Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucchio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucchio. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2016

POZA PISANIEM

Tydzień w San Martino był prawdziwie wakacyjny. Zajęcia - sama przyjemność, a wolny, wspólny czas to radość nieśpieszności, rozmów, zwiedzania bez zacięcia, że wszystko trzeba zobaczyć. Znając niemal całą grupę, wiedziałam, że bez sensu byłoby wracać na noc do domu. I nie chodzi o to, że nie daliby sobie rady beze mnie - wręcz przeciwnie!

Właściwie to, w pierwszej reakcji na widok klasztoru i widoków wokół niego, wszyscy chcieli pozostać na miejscu przez cały tydzień. Trochę się byczyliśmy, ale ...



Toskania kusi.

Niedziela była z założenia piesza. Po dwóch dniach podróży z Polski nikt nie miał ochoty na ponowne wsiadanie do auta.
Kościół przy klasztorze nadal służy jako świątynia, więc poprosiłam Krzysztofa, by przyjechał do nas i odprawił nam Mszę św. Akurat cała ekipa była chętna na udział w liturgii.

Potem wybraliśmy się na spacer do niedalekiego Artimino.
Po drodze minęliśmy samotnie stojącą kapliczkę cmentarną. Wokół już nie było grobów, tylko cyprysy wyznaczały dawny teren pochówków, a na nim pozostała ta jedyna biedaczyna, smutna, zaniedbana, z pięknym freskiem w środku i dwoma grobami.

Pod samym Artimino stoi romański kościół, ale rzadko można go zobaczyć wewnątrz (pokazałam go we wpisie z 2009 roku)
Na życzenie niektórych pryncypał wziął ze sobą psy, w większości znane grupie. Pod koniec trasy staruszek Boguś odmówił dalszego spaceru, chętnych na niesienie go nie zabrakło.

U celu wszyscy ochłodzili się pysznymi lodami, wśród których przebojem był smak nespolo, czyli nieśplika japońskiego.

Wiedzieli, że smak powinien być dobry, bo pod klasztorem właśnie dojrzewają owoce nieśplika i nie omieszkali ich spróbować. Mniam!
Do Willi Artimino nie doszliśmy, wystarczyło okrążenie samego miasteczka. 

Poniedziałek był jedynym dniem z porządnymi deszczami i burzami.



Fartem udało nam się dotrzeć o suchej nitce do Vinci. Część osób nie widziała muzeum, więc poszła je zwiedzić.
Głównie wszystkie uczestniczki chciały zajrzeć do sklepiku z papierami i właśnie materiałami do kaligrafii. Wariuję w tego typu miejscach, przygarnęłabym cały asortyment. Z rozsądkiem ograniczyłam się do zakupu obsadki  z pięknym okuciem w kształcie florenckiego giglio

Wtorek był dniem wolnym od zajęć, bo wyruszyliśmy w toskańskie góry na całodniową wycieczkę, podczas której zobaczyliśmy manuskrypty.
Ale nie tylko kaligrafią człowiek żyje. Ksiądz Adam polecił nam pizzę w pobliskim barze. Jejka! Co to była za uczta! Świeżutkie i chrupiące pyszności.


Najedzeni ruszyliśmy najpierw do Ponte Sospeso. Wszystkim bardzo się spodobał most, nie dziwota - sielskie widoki, wokół szalona zieleń, cisza przerywana jedynie lękiem tych, którzy mają problemy z wysokością.

Ale jestem dumna, bo dałam radę i towarzyszyłam ekipie na rozbujanej metalowej konstrukcji. Zrobiłam nawet zdjęcie sferyczne, stojąc na samym środku Ponte Sospeso.

Aż wierzyć się nie chce, że są straceńcy, którzy wykorzystują wysokość niemal 40  metrów, by ją pokonać ostatni  raz w życiu.
W naszej grupie, oczywiście, takich nie było.
Wspięliśmy się jeszcze wyżej, do Lucchio, spokojniejszego, niż je widziałam pierwszy raz, jeszcze mało wakacyjnego. Odpuściłam sobie wejście na sam szczyt (nie chciałam ryzykować ponownego popisu histerii).

Musieliśmy jeszcze wdepnąć na Diabelski Most, Joanna z rodziną go nie widziała. A przecież można ta wstępować wielokrotnie :)

W środę wolny czas zagospodarowałyśmy spacerem po Prato (wyjątkowo część ekipy wybrała się samodzielnie do Florencji, bo jeszcze nigdy jej nie widziała). Długo nam schodziło ruszenie się do miasta i już nie mogłyśmy zajrzeć do prezbiterium z freskami Lippiego, ale katedra jeszcze była otwarta, więc zobaczyłyśmy chociaż wnętrze.

Omal bym zapomniała, że tego dnia odwiedził nas Dino. Starszy pan, który ma wokół gaje oliwne i winnicę. Rolnik pełną gębą. Na przywitanie przyniósł nam wino z winniczki, którą cały czas widzieliśmy spod magnolii przy klasztorze.

Wino bez żadnych dodatków (genuino), jak na "chłopską" produkcję, zaskakiwało dobrym smakiem. Gdy tak rozmawiałam sobie ze starszym panem, okazało się, że to od niego kiedyś Krzysztof kupił wiejską produkcję szynek i kiełbas.

Zagadnęłam, czy ma coś na sprzedaż. 
Si!
Zaprosił nas do szopki, w której ubawiliśmy się "ozdobami" ścian. Zwróćcie, proszę uwagę na zestaw "Ojciec Pio i ponętna panienka".

Skoro Dino okazał się producentem oliwy, kupiliśmy u niego na próbę dwa litry, co skończyło się na koniec większymi zakupami do Polski. 

Czwartek - kierunek Chianti i winiarnia Mazza. Trzeba wykorzystać, że się przyjechało autami i zaopatrzyć się w bardzo dobre vino sfuso.

A przy okazji co niektórzy nabyli zgrabne i niedrogie karafki z logo winnicy.


Turystycznym akcentem tego dnia było Monteriggioni, spokojne, idealne o zachodzie słońca.

A zachód był tak piękny, że już podczas jazdy spowodowaliśmy powstanie sznura pojazdów. Jechałam w pierwszym aucie i nikt z nas nie mógł się opanować, by nie uwiecznić świetlistych miękkości kładących są na horyzoncie. Ania (kierowca) nie miała problemu z wolną jazdą, za to kilka aut dalej słychać już było podirytowane klaksony. Nie widzieli, że pięknie? Nie rozumieli?







Wolny piątkowy czas wykorzystaliśmy na przyjrzenie się Poggio a Caiano. Najpierw ogród i Willa Medycejska.

Z wielką radością zobaczyłam wnętrza na nowo, byłam tam w czasie, gdy nie wolno było robić zdjęć, więc ze zdziwienie odkrywałam, jak niewiele zapamiętałam (odsyłam do wpisu z 2010 roku).

Łapki zacierałam, że w końcu sfotografuję sobie wielkie martwe natury z owocami, więc wyobraźcie sobie mój jęk zawodu, gdy okazało się, że teraz trzeba się osobno umawiać na zobaczenie galerii z obrazami.
A potem dotarliśmy na wypatrzone przez Joasię wzgórze z dwiema kościelnymi wieżami. Pani w informacji turystcznej podpowiedziała nam, że to San Francesco in Bonistallo. Nowszy kościół jest do obejrzenia wewnątrz, starszy zastaliśmy zamknięty na cztery spusty.

Trzeba do następnych warsztatów podpytać tamtejszego proboszcza o możliwość zobaczenia wnętrza, to ten sam ksiądz, który nam wynajął San Martino.
Warto wjechać na wzgórze także dla widoku.


W końcu wypatrzyliśmy Florencję.

Spod klasztoru San Martino jej nie widać, bo zasłania ją wzgórze z Artimino. 

W sobotę pozostało się spakować i pożegnać - najtrudniejsze do wykonania. Planujemy już następny rok. Jeśli ktokolwiek z Was rozważałby udział w takich warsztatach, niech się nie obawia, wolny czas jest absolutnie fakultatywny w zagospodarowaniu. Nam akurat mijał wspaniale wspólnie, co wcale nie musi być takie oczywiste, każdy przyjeżdża z własnym doświadczeniem Toskanii i może jechać, dokąd go tylko oczy poniosą. 

Wspomniałam, że kupiliśmy oliwę na próbę. Przydała się, bo ta przywieziona przeze mnie, właśnie nam się skończyła, a wszystkie niemal obiady gotowałyśmy samodzielnie. Stąd późne wyjazdy turystyczne. Gotowanie szło nam wielce sprawnie, ale potem te posiedzenia przy stole ... Oj! trudno było wstać. W ogóle to najpierw myślałyśmy, żeby jadać po knajpkach, lecz to by wymagało, albo bardzo wczesnej godziny rozpoczęcia zajęć, albo dzielenia ich na czas przed i po obiedzie, a wtedy to już chyba niewiele byśmy zobaczyli. Nie da się przeskoczyć pory włoskiego obiadu. Tylko w obleganych przez turystów miejscowościach zjecie coś w miarę sensownego po 15, lepiej jednak mieć wdrukowany w żołądek przedział od godziny 13 do 15. A poza tym zawsze można poznać nowe przepisy, poradzić się bardziej doświadczonych kucharek, i zjeść taniej, gdy się robi "żywienie zbiorowe".

Wieczorne posiłki przeradzały się w nocne obserwacje wschodów księżyca.



W podziękowaniu dla księdza, pod którego opieką leży niezwykłe San Martino, przygotowałam napis z nazwą miejsca i przekazałam przez Krzysztofa. Ponoć był bardzo zadowolony i od razu obiecał, że z chęcią jeszcze kiedyś ugości warsztatową grupę. 


I znowu dziękuję za dodatkowe zdjęcia: Kasi, Ani, Marylce i Oli.
SalvaSalva

niedziela, 9 sierpnia 2015

MIĘDZY ZACHWYTEM A HISTERIĄ

Od kilku lat zasadzałam się na odwiedzenie pewnego miejsca, wcale nie tak daleko położonego od domu. Pewnie ta odległość złośliwie podpowiadała, że zawsze mogę tam wskoczyć, że mogę odłożyć wycieczkę. W końcu nie wytrzymałam i na pytanie Krzysztofa o kierunek niedzielnej wyprawy ("takiej, żeby była niedaleko domu") odpowiedziałam: Popiglio.

Napisałam, że to niedaleko od Pistoi, ale wiedzie tam kręta droga w górę, więc, mimo 40 km, trzeba przeznaczyć na drogę niemal godzinę. Wydaje się, że mamy do czynienia z miejscowością "na końcu świata". Samej lokalizacji przyjrzę się kiedyś bardziej szczegółowo. Jest tam trochę obiektów do opowiedzenia, a o jednym już kiedyś tu pisałam, czyli o dość współczesnym wiszącym moście, przyprawiającym mnie o szybsze bicie zalęknionego wysokością serca. Nie zjechaliśmy do Ponte Sospeso, pojechaliśmy dalej i zobaczyliśmy go z zupełnie nieznanej mi perspektywy. Jaki maluśki, jaka kreseczka!  


         Najważniejszym celem wycieczki była Pieve di Santa Maria Assunta oraz związana z nią filia muzeum diecezjalnego w Pistoi. Popiglio znane jest wszystkim lokalnym miłośnikom romanizmu, czy też ogólnie średniowiecza. Znajdujemy się na terytorium granicznym między włościami Lukki i Pistoi, przy szlaku, którym dawno temu wędrowali rycerze, czy pielgrzymi. Samą parafię nazywano drugim biskupstwem, co wskazuje na wagę, jaką przywiązywano do Popiglio.
         Po trudach ze znalezieniem miejsca na zaparkowanie (wjechaliśmy w boczną uliczkę i wspięliśmy się dość wysoko), podeszliśmy do kościoła od jego bocznej strony, tej z dzwonnicą. Warto tam zajrzeć, żeby zobaczyć najbardziej rycerski portal, jaki dotąd spotkałam.

Przyznacie, że rycerz nielada jaki pilnuje wchodzących bocznym wejściem?
Prawdopodobnie jego wyrzeźbienie ma związek z templariuszami, którzy zatrzymywali się w okolicy, podczas długiego marszu na południe.
Po tak udanym początku, poczułam lekkie rozczarowanie, że fasada nie ma spektakularnych zdobień. Przybywających wita prosta bryła świątyni z równie prostą i przysadzistą dzwonnicą.
Oprócz zwyczajnych otworów na poziomie dzwonów, jedynym elementem zdobiącym wieżę jest XVI wieczny zegar, drugi mechaniczny zegar w diecezji (pierwszy pochodzi z XIV wieku i jest przy pistojskiej katedrze). Ciekawostką jest fakt zachowania się dokumentu, który podsumowuje głosowanie nad tym, czy montować taki zegar, czy nie.

         Miłośnik romańskich rzeźbień nie znajdzie na prostej fasadzie wielu obiektów zachwytu, ale nie znaczy, że odejdzie niezadowolony. No cóż, pietra serena nie jest kamieniem lubującym się w upływie czasu, część zdobień "złuszczyła się". W lunecie nad portalem pozostał jedynie ślad reliefu. Dobrze chociaż, że przetrwały bogato ornamentowane kolumienki w oknach. Zresztą same okna są zdobiącym fasadę elementem - dwa biforia i jedno triforium, to ostatnie pojawiało się i znikało. To znaczy, obecnie jest, ale na pewnym zdjęciu z początku XX wieku nie ma dużego okna, choć widać wyraźny ślad po nim, za to w miejscu, gdzie obecnie jest krzyż a pod nim wyrzeźbiony kielich, było inne okienko. W latach 60 powrócono do stanu pierwotnego z XIII wieku.

        Czasami dobrze jest nie wiedzieć, co nas spotka po przekroczeniu drzwi, tym większa niespodzianka. Najczęściej jest to kontrast wynikający ze zmiany epoki, mocno zaskakujący w tym przypadku. Renesansowe i barokowe przeróbki? Oczywiście. Ale one są niemal pewne. Absolutnie pierwszym przyciągającym wzrok w jednonawowym wnętrzu Pieve di Santa Maria Assunta jest sufit - drewniany, z kasetonami  - właśnie bardzo niespodziewany, zasłaniający typowe romańskie sklepienie.

Przeciął wysokość, dziwny jakiś. Skąd tutaj?
Zagadkę wyjaśnił ksiądz Adam Tabiszewski, polski proboszcz w Popiglio, który akurat zaszedł do kościoła.
W Popiglio żyła sobie kiedyś rodzina Vannini, nie jacyś wielcy panowie, ale też i nie bieda wojująca. Wyjechali do Rzymu, dorobili się na handlu, nigdy nie zapomnieli o miejscu swojego pochodzenia. Zaczęli inwestować w Pieve di Santa Maria Assunta. Zobaczyli zdobne sufity drewniane w rzymskich świątyniach - "zróbmy taki w naszym kościele".
Zobaczyli niezwykłe organy w Rzymie - "chcemy takie dla Popiglio!". I są organy. Są, grają, zachwycają głębią brzmienia.

Akurat do żony pracującej w muzeum przyjechał mąż organmistrz, znany także Krzysztofowi, bo opiekuje się instrumentem z kościoła w Montagnanie.
Pryncypał nigdy nie przepuści okazji przyjrzenia się bliżej tak pięknemu urządzeniu, nie tylko przyjrzenia, ale i zagrania na nim. Ciekawe, czy odgadniecie, które fragmenty zagrał Krzysztof?

       Obiektem najbardziej kojącym romańską duszę (tak, tak, wiecie, że moja tęskni do śladów tamtych czasów) jest niewątpliwie ambona. Nie zbudowano jej dla tej świątyni, była w starszym kościele, już nieistniejącym. Zdemontowano ją i zainstalowano w Popiglio kilkaset lat temu, przy czym nie uniknięto widocznych przeróbek. Cała ambona jest ewidentnie ścięta z prawej strony, przyłożono do niej kamienne bloki z pięknym reliefem pokazującym św. Jerzego.
Większość zdobień pochodzi z XII wieku. Są tu dwa pasma ze skróconą historią Chrystusa (pokłon Trzech Króli, Ostatna Wieczerza i Jezus w Ogrodzie Oliwnym).

Warto też przyjrzeć się z bliska kapitelom kolumn, a nawet wejść pod ambonę by odkryć następną do kolekcji syrenę z rozdwojonym ogonem (inne spotkałam w Corsignano i Torri).
Trudno też nie zauważyć oryginalności samych kolumn, symetrycznie wyprofilowane względem środka ich wysokości, z bardzo prostymi bazami. Wydaje się, że podczas przenosin coś wycięto, bo kompozycyjnie nie pasuje mi ta znikomość podstawy.
Dziwne i mało urodziwe są wśród rzeźbień anioły. Dziwne, bo renesansowe, a przecież ta epoka kojarzy się raczej z pięknymi postaciami.
Podczas gdy dokładnie oglądałam sobie ambonę, Krzysztof wykonał zdjęcie sferyczne wnętrza kościoła. Uśmiałam się widząc siebie schowaną za kolumną, no, nie była w stanie mnie ukryć, mimo, że sama także posiada krągłości, moje są bardziej zauważalne :)

Zdjęcie sferyczne: don Cristoforo Dabrowski

Miło jest mieć dużo czasu i spokojnie rozglądać się po wnętrzu, wyszukiwać dzieła, odkrywać piękno przedmiotów.
Niedaleko wejścia zachowały sę dwie bogato rzeźbione ławki. Powstały za czasów bardzo aktywnego proboszcza z XVI wieku, który przyczynił się do powstania nowego wystroju miejsca. 
Bogato rzeźbiony jest też barokowy konfesjonał, ale po drugiej stronie nawy stoi drugi skromniejszy,  lecz cenniejszy, bo starszy wiekiem.

Na ścianach wiszą obrazy, które zwracają uwagę nie tylko treścią, ale i ramami - wyrzeźbionymi reką może nia tak wprawną, jak twórcy wspomnianych już obiektów.  Ta swoista chropowatość, ciężkie dłuto i ciekawa polichromia budzą wzruszenie, są świadkami istnienia jakiegoś człowieka, który dawno, dawno temu odważył się oprawić obrazy w dzieło amatorskich rąk.
Skoro o rzeźbie nadal mowa, to spojrzyjmy w końcu na prezbiterium. Ależ tam się dzieje! Za dużo, stanowczo za dużo. Bez wejścia za marmurowy ołtarz nie można zobaczyć dokładnie tego stojącego pod ścianą, gdyż dolną jego część zakrywają trzy białe marmurowe postaci (Madonna z Dzieciątkiem, św. Franciszek z Asyżu i św. Franciszek z Paoli). Nie można jednak pisać, że jedyną ich rolą jest zasłanianie, to bardzo dobrze wyrzeźbione figury, dzieło anonimowego rzeźbiarza, ewidentnie pod wpływem, albo może nawet i ze szkoły Berniniego.

Mogłabym się rozpisywać nad niemal każdym dziełem umieszczonym w świątyni, a wyobraźcie sobie, że to tylko część tego, w co bogata jest ta parafia.

Wspominałam już, że w Popiglio jest filia diecezjalnego muzeum. Zaczęliśmy mniej typowo od pomieszczeń przyległych, czyli starej zakrystii i kaplicy Zwiastowania, ale to dlatego, że naszym przewodnikiem był proboszcz miejsca.

Dzięki temu obejrzeliśmy nie tylko wystawione eksponaty, ale i zajrzeliśmy do szuflad z szatami liturgicznymi. Co za hafty! Miłośnicy tkanin oszaleliby z radości mogąc dotknąć stroju np. z XIV wieku.
Zobaczyliśmy także schowane relikwiarze, wśród nich był jeden, który mnie bardzo zainteresował, nie ze względu na dość współczesną oprawę, lecz ze względu na cząsteczkę związaną ze św. Ritą (moją ulubioną).

By ucieszyć oczy, wstarczą nawet tylko gabloty i powieszony na ścianie poliptyk.
Ten ostatni został odzyskany po 70 latach, gdy pojechał do konserwacji i słuch po nim zaginął. Dopiero ksiądz Adam sprawił, że piękne tablice wróciły do swojej parafii.

Zawsze cichutko jęczę, gdy oglądam manuskrypty, no bo przecież nikt ich nie pokazuje w całości. Otwiera się reprezentacyjne strony i to wszystko.

Łapki już zacieram i szykuję bawełniane rękawiczki, gdyż proboszcz z Popiglio obiecał mi pokazać kiedyś nie tylko te manuskrypty z gablot, ale i inne, na które nie wystarczyło miejsca w skromnym muzeum. 
Do starej zakrystii przylega jeszcze kaplica, a wejść do niej można jedynie od strony muzealnej, od nawy dzieli ją gruba krata. 
Muzeum ma dwie części, druga, a właściwie ta, od której zazwyczaj zaczyna się zwiedzanie, mieści się w położonym nieopodal pieve oratorium Bractwa Bożego Ciała, zwanego też Bractwem Najświętszego Sakramentu. 
Wchodziłam do wnętrza unosząc się już i tak kilka centymetrów nad ziemią; po obejrzeniu kościoła, nie spodziewałam się, że mój zachwyt poszybuje jeszcze wyżej, pod sam sufit. Sufit nad sufity!


Zacznijmy od tego, że bractwo organizowało procesje ze Zmarłym Chrystusem, odbywające się dotąd jeszcze w niektórych miejscach Włoch, a do której to tradycji chce wrócić ksiądz Adam. 
Dlatego wiele obiektów w muzeum jest związanych z celebrowaniem Męki Pańskiej.
Poczynając właśnie od sufitu. Podczas wędrówek spotykam krzyże zdobione symbolami Pasji, ale takiego sufitu? Nigdzie! Zobaczcie jak jest rozbudowany względem chociażby krzyża widzianego kiedyś w Pieve a Celle:

Pomyszkowaliśmy po muzeum.
Wdepnęliśmy na kawę do położonego w pomieszczeniach starej plebanii circolo i z obietnicą ponownego spotkania rozstaliśmy się z księdzem Adamem.

Dzień jeszcze panoszył się słonecznie, więc zaproponowałam ciąg dalszy.
Sprawdzając w domu na mapie dokładne położenie Popiglio ze zdziwieniem odkryłam, że niedaleko od niego jest Lucchio. O miasteczku opowiadała mi kiedyś Joanna i nazwa została zapisana na liście "do zwiedzenia". Myślałam jednak, że jedzie się tam od strony Lukki, więc zostawiałam wizytę na czas zwiedzania miejsc na północ od miasta.
A tu, proszę bardzo! Błysk ciupagą i już jesteśmy. 
Ta ciupaga pojawiła się w tekście nie bez przyczyny.
Widziałam zdjęcia tego średniowiecznego borgo, ale akurat nie trafiłam na żadne, które by w pełni pokazało, jak bardzo jest uczepione skały. 
Trudno było mi to pokazać, ale mam nadzieję, że chociaż trochę oddam wyobrażenie o budowlanych możliwościach w średniowieczu. 


Lucchio miałam zapisane gdzieś tam w zakamarkach pamięci jako opuszczone miasteczko, jakież więc było moje zdziwienie ruchem samochodów i obecnością ludzi. Czyli nie takie znowu zapomniane? Pokojarzyłam fakt wakacji, plus francuskie tablice rejestracyjne i wyszło mi na to, że zapewne część domów to rodzinne posiadłości emigrantów, których znacząca część swego czasu wyjechała do Francji. Tak przynajmniej jest w Treppio i okolicach, u księdza Ryszarda.
Tutaj nawet uruchomiono na ten czas bar, pod którym zobaczyłam charakterystyczną dla regionu grę w tzw. elastyczną piłkę. Nie wiem, jak przetłumaczyć to na polski, czy istnieje jakiś odpowiednik? Szperając kiedyś w internecie znalazłam informację o tej odmianie sportu, pochodzącego ze starożytnego Rzymu, a obecnie uprawianego głównie w górach na północ od Pescii czy Lukki oraz w okolicach Brescii.
W Lucchio jest wielkie ograniczenie wielkością placu i nierównością terenu, mimo tego zupełnie ciekawie oglądało się tę grę, chociaż nie mam bladego pojęcia o jej zasadach. 

Panowie odbijali rękami tenisową piłkę i często przerywali mecz. Nie było w tym ciągłości, jaką można zaobserwować w tenisie, czy innych grach zespołowych. Ale ja ogólnie cienki Bolek jestem, dotąd nie mam pojęcia, o co chodzi w bejsbolu, więc może piłka elastyczna ma prościutkie zasady? Kto wie?
Letnicy ewidentnie się znają, przesiadują wspólnie przy ujęciu pitnej wody, na tarasach, w barze, pod nim, a potem zasiadają do wspólnej kolacji ustawiając stół bezpośrednio na placu.

Spotkawszy na początku ludzi, zupełnie innym okiem patrzy się na Lucchio. Owszem, co chwilę spotyka się napis "na sprzedaż", część domów jest w totalnej ruinie, ale z wielu dochodzą typowo mieszkalne dźwięki, są nawet mini ogródki, ślady dbałości o detal.

Podziwiam, bo nawet we współczesnych czasach Lucchio nie jest w stanie pokonać wszystkich braków cywilizacyjnych. Po prostu, żadne auto tam nic nie zwojuje, ewentualnie rower, no, maksymalnie skuter, motor. 
Miasteczko jest plątaniną wąskich uliczek, wąskich rozdroży, schodów, w dół, do góry. 
Ciekawe, czy przebywające tam dzieci znają zabawę w chowanego, albo w podchody? Idealna sceneria.
Wszystko to zawieszone na zboczu góry z widokami pełnymi powietrza i zachwytu.

A histeria?
Hmm. Lucchio jest zawieszone tuż pod szczytem, na którym królują ruiny fortecy. Weszłam w miarę dzielnie, czasami tylko czepiłam się koszuli Krzysztofa, czasami przysiadłam na ścieżce, ale przecież nie pokona mnie lęk wysokości. 

Trochę dziwnie zaczęłam czuć się na szczycie. Nie mogłam podejść na jego skraj, by zrobić zdjęcie wijącej się daleko w dole drogi i rzeki. To zadanie zleciłam pryncypałowi. 

Krzysztof jeszcze spokojnie zrobił zdjęcie sferyczne. 

Ja, siedząc na samym środku fortecy rozglądałam się wokół i z lekka podejrzewałam trudności z zejściem.

Póki mogłam się oprzeć o resztki jakiejś barierki, schodziłam. Absolutnie nie spoglądałam w dół. Jednak w pewnym momencie wszelkie podpory skończyły się, zaczął się za to nadmiar przestrzeni, osłabiło mnie poczucie wysokości, błędnik odmówił współpracy i pojawiła się ooooolbrzymia panika, uderzyła w żołądek, aż po ostre mdłości. Nie liczcie na żadne sceny, nie płakałam, nie krzyczałam. Usiadłam sparaliżowana i ani kroku dalej. 
I co zrobić? Już sobie wyobrażałam jakąś straż, toskańskich GOPRowców śpieszących mi na ratunek. Leżałam na kamieniach i gapiłam się w niebo, żeby nie mieć żadnego punktu odniesienia. Wymyśliłam, że moja wyobraźnia jest odżywiana wzrokiem, więc może by tak zejść z zamkniętymi oczami? Zsuwałam się powoli na szacownych czterech literach, rękami czepiając się kamieni, a stopy ustawiał mi Krzysztof. Dobrze, że, zupełnie tego nie rozumiejąc, nie zbagatelizował strachu, nie kpił, uznał, że tak to odczuwam. Dotąd czuję lęk i zastanawiam się, czy jest na to lekarstwo?
Przecież szkoda widoków, gór. Nikt mi w takich miejscach nie ustawi barierek, nie zamontuje lin, które by mi pomogły. Czy ktoś z Was wyleczył się z takiego lęku?