Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaligrafia ślubna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaligrafia ślubna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2020

OSTATNI SEZON

W 2019 roku zakończyłam przygodę ze ślubami. Zadecydowało o tym kilka czynników. Głównie chyba mój brak pokory wobec klientów i coraz mniej twórczy charakter pracy. Targowanie się sprawia mi dużo problemów, ale trudno godzić się, by zwiększone oczekiwania wykonać za tę samą, wcześniej ustaloną cenę. Raz zostawiłam, wręcz Asię z problemem poradzenia sobie po mojej rezygnacji z konkretnego ślubu, co dało mi mocno do myślenia, że nie nadaję się do pracy z klientem. Jestem bardzo wdzięczna Asi, że nasza znajomość przetrwała tę burzę.
Dla Panien Młodych ślub jest wydarzeniem ważnym, znajdowały zdjęcia z wcześniejszych realizacji i nie chciały wyjść poza, nie zostawiały mi pola do kreatywnego działania. Rozumiem, że to wystarcza, bo od  strony klientki dekoracja była jedyna i niepowtarzalna, a dla mnie "znowu rozmaryn" (jak to kiedyś ktoś skomentował). 
Problemem była też moja kondycja i kwestie montażu nad stołami, gdy nie posiada się furgonetki, by przewozić drabinę. Skakałam po chybotliwych stołach, robiłam niebezpieczne konstrukcje dające mi możliwość zaczepienia jakiegoś druciku, dowiązania czegoś. 
Tak samo brak auta stanowił problem -  to było ciągłe ustalanie i z Krzysztofem i Asią, kto kogo gdzie zawiezie. Asia często dowoziła organistkę, więc moja osoba z brakiem transportu stanowiła następny problem.
Najczęściej dostawałam zlecenie i na dekorację kościoła i wesela. Wyobraźcie sobie podołać wszystkiemu jednej osobie w jednym dniu. Jakże często śpieszyła mi z pomocą Joanna, Krzysztof, a nawet muzycy gotowi do oprawy muzycznej. Bardzo mnie to krępowało, ale w przypadku dużych upałów nie można było robić kwiatowych dekoracji dzień wcześniej, bywało też, że za późno mogłam wejść z dekoracją stołów. Zawsze nas z Asią niepokoiło, że kończymy coś już na oczach gości, ale przecież nie będziemy im tłumaczyć, że stoły dopiero co nakryto, że Para Młoda podjęła decyzję o zmianie lokalizacji, że wiatr wieje i nie można dużo naprzód nakrywać do stołu.  

Na pewno było jeszcze o wiele więcej drobnych motywów, które skłoniły mnie do powiedzenia "basta". Chociażby kwestia pochłonięcia przez własną działalność artystyczną oraz przez Tobbianę. Mimo, że zrezygnowałam z wyraźnego zastrzyku finansowego, jestem pewna, że podjęłam dobrą decyzję.

Nie myślcie jednak, że ostatni sezon to była droga przez mękę. Te kilka ślubów, których dekoracji się podjęłam, zapisało się w mojej pamięci nad wyraz pozytywnie, nie śpieszyłam tylko z ich opisaniem, jakoś smutnawo było pisać o ślubach wiedząc, że w tym roku do Asi trafi niewielu klientów. Teraz, wiedząc, że ktoś się ostał i że następny rok szykuje się jej szalenie zajęty, mogę spokojnie wrócić do 2019. 
Zaczął się i skończył parami, które mnie zaprosiły na przyjęcie. To była doskonała i przesmaczna klamra wszystkich sezonów. Przy czym pierwsza para tamtego roku nie była nowożeńcami, lecz jubilatami, czasami mało dostojnymi, dzięki czemu miałam zakwasy ze śmiechu po przyjęciu, A robiłam tylko bukiecik dla drobniutkiej Żony, matki trojga dzieci, która bez problemu, po niewielu przeróbkach wskoczyła w swoją ślubną suknię.





Pomiędzy dwiema parami ze spotkaniami przy stole był jeszcze ślub w moim ulubionym kościele w Pistoi i oprawa stołu z zawieszonymi nad nim lampionami. 











Zakończył się ten mój skrócony sezon parą, której inspirację ślubu w Toskanii podpowiedziała Mama Panny Młodej - moja Czytelniczka. To było zamówienie "totalne" czyli kwiaty w kościele i na stole oraz oprawa kaligraficzna stołu. 









Świetny akcent na zakończenie współpracy z Asią.


Ja już podziękowałam Joannie  za te wszystkie śluby razem, za bogate doświadczenie, które z nich wyniosłam, za zaufanie mi okazane, za pomoc. 

Jestem szczerze pełna podziwu dla profesjonalizmu Asi, która przygotowana na każdą ewentualność zajmuje się każdym ślubem z takim zaangażowaniem, jakby to był jej pierwszy projekt w życiu i ze znajomością tematu, jakby zęby zjadła na samych tylko ślubach. Chociaż ... słowo "jakby" jest nie na miejscu, bo kilka lat i niemal 80 ślubów mówią same za siebie. Mimo, że już się nie zobaczę z Pannami Młodymi, wszystkim przyszłym, rozważającym ślub w Toskanii podaję jedyny słuszny adres:


wtorek, 17 kwietnia 2018

ACH! CO TO BYŁY ZA ŚLUBY!

Od ostatniego ślubu w 2017 minęło prawie pół roku, jestem już głęboko w nowych projektach, ale przecież nie zrobiłam podsumowania poprzedniego sezonu. Czekałam z uzbieraniem całej dokumentacji, gdyż bywało, że w zapracowaniu nie miałam ani chwili na zdjęcia, więc byłam zdana na uprzejmość profesjonalnych fotografów.

Może na początku wyjaśnię, że w realizacji zamówień zobaczycie zawsze pewien rodzaj spotkania gustów kilentów i moich. Bywało, że miałam wolną rękę, bywało, że dostawałam dość szczegółowe dyspozycje.  Często coś doradzałam, podrzucałam kilka rozwiązań, tłumaczyłam, czemu tak, a nie inaczej, no, i, co bardzo ważne, trzymałam się budżetu.

Pierwszy bukiet nie był nawet bukietem Panny Młodej, to zamówienie od Narzeczonego dla Narzeczonej miłującej fiolety. Na sam ślub nie chciała kwiatów. Wykorzystałam  między innymi pięknie kwitnący powojnik.
W majowym ślubie jednym z  bohaterów był zapach, silniejszych od jaśminu, kwiatów pospornicy japońskiej. Na życzenie klientki pojawiły się powiewające tego dnia tiulowe kokardy. Bukietu nie robiłam, tę przyjemność zostawiła sobie Panna Młoda.

Pewnego lipcowego, mocno upalnego dnia, przygotowałam bukiet ze słoneczników oraz zrobiłam skromną dekorację. Zdradzę Wam, że zamówienie było małe, więc nie opłacało mi się jechać po kwiaty na giełdę kwiatową. Błąd! Z ledwością znalazłam kwiaciarnię, która miała słoneczniki, zresztą nie było ich na stanie, pani dzwoniła do rodzinnego domu, gdzie w chłodzie przechowywano towar.

W sierpniu nie było już tak łatwo, Panna Młoda zażyczyła sobie tego, co w ogrodzie i na łąkach. Po nadal panujących upałach stanęłam na rzęsach. Ślub odbywał się w Tobbianie, w oratorium (na razie jedyny polski), dzięki czemu udało się spokojnie podzielić przygotowania do ślubu i wesela, na które uszykowałam wianki i figi.

We wrześniu musiałam skorygować zamówienie na "łąkowy" bukiet. No, już nic nie było! Susza. Wspomogłam się zakupionymi eustomami i zdobnymi kuleczkami, ale nie znam ich nazwy. Dobrym dodatkiem były gałązki oliwne, o tej porze pełne zielonych owoców.
 Dostałam też zlecenie na wizytówki do prezentów dla gości.
Przygotowania do drugiej wrześniowej uroczystości zaczęły się dużo wcześniej, bo projektowałam i wykonywałam też oprawę graficzną. Zaproszenia miały być w formie biletu lotniczego. W tej samej tonacji powstały jeszcze wizytówki na stół oraz menu.
 I znowu pojawiły się słoneczniki. W dekoracji kościoła, w bukiecie i na weselu. 
 Ułożenie tych na tarasie weselnym okazało się pracą na marne. Za dokumentację tego, co udało się zamonotować, a co nie przetrwało, dziękuję Panu Kamilowi Bąkowskiemu.
Niestety, silny wiatr zerwał konstrukcję, obniżył temperaturę tak mocno, że goście nie chcieli ryzykować przeziębienia, musiałam więc po ślubie w tempie przyśpieszonym przenosić akcję do wnętrza restauracji. Żeby mi nie było łatwo, to jeszcze po ślubie jechałam szybko do domu, by zdjęcia zrobione Świeżo Poślubionym dołączyć do przygotowanych już wcześniej podziękowań dla rodziców.
 Z wnętrza nie mam zdjęć, nie udało mi się ich zdobyć.
Na stołach ustawiłam pokazane wyżej elementy i wiele różnych moich plecionek drucianych wypełnionych drobnymi lampeczkami.
 
Trzeci wrześniowy ślub i wesele to wynik świetnej współpracy z Panną Młodą, która miała swoje zdecydowane pomysły, ale też i słuchała, dawała się namawiać na nowe rozwiązania, razem szukałyśmy najbardziej odpowiadających jej elementów dekoracji. Tutaj mogłam rozwinąć myśli, bo zamówienie było bardzo rozległe.
Pani M. dała się namówić na podziemia Pieve. Wymarzona scena dla tak cudnej uroczystości. Nawet proboszcz z tamtego kościoła był zaskoczony przemianą lasu kolumn na ślubną kaplicę, tak mu się spodobało, że poprosił o zdjęcia, by pokazywać je innym chętnym na ożenek w tym kościele.
 Dla Panny Młodej przygotowałam nie tylko bukiet, ale i wianek.
 Najwięcej pracy i satysfakcji  miałam podczas przygotowywania wesela.
 Miałam do uwzględnienia miejsce na apertivo, miejsce do tańczenia i, oczywiście, stół weselny. 

 Do tego wykorzystałam część już wcześniej użytych tablic na orzechowych deskach, uzupełniłam je o następne napisy.
Pierwszy - powitanie - zawiesiłam daleko od wesela, tam, gdzie samochodem trzeba było zjechać na szutrową drogę prowadzącą do gospodarstwa.
 Pestką było zorganizowanie ramy do fotobudki.
 
Dużo czasu zabrało miejsce głównego posiłku, podwieszenie tkanin, lampek, uwicie wielu wianków i umocowanie na tarasie, aranżacja stołu, czy ujednolicenie krzeseł.
 

 Na wszelki wypadek opracowałam fotografię narzeczonych tak, by można było ją kolorować i zająć czymś dzieci weselnych gości.
 W pogotowiu były też koce, gdyby gorąca atmosfera nie przemogła wieczornego chłodu.

 Przyznam jednak, że lubię takie całościowe myślenie i nawet totalne zmęczenie nie przesłoniło radości i satysfakcji z osiągniętego efektu i wyraźnego zadowolenia Państwa Młodych, a także komplementów od pani fotograf.
To dzięki udostępnieniu jej pracy mogę zaprezentować dwa różne style dokumentacji:
- opracowaną z pietyzmem przez Panią Natalię Kalinę (strona na Facebooku) - sprowadzoną z Polski fotograf, której bardzo dziękuję za udostępnienie dokumentacji.
 - moją, telefonem i aparacikiem, w pośpiechu.
Czasami demontaż jest równie atrakcyjny, jak komponowanie, zwłaszcza, gdy się ma przed oczami bajkowe widoki z zalegającymi mgłami, a w oddali widać miejsce ostatniej uroczystości sezonu 2017, czyli Vinci.

Jeśli myślicie, że październik to raczej już nie jest na ślub w słonecznej Toskanii, to powiem Wam szczerze, na dworze było dość chłodne i rześkie powietrze, ale dekoracje były w kościele, Para Młoda nie przewidywała wesela. Kompozycje miały odtworzyć podesłane mi na zdjęciach przykłady.

 Każda para była inna, każda ze swoim gustem - świetne urozmaicenie. Stoją za tym długie godziny nie tylko samego montażu, ustawiania, ale wymiany maili, rozmów przez komunikatory, telefon, itp. Nie myślcie, że wszystko idzie jak po maśle. Czasami ja rezygnuję z pracy z klientem, czasami klient rezygnuje z moich usług. Niektóre osoby wręcz myślą, że jestem wypożyczalnią sprzętu. Zdarzają się Panny Młode chcące dzielić pracę ze mną. Odmawiam, bo nie mogę wtedy brać odpowiedzialności za całość, obawiam się współpracy z nieznanymi sobie osobami. Co innego Joanna, której jestem podwykonawcą. To wspaniała organizatorka z VisiToscana, która, gdy trzeba było, rzucała się razem ze mną w wir dekoracyjnych przygotowań, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. 

 Nie wyobrażam sobie samodzielnego przygotowywania całej uroczystości, ślubu i wesela, przecież narzeczeni i tak mają wiele na głowie, a tu jeszcze obcy język, nieznajomość realiów, itd. Ciągle mnie zadziwia, jak to wszystko ogarnia Joanna, na miejscu, a nie z odległego kraju. Szczerze podziwiam jej wielką wprawę i wiedzę na temat ślubu w Toskanii. Już kilka razy trafili do niej  "spadkowi"  klienci, którzy zostali na lodzie, źle potraktowani przez różne agencje. To Wam na pewno nie grozi, gdy zdacie się na VisiToscana. Nie myślcie, że to tylko grzecznościowe, albo reklamowe, słodzenie. Moi przyjaciele wiedzą, że jeśli nie chcę powiedzieć czegoś niemiłego, to po prostu milczę, ale uważam, że pochwalić czyjąś pracę jest czymś bardzo wskazanym. Joanno, za tak dobry rok dziękuję i już nie mogę doczekać się tegorocznych realizacji.