg

http://farm3.staticflickr.com/2601/3731010351_b734eb70b3_z.jpg
Podejrzewam, że zostały zdjęte bezpośrednio z jakichś ścian i wstawiono je w ramy, których jednakowy styl wskazuje na oprawę przez kolekcjonera. Uffizi zdecydowało zostawić nie tylko te dzieła w starym obramowaniu, dzięki czemu możemy zobaczyć, jaki gust i styl miał Alessandro Contini Bonacossi. Tutaj akurat widać tylko drewniane ramy, ale niektóre obrazy są dodatkowo na niebieskim welurze, który zniszczony z daleka sprawiał na mnie wrażenie dżinsu :) Czasami wygląda to niemal kuriozalnie, stary średniowieczny obraz z dżinsowym passperteou.
I znowu nie mogę pokazać mebli, a przecież i one są piękne, kunsztownie wykonane, cud starego rzemiosła.
W tej samej sali wiszą jeszcze dwie XIV wieczne tablice Paolo Veneziano, z historią św. Mikołaja.
http://upload.wikimedia.org
Może są tak mi bliskie, bo lubię predelle. W podstawach większych obrazów dzieją się zazwyczaj piękne historie, nie tylko religijnie, życiowo, ale i malarsko.  Tutaj widzimy moment narodzin przyszłego biskupa oraz gest,  który obchodzimy każdego 6 grudnia, czyli rozdawanie jałmużny, zamienionej z czasem w podarki. W scenie kąpieli noworodka jest ukazany mniej znany cud, kiedy to chłopczyk zaczyna się modlić.
Z kolei po prawej stronie trzema złotymi kulkami (atrybut świętego na obrazach) słynny biskup ratuje trzy panny dziewice przed prostytucją, do czego chciał je przekazać własny ojciec z braku pieniędzy na posag.
Kocham tę żywość barw, tę odmienną perspektywę. Przyznacie, że narzuta na łóżko wybija się swoją wyrazistością wzoru?
Z natury rzeczy i wynikiem napisania takiej a nie innej pracy magisterskiej, od razu zwracam uwagę na obraz Giovanniego Girolamo Savoldo. Zadziwiająca Maria Magdalena.
Pozwolę sobie pokazać Wam niezwykle podobny obraz, żeby było wiadomo, co mnie w niej tak zadziwiło. To jest londyńska wersja.
http://upload.wikimedia.org
Znalazłam tylko czarno-biały wizerunek z florenckiej kolekcji. Niestety, żeby go zobaczyć, trzeba wejść w katalog i wpisać numer 00191348 w 7 okienku (NCTN) ,  następnie na samym dole kliknąć "cerca".  Zachęcam Was jednak, byście zobaczyli, że i tutaj ma miejsce praktyka artysty kopiującego własne dzieła. 
Ale wcale nie to mnie zaskoczyło, hi hi hi. To już wiedziałam. Otóż, nigdy nie spotkałam tak szczelnie opatulonej Marii Magdaleny. Zazwyczaj, jeśli jest odziana, to albo stoi pod krzyżem, albo zaczyna pokutę i ma na sobie strojne suknie. Już w trakcie samotniczego i pokutnego życia jej ubrania, według "Złotej Legendy" Jakuba de Voragine, rozpadły się i jedyne, co ją okrywało, to długie włosy. Pamiętacie "Marię Magdalenę" Donatello? Szkoda, że nie znalazłam takiej reprodukcji podczas poszukiwań ikonograficznych do mojej pracy. Stąd moja uwaga skupiona głównie na tym obrazie.
A przecież w pomieszczeniu jest jeszcze nadzwyczajnej urody "Madonna karmiąca" Defendente Ferrari.  Patrząc na obraz niemal odczuwam czułość, którą Maryja darzy Dzieciątko. Czuję ciepło małej dłoni opartej na miękkiej, pełnej mleka piersi. Z jednej strony jest więc bardzo intymnie, ale z drugiej dość uroczyście. Na tle królewskiej czerwieni widzimy bogate stroje, pęknie drapowane tkaniny. 
http://www.vitatrentina.it/rivista/2012/anno_87_-_n_23
Z tej sali nie znalazłam już więcej reprodukcji. 
W czwartej przekornie najwięcej uwagi skupia nie obraz, ale kunsztowna płaskorzeźba, inspirowana biczowaniem Piero della Francesca. Niestety nie znalazłam nic, poza katalogiem muzeum, z którego nie da się podlinkować zdjęcia, więc odsyłam do wyszukiwarki, znowu w okienku NCTN należy wpisać numer dzieła (002945900). Gdy już pokaże Wam się zdjęcie, pod nim są słowa "Visualizza in grande formato" - kliknijcie, wtedy zobaczycie, dlaczego tak przyciąga ta płaskorzeźba - niezwykłą przestrzenią i precyzyjną perspektywą linearną.
Płaskorzeźba "wygrała" z "Madonną i ośmioma świętymi" Bramantino. Usiłuję zrozumieć, dlaczego jestem na "nie"? Nazwałabym to zbytnim uładzeniem. 
http://upload.wikimedia.org
No może jednak nie wszyscy są na straconej pozycji, jak na przykład Bocaccio Boccaccino ze "Świętym Mateuszem", którego mogę pokazać jedynie w takiej postaci:
http://www.scalarchives.it/scalapic/190506/c/0133280c.jpg
Z "Michałem Archaniołem" i "Świętym Bernardem" Bernardo Zenale też z chęcią bym jeszcze poprzebywała, przyjrzała się ocalałym fragmentom "Poliptyku św. Anny". Szczególnie interesuje mnie ikonografia Michała Archanioła, może ze względu na to, że mam chrześniaka o tym imieniu? Z tej tablicy najbardziej porusza mnie kontrast między łagodną sylwetką Anioła nad Anioły, a tym co czyni,  pognębia szatana (wcale nie słodkiego) i waży ludzkie uczynki. 
 

Kolekcja ma poniekąd dwie części, wygląda na to, że zaadaptowano na jej potrzeby dwa osobne kiedyś lokale. Pierwsza część kończy się na piątej sali takimi mocnymi nazwiskami jak Veronese czy Tintoretto.
Przyznam się, że zapamiętałam najbardziej "Portret Iseppo da Porto z synem Adrianem" Paolo Veronese. Ciekawe zderzenie powagi XVI wiecznego polityka z ojcowskim gestem oraz skubaniem palca przez chłopczyka. Dodatkowo kontrast potęgują ciemne stroje obydwóch krewnych, ewidentnie będących w dobrej komitywie. Pusta przestrzeń poza nimi, architektura w domyśle, nie dekoncentrują na innych detalach, cała nasza uwaga wędruje ku portretowanym. Tatuś się synka nie wyprze, choć widać, że wcale nie ma na to ochoty, fryzura mówi sama za siebie, niepotrzebne jest badanie DNA :)

Tintoretto jakoś mnie nie zachwycił, może z powodu mitologicznej tematyki, która jakoś nie pociąga mnie ku sobie. Poza tym jego styl leży też już poza kręgiem moich ulubionych. Nawet mi się nie chciało szukać fotografii obrazu.
Wcale nie jest tak, że nie lubię bliższych nam epoką malarzy. Mogę spokojnie wychylić nos poza Renesans :) O czym za chwilę Was przekonam.
Przeszliśmy korytarzem z majolikami, obok drzwi zamykających magazyn arrasów i weszliśmy do odnowionych sal z XVII wiecznymi ornamentami na ścianach oraz zbiorami majoliki.  "Aha! no tak, takie resztki z kolekcji, co to nie wiadomo, gdzie je ulokować." - pomyślałam. Jakież było moje zaskoczenie, gdy potem weszliśmy do sali z trzema hiszpańskimi dziełami. Na jednej ścianie skromnie wisiał przypisywany El Greco obraz "Płaczący św. Piotr".  Znowu tylko w czarno-białym katalogu (nr 00294579).  Do Zurbarana z kolei mam wielki sentyment, bo jego obraz towarzyszył mi na okładce "Siedmiu wieków malarstwa europejskiego" Marii Rzepińskiej, od której chyba zaczęłam przygodę z historią sztuki, jeszcze przed studiami.
Tutaj czekał na mnie nieznany mi zupełnie "Święty Antoni Opat" (znowu jedynie taka reprodukcja). Chyba byłam zbyt zmęczona, bo już nic sobie nie zapisałam.
http://www.scalarchives.it
Zupełnie wyleciał też mi z pamięci Velazquez. Torba odcinała mi ramię. Czy ja zawsze muszę tyle zabierać?
Jednak bardzo ożywiłam się na widok rzeźby "Męczeństwo św. Wawrzyńca" autorstwa młodego Berniniego. Oczu oderwać nie mogłam, żal mi było z sali wychodzić. Prawdopodobnie jest to "tylko" studium przygotowawcze do innego dzieła. Tylko! Jeśli tak ma wyglądać przygotowanie do czegoś innego, to ja nigdy nie wyjdę z poziomu wprawek. Trudno odgadnąć, czy wygięcie ciała jest bardziej barokowe, czy wynikające z  bólu zadawanego przez płomienie ognia.  Jeden ze spadkobierców twierdził, że z tego drugiego. Znaleziono jakąś jego notatkę, w której wspomina, że Bernini sam na sobie próbował wrażeń z przypalania ciała. Zasłużył więc chyba, żeby rzeźba nosiła jego autoportret?
http://www.arte.it/foto/500x375/f4/528-Gian_Lorenzo_Bernini_-_San_Lorenzo_sulla_graticola_Firenze_Uffizi_1614ca_.jpg
I tu zakończę. Choć jest jeszcze jedna sala, ale znowu z Tintoretto i mitologią, i obrazami, które były namalowane do ulokowania na suficie, a teraz są za blisko, na ścianach.
Zapamiętajmy więc Gian Lorenzo Berniniego, chociażby dla niego jednego warto było się męczyć dźwiganiem torby.
No to się napisałam. Od wielu, wielu dni usiłowałam skończyć, ale poszukiwania zdjęć zabierały mi mnóstwo czasu. A bardzo chciałam sobie zapamiętać i zachęcić Was do odwiedzenia kolekcji.
Wiem, wiem. Obecnie jest słabo dostępna, tylko zamówione grupki. Ale ...
Jest nadzieja!
Otóż z nowego skrzydła Uffizi będzie prowadził do kolekcji specjalny łącznik. Warto więc wiedzieć, do czego kierować będą napisy. Pamiętajcie - COLLEZIONE CONTINI BONACOSSI!

sobota, 14 stycznia 2012

NOWA KARTA, NOWE UFFIZI I W OGÓLE NOWY ROK

We wtorek (widzicie, jak opornie idzie mi pisanie) wybraliśmy się do Florencji, by nabyć Karty Przyjaciół Uffizi i przy okazji zajrzeć na dwie wystawy.
       Jedna bardzo tymczasowa, coroczna bożonarodzeniowa "I mai visti" (Nigdy niewidziane) tym razem pod tytułem " Odsłonięte twarze". Jej bohaterami są głównie rzeźbiarskie portrety starożytne, a dodatkowo obrazy o tematyce nawiązującej do antyku. Obrazy, jak obrazy, aż tak bardzo powalających na kolana dzieł nie zauważyłam, właściwie to żaden mnie nie zatrzymał. Za to rzeźby? I owszem, tak.
żródło:  http://artesenzaconfini.myblog.it/archive/2012/01/11/volti-svelati.html   
Wspaniałe, czasami tak realistyczne, że czuć było za nimi sportretowanego człowieka. Od razu chciało się dorabiać mu historię. Jest w tych rzeźbach tyle życia, a wszak uwiecznieni w kamieniu umarli wieki temu. Ciekawe, że rzadko tak mnie porusza rzeźba portretowa, zazwyczaj wydaje się być zbyt wyidealizowana. Tutaj spoglądałam na wybrzuszenia w czaszce, na misterne fryzury, na żyłkę pod skórą i miałam wrażenie, że zaraz usłyszę jakieś ploteczki ze starożytnego Rzymu. Cezar i zwykły człowiek, 44 twarze obok siebie milcząco świadczą o swoich czasach.
Ciekawostką może być, że prawdziwie starożytne najczęściej są same głowy, reszta "narosła" w późniejszych wiekach. A w ogóle to początki kolekcji zawdzięczamy, a jakże by inaczej, Wawrzyńcowi Wspaniałemu. Wspaniale!
Znalazłam jeszcze taki oto plik PDF z częścią wystawionych prac oraz artykuł, także z obrazami odwołującymi się w jakiś sposób do starożytności.
Pomyślałam sobie, że tytuł wystawy może też być dosłowny. Nigdy nie widziałam magazynów muzealnych, ale wyobrażam je sobie trochę jak letni dom podczas zimy. Wszystkie meble w pokrowcach - rzeżby przykryte płótnami.

         Druga wystawa zapowiada się na stałą, bo to tzw. Nowe Uffizi. 18 grudnia 2011 otworzono nowe skrzydło z 10 salami poświęconymi zagranicznym malarzom. Przyznam, że trudno znaleźć ten fragment ekspozycji. Liczyłam na "Nowe Uffizi" i w ogóle coś krzyczącego w stylu "koniecznie zobacz". W końcu zapytaliśmy jedną z pilnujących pań. Być może udałoby nam się trafić na to wejście, bo i tak planowaliśmy wizytę w barze. A właśnie do baru należy się skierować, by znaleźć dostęp do nowego skrzydła. Tuż przed barem wchodzimy na nową klatkę schodową wybudowaną tak, że osobom z lękiem wysokości nie polecam spoglądania poza poręcze.
Każdemu zwiedzającemu chcącemu udać się do toalety przyda się też informacja, że nie musi stać w kolejce przy starych toaletach. Niech idzie do tamtego skrzydła, czysto i nietłumnie.
A samo malarstwo? Najpierw oszałamia tło ścian. Obłędnie intensywny błękit.
http://www.ilgiornale.it/cultura/nel_blu_dipinto_blu_nuovi_uffizi/18-12-2011/articolo-id=562991-page=0-comments=1
Dużo Niderlandów, co bardzo lubię. Małe obrazki z mieszczańskich domów, mistrzowsko pokazujących zwyczajne życie. Ale nie tylko. Także wielkie nazwiska, nie tylko flamandzkie: Rubens, Rembrandt, Van Dyck,  czy Goya albo El Greco.
Poszperałam w internecie i znalazłam prezentację zapowiadającą dopiero nowe skrzydło, wymieniającą autorów dzieł.

A gdzieś indziej parę zdjęć.
A że zdjęć własnych z muzeum nie mam, to na koniec proponuję choć kilka barwnych zestawów z samej Florencji.
Jako że zima ponoć - o czym ma świadczyć poranny szron - wejście do jednego sklepu.
Zestaw fioletów i różów. Bardzo często przechodzę koło tych lamp, ale nigdy nie zajrzałam na podwórze, a tam fiolecik jak znalazł. Kilka ulic dalej, w tym samym barwnym klimacie wypożyczalnia rowerów.
Od razu chce się dziarsko maszerować w rytmie arkad Santa Maria Novella.

wtorek, 6 grudnia 2011

CUD, ŻE SIĘ NIE PRZEZIĘBIŁAM

Po niezwykle pięknym listopadzie, pełnym ranków Bogusia pławiącego się w słońcu, wszyscy związani z uprawami z ulgą przywitali grudniowe deszcze. Poziom wód spadł tak nisko, że ze strachem przyglądano się dziwnej jesiennej suszy. Z pierwszym dniem grudnia pogoda wróciła do normy, czyli przywlokła porę deszczową. Sezon wycieczek czas zakończyć, ale nie sezon na zwiedzanie. Trochę wnętrz jeszcze pozostało, ciągle pojawiają się nowe wystawy. Wystarczy znaleźć czas. Taaa! W grudniu!
Ale ja znalazłam, nie mogłam sobie odmówić propozycji "Przyjaciół Uffizi" zapraszających na wykład o narodzinach malarstwa zwanego florenckim. Gratką  samą w sobie był dzień spotkania - poniedziałek, gdy w pomieszczeniach muzealnych nie znajdziesz turysty. Wykład poprowadził Angelo Tartuferi wybitny specjalista w dziedzinie malarstwa średniowiecznego, co było słychać w pasji z jaką opowiadał o czterech dziełach tymczasowo wystawionych w drugiej sali Uffzi, tam gdzie są trzy wielkie "Maesty". Ja to bym chciała, żeby się rozpędził i detal po detalu omówił, ale pewnie trwałoby to aż do następnego dnia, do wpuszczenia zwiedzających :) Na przykładzie czterech dzieł pokazał nam cechy charakterystyczne wczesnego malarstwa florenckiego, bliskiego warsztatowi Coppo di Marcovaldo, pierwszego bodajże artysty z tego rejonu znanego z nazwiska, a którego przepiękne dzieło ma też szczęście posiadać katedra w Pistoi (z prawej strony).
Krzyż oznaczony przez muzeum numerem 434 różni się oczywiście od tego z Pistoi, ale widać w obydwóch silne wpływy malarstwa bizantyjskiego. Dzieła eksponowane w Uffizi mają jeszcze silnie zaznaczone światło w postaci cienkich białych kresek, tak dobrze znane z ikon. Wyznaczona nimi muskulatura to raczej ozdobny układ graficzny a nie odzwierciedlenie rzeczywistego umięśnienia człowieka. A już bliki na obojczykach to niemal dialog z ciemnymi lokami Chrystusa.
Ten krzyż i mały obraz przedstawiający stygmatyzację św. Franciszka pochodzą z zasobów Uffizi, dwa następne dzieła - tablica ze świętym oraz "Madonna z Dzieciątkiem" zostały wypożyczone z Muzeum Puszkina, w ramach obchodów kończącego się już roku "Italia - Rosja 2011".
Tablica ze świętym nosi niestety ślady jakiejś późniejszej ramy oraz nieumiejętnych prac konserwacyjnych. Mocno zniszczona i tak budzi podziw detalem. Co ciekawe, tego detalu nie mają aureole, to co mnie zachwyca u Fra Angelico tutaj jest mocne wyraziste, to jeszcze nie czas na finezyjną koronkę.
Madonna jest bardzo mocno powiązana z jednym z trzech typów ikon, zwanym eleusa, w którym Matka Boża poniekąd zatraca dostojeństwo na rzecz czułości. Jezus (tutaj znowu jako dorosły) ręką czule otacza szyję swojej Rodzicielki. Tak sobie myślę, że nie od parady są te małe sceny po bokach. Gdy patrzę na oczy Madonny to mam wrażenie, że rozważa najważniejsze wydarzenia ze swojego życia.
Nie zastanawia Was fakt, że mam zdjęcia?
Otóż już po skończonym wykładzie, po narzekaniu na przedziwną organizację funkcjonowania Uffizi w internecie (samo muzeum nie posiada własnej strony!), gdy niemal wszyscy już wyszli, zapytałam nieśmiało dottore, czy mogę zrobić zdjęcia. On się tak mile uśmiechnął, jak by czekał, aż ktoś go w końcu o to poprosi i powiedział "oczywiście!". Jeszcze jedna ociągająca się pani szybko skorzystała i chociaż telefonem zrobiła sobie kilka fotek.
Po takiej dawce pozytywnej adrenaliny nie mogłam zachorować, mimo, że od kilku już godzin byłam w mokrych zupełnie butach (kto w lekkich półbutkach wybiera się na taki deszcz?). Czekając na spotkanie salwowałam się najpierw herbatą w jakimś barze, gdzie kelner nim otworzyłam usta powiedział do mnie "priviet", a barmanka dowiedziawszy się, że jestem Polką stwierdziła, że Polska to gdzieś tam na Ukrainie!  To mogło rozgrzać. Potem poszłam na portiernię Uffizi i poprosiłam czy mogę poczekać pół godziny, bo ciepło. To znaczy nie siedziałam w samej portierni, tylko na ławce w przejściu służbowym.  Jakież inne z tej strony muzea. Takie bidne, obdrapane z zegarem rejestrującym wejścia i wyjścia pracowników. Zaniedbane, ale ciepłe, pomogły mi uniknąć wychłodzenia.
Zanim jednak wymyśliłam, żeby tam pójść, usiadłam w Loggi dei Lanzi i obserwowałam turystów, dobrze, że byłam po wizycie w księgarni, mogłam zakupami szlachetną część ciała odizolować od zimnego kamienia. Co tam deszcz! Już nie lało, czasami tylko jakaś kropla zabłądziła. A zdjęcia trzeba zrobić. No to ja sobie też takowe robiłam :) Najpierw fotografującym:
Potem rozmaitościom, a tak mnie jakoś wzięło:

A nogi przez 5 godzin były mokre....

środa, 16 lutego 2011

ZAPRASZAM DO UFFIZI

Zapewne niektórzy z Was spotkali się z nowym projektem Google nazwanym googleartproject. Trudno o nim nie wspomnieć, jeśli wśród kilku muzeów wprowadzonych na listę wirtualnego zwiedzania pojawiły się Uffizi. Kiedyś rozkoszowałam się taką możliwością na stronie muzeów watykańskich, ale tam okienko było zbyt małe, by dać dobry wgląd w muzealne zbiory. Brakowało mi też reprodukcji poszczególnych dzieł w bardzo dobrej rozdzielczości.
Z przyjemnością więc zapraszam w imieniu Google do Florencji - bez rezerwacji, bez stania w kolejkach. Zawsze to coś, jeśli nie można osobiście spotkać się z mistrzami, zajrzeć w ramy, prześledzić gest pędzla.

Oto więc Muzeum Uffizi w wirtualnym wydaniu.



wtorek, 13 stycznia 2009

ROK MUZEALNY

Tak bym nazwała inicjatywę, jaką przedsięwzięliśmy dzisiaj. Ależ to skomplikownaie zabrzmiało! Chodzi o to, że pojechaliśmy do Florencji i zapisaliśmy się do Stowarzyszenia Przyjaciół Biurowych. No dobra! Coś mnię się dzisiaj żarty trzymają. Chodzi oczywiście o Przyjaciół Uffizi, w wolnym tłumaczeniu.
Wykupuje się karnet-kartę, pojedyncza osoba w cenie 60€, myśmy mogli podpiąć się pod tzw. familijny (chyba jakaś duchowa rodzina z nas!), więc karta kosztowała 50€ na osobę. W tej cenie ma się możliwość zwiedzania wielu muzeów florenckich (łącznie z Uffizi), w dodatku bez czekania w kolejkach. Czasami też dla członków są organizowane jakieś darmowe oprowadzenia. To Stowarzyszenie rocznie wydaje około 2000 imiennych kart wejściowych. Pani w biurze powiedziała nam, że wśród nabywających przodują studenci amerykańscy! Celem ugrupowania nie jest tylko zapewnienie klientów muzeom. Organizują oni zakupy obiektów do muzeów, odnawianie tych już nabytych oraz wystawy. I właśnie wystawa z serii "Nigdy niewidziane" to ich dzieło. W zeszłym roku opisywałam "Chleb aniołów", w tym roku jest to "Meduza. Mit, antyk i Medyceusze". Dzieła z depozytu Uffizi ułożono według trzech ścieżek myślowych (jak sam tytuł wskazuje): Meduza a mit, Meduza w antyku, Meduza a Medyceusze.
Przypomnę, że Meduza była najstraszniejszą i zarazem najpiękniejszą Gorgoną, miała we włosach węże a jej wzrok zamieniał człowieka w kamień. Pokonał ją Perseusz ścinając głowę, którą to Atena umieściła na tarczy Zeusa. Z jej krwi zrodził się Pegaz, Chryzaor (mniej popularny brat Pegaza) oraz czerwony koral. Dotąd najbardziej mi znanym przedstawieniem była Meduza, właśnie na tarczy, namalowana przez Caravaggio. Jej jednak nie było na wystawie, gdyż na co dzień nie leży zdeponowana w czeluściach muzealnych, lecz odniowiona jaśnieje cudnie w jednej z sal Uffizi. Na wystawie reprezentowała ją świetna reprodukcja plus slajdy wyświetlane w oknach pomieszczenia, skądinąd bardzo ciekawego (bo są to sale byłej Poczty Królewskiej, naprzeciw wejść do Uffizi).
Takich reprodukcji i slajdów było więcej. Rozszerzono w ten sposób ikonografię o eksponaty z innych muzeów. A które autentyczne przykuły moją uwagę? Prawdziwie starożytna tarcza z reliefową głową Meduzy, komentarz do "Boskiej Komedii" z XV wieku, no i oczywiście obraz jakiegoś mistrza flamandzkiego. Do wejrzenia tutaj.
Po wystawie nastał czas na strawę nieduchową. Wyjątkowo zamarzyła mi się pizza. Odeszliśmy więc trochę w kierunku Santa Croce i znaleźliśmy pustawą knajpkę, pizza z czterema serami była wyśmienita! Potem wyruszyliśmy w kierunku Palazzo Davanzati, od niego chcieliśmy zacząć zwiedzanie jako Biurowi Przyjaciele. Niestety okazało się, że jest czynne tylko do obiadu, to samo spotkało nas przy Bargello. Ale Galleria della Academia zapraszała otwartymi drzwiami. Więc zajrzeliśmy do ... Dawida.
Tzn. inne obiekty też obejrzeliśmy, ale zaczęliśmy od tego najsłynniejszego. Krzysiu mnie prowokował pytaniami typu: co jest wyjątkowego w tej rzeźbie? A czy Mitoraj umiałby tak? Skąd taka sława? Nie satysfakcjonowały go "wyświechtane" argumenty, że Michał Anioł wykazał się wspaniałym warsztatem, że odzyskał 4metrowy marmurowy złom, z kórym inni wielcy nie potrafili sobie poradzić, że zmienił oś, by ominąć skazę, że głowa świadomie jest za duża bo rzeźbiarz uwzględnił perspektywę patrzącego. I tak staliśmy i dywagowaliśmy. Może faktycznie przy obecnej technologii łatwiej byłoby uzyskać taki efekt?
Potem po kluczu rzeźbiarskim zajrzeliśmy do gipsoteki, czyli zbioru odlewów gipsowych. Nie znam, niestety, ich dokładnego przeznaczenia, wiem, że posługiwano się takimi odlewami jako swego rodzaju pomocami, ale jak to robiono? Na wielu odlewach widać ślady wyznaczające kluczowe punkty w rzeźbie. Chciałabym widzieć, jak się posługiwano takimi modelami.
Potem zagłębiliśmy się w świat mojego ulubionego malarstwa z XIII i XIV wieku. Nie obejrzeliśmy wszystkiego, co proponuje muzeum. Wystarczy tego na jeden dzien. Przecież możemy tu wrócić, to wielkie błogosławieństwo.

piątek, 4 stycznia 2008

CHLEB ANIOŁÓW


Pod takim tytułem Uffizi zorganizowało wystawę z serii "Nigdy nie widziane". Hmm? Czy dobrze zapisałam? Jak to teraz jest z tymi imiesłowami?
Ale wracając. Otóż, według komentarza poprzedzającego wystawę, rokrocznie na Boże Narodzenie z czeluści magazynów zostają wyciągnięte na światło dzienne dzieła, które nie zmieściły się w salach wystaw stałych. Wstęp wolny!
Zawiesza się te dzieła według jakiegoś klucza. Tym razem była to VII edycja z krótką historią zbawienia. Od zapowiedzi starotestamentalnych aż po Mękę Pańską. Wiadomo, nie wszystko rzuci na kolana, ale zwracam honor Botticellemu za "Madonnę della loggia". Tak jak nie przepadałam za jego malarstwem, tak tutaj napatrzeć się nie mogłam na maestrię pędzla. Właściwie bliższy był Lippiemu niż sobie. Zadziwiająca była też, zwłaszcza ikonograficznie Madonna zapatrzona boleśnie w kielich postawiony w koronie cierniowej, pełen krwi z zanurzonymi weń gwoździami. Długo też stałam przed arrasem z "Ostatnią Wieczerzą" według projektu Alessandro Allori i Francesco Salviati. Zastanowił mnie jeden szczegół, czy człowiek podający kotu jedzenie to Judasz, co miał więcej litości dla zwierzęcia, niż dla swego Mistrza?
Krótki wypad do Florencji uzupełniliśmy zakupami parafialnymi, ale bardzo nietypowymi. Mianowicie wybrałam zestaw farb do malowania twarzy, żeby pomalować dzieci na corocznej zabawie karnawałowej. Zdążylismy wrócić na ciut tylko późniejszy szybki w przygotowaniu obiad - makaron z gorgonzolą. Przy okazji odkryliśmy, że podarowane nam na Boże Narodzenie wino własnego wyrobu to poezja stojąca na granicy wytrawności i słodyczy.
A potem krótki spacer z psami. W oddali kusiły góry nabrawszy świeżej bieli śniegu.
No i jeszcze chciałam przywitać nową czytelniczkę Agę i podziękować za pierwszy komentarz na tym blogu (przy poście pt. "Pada"). Pani Ago, muszę chyba sprostować osąd mojej znajomości języka włoskiego. Gdy tu przyjeżdżałam pół roku temu, trochę rozumiałam, niewiele mówiłam i niewiele ... dotąd się zmieniło. No, powiedzmy, zaczynam się porozumiewać na poziomie bezokoliczników. Rozumiem znacznie więcej. Jest to wina i zasługa tego, że "pod ręką" mam osobistego tłumacza. Poza tym przy dosyć aneksyjnym charakterze poznanych przeze mnie Włochów, wygodnie jest nie umieć języka, by zachować zdrowy dystans. Pozdrawiam Irlandię, w której nigdy nie byłam a słyszałam wiele słów zachwytu.