Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saturnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Saturnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 stycznia 2012

NIEPOPRAWNI OPTYMIŚCI

Od kilku lat korciło mnie jedno miejsce na południu Toskanii. Już kiedyś nawet mieliśmy właśnie w styczniu w jego pobliżu wstępnie zarezerwowane pokoje, ale pogoda była pod zdechłym Azorkiem i zrezygnowaliśmy. Gdy się pojawiła możliwość skorzystania ze wspaniałej gościnności moich znajomych, wróciło i dawne marzenie.  We wrześniu jakoś nam nie po drodze było. Zresztą założeniem tych wyjazdów jest głównie zaszycie się, a nie turystyka. A poza tym wrzesień był tak gorący, że ciepłe źródła nie kusiły. A to właśnie Terme di Saturnia, położone półtorej godziny od miejsca naszego wypadu nie dawały mi spokoju. Tylko mi, bo Krzysztof do wodolubnych człeków nie należy. Tym bardziej jestem mu wdzięczna, że się ze mną wybrał i za fotografa robił. A sama to chyba bym nie dojechała, gdyż wszelkie znaki na niebie odwodziły nas od pomysłu wyprawy.
Ruszyliśmy z drobnym kapuśniaczkiem.  Niewielki deszcz nie stanowił przeszkody, bo i tak miałam się zanurzyć w siarczanowej wodzie. Na początku nawet mogłam podziwiać widoki. 
Niestety, z kilometra, na kilometr było tylko gorzej. Zaczęło lać na potęgę. 
Jak to się stało, że nie zawróciliśmy? Nie mam pojęcia. 
Zastanawiałam się, czy spod parasola da się zrobić zdjęcia, no i cieszyłam się,  że w ogóle w samochodzie były parasole. 
Potem zaczęła się mgła, więc już o zdjęciach nie było mowy. Krzysztof tylko stwierdził, że może dzięki temu będę jedyną kąpiącą się. No to brnęliśmy do przodu. 
Po przejechaniu przez najwyższe szczyty widoczność na drodze poprawiła się. Nadzieja pozwoliła sobie na wyściubienie nosa.
Ale jak odczytać tego stojącego na drodze zwierza? Że upór się opłaca? Że osły z nas? A w ogóle to osioł, czy muł? Bo nie jestem pewna. Czytałam gdzieś tam o odmianie osła z Maremmy, czy to jego przedstawiciel?
Za osłem, daleko na horyzoncie, chmury ustąpiły słońcu. Hurra!
Dojechaliśmy do punktu zapisanego w GPS jako „Terme di Saturnia”. Taaaaa! Bądź tu mądry i znajdź słynne ze zdjęć kaskady. Tylko jakieś baseny, owszem wstęp darmowy, ale ja chciałam do tych ziejących siarką wodospadzików. Pytamy ludzi o terme libere (ogólnie dostępne, darmowe), najpierw nie zajarzyli, o co chodzi, ale potem „bing, bang!” – „chcecie jechać do cascatelle?”
Si, Si.
Kto przyjeżdża od strony Saturni, ma jechać dalej, aż go droga doprowadzi do drogowskazu o nazwie „Cascatelle del Gorello”. Zapewne sezon wielki na takie kąpiele to nie był, więc autom  wystarczyło pobocze. Widziałam przygotowane miejsca z przeznaczeniem na parking, ale pozamykane.
Nóżkami zaczynam żwawiej przebierać. Do samych kaskad idzie się kilkadziesiąt metrów dalej. Styczeń, temperatura powietrza 11 stopni Celsjusza, wody ok. 36. 
Nie jest to tak gorąca woda, jak w  Bagni di Petriolo, ale zmarznąć nie idzie. Poza tym nie usiedziałam za długo pławiąc się tylko w śmierdzącej i ciepłej wodzie.  Z trudem dotarłam do bardzo silnych strumieni i stamtąd już wyjść nie chciałam. Przydały mi się butki do chodzenia po kamienistym wybrzeżu, dzięki większej przyczepności do podłoża udało mi się dojść do miejsca, gdzie czekał mnie wspaniały masaż!
Najtrudniejsze było wyjście z wody. Szybko się przebrałam, a nawiew w samochodzie idealnie sprawdził się w roli suszarki do włosów. Można było więc jeszcze spokojnie pomyszkować po okolicy. 
Najpierw przyjrzeliśmy się położeniu kaskad. Z góry było widać wyraźnie, że woda doprowadzana jest od strony basenów, do których na początku zaprowadził nas GPS. W pobliżu rozłożyło się pole golfowe będące częścią zespołu hotelowo-rekreacyjnego. 
Golf raczej nie dla mnie.
Kawałek dalej za punktem widokowym kusiło małe miasteczko o wyraźnie średniowiecznym charakterze. To Montemerano. 
Część miejscowości stanowią dużo młodsze budynki, ale centro storico zadowoli każdego miłośnika małych miasteczek.  Kwiaty przed domami ograniczone porą roku każą się domyślać letnich szaleństw doniczkowych upraw. 
Pierwsze swoje kroki skierowaliśmy do kościoła San Giorgio. Dopiero teraz do mnie dotarło, czemu w kościele na resztkach fresków widać smoki. Przecież patronem jest św. Jerzy! Ale wróćmy do wejścia. Z zewnątrz prosta fasada, łączy się płynnie z murem. 
Ciekawe, czy od strony miasteczka pod oknami przebiegała jakaś platforma obserwacyjna. Zastanawiam się, bo plac przed kościołem ma taką pochyłość, że u jego szczytu można spokojnie przez te otwory oglądać daleką panoramę.
W kościele od razu rzuca się na mnie barok. 
Wyglądają przedziwnie te oprawy bocznych ołtarzy oraz łuku tęczowego. Mam wrażenie, że pojawienie się barokowych wstawek, było  tak spontaniczne, że budowniczym nie chciało się ujednolicić wystroju i pozostały pocięte starsze XV wieczne freski. A może zamalowano cały kościół, a podczas jakiejś konserwacji odkryto freski i pozostawiono nam do wzbudzenia żalu za całością? To znaczy ja ten żal odczułam bardzo, gdyż freski mają bardzo ciekawą tematykę. Właśnie smoki, dziewice, rycerze. A wokół łuku anioły, zbawieni i potępieni, już w szponach szatana, bardzo przypominającego słynnego diabła z bolońskiej katedry. 
Mam wrażenie, że autorem fresków był jakiś ówczesny Nikifor, budzą uśmiech i sympatię, mimo swoistego prostego warsztatu.  
Oczom własnym nie dowierzam, gdy dochodzę do prezbiterium, w takiej małej miejscowości w ołtarzu na kolana powala poliptyk Sano di Pietro. 
Niestety tutaj nie było mi dane podejść tak blisko, jak do innego dzieła tego malarza, wtedy gdy malowałam jego kopię. Może to i lepiej, bo nie wiem, kiedy bym wyszła z kościoła. Przy takim poliptyku na miejscu księdza odprawiałabym Msze św. tylko w rycie przedsoborowym, aż głupio stać do dzieła plecami. 
    Wzrok błądzi już dalej i nagle z rozdziawioną buzią okrywam obraz, który wypatrzyłam w tuż przed wyjazdem nabytej małej książeczce „Toskania niezwyczajna i tajemnicza”.  Nie doczytałam wtedy opisu do zdjęcia, więc nie miałam pojęcia, że to akurat tutaj znajdę jego realny odpowiednik. Obraz przyciąga zwiedzających  nie ze względu na to, co przedstawia, ale na to, czego mu brakuje. A oprócz tego, że brakuje mu dalszej części tematu „Zwiastowania”, czyli Archanioła Gabriela, brakuje mu też fragmentu deski, na której został namalowany. 
Otóż w dolnej jego części jest dziura, o której pochodzeniu legenda mówi, że kilka wieków temu zniszczyły się drzwi do proboszczowskiej piwnicy. Ksiądz szukał, czym by tu zastąpić brakujące skrzydło, jego wzrok padł na XV wieczny obraz (anonima zwanego Mistrzem z Montemerano). Wziął fragment z Maryją i zastawił wejście.  A że piwnica pełna była cennych dóbr, jak szynki, kiełbasy, sery i owoce, spodziewać się należało mysich odwiedzin. Jak im zapobiec? Wpuścić kota! Księżulo wyciął więc w obrazie otwór dla pogromcy gryzoni. Teraz obraz nie ma tytułu związanego z treścią, ale z nazywa się go  „Madonna Della Gattaiola", czyli "Madonną od Kociej Dziury".  Ta dziura jest tak atrakcyjna, że trzeba bardzo uważać, by nie zapomnieć o samej Madonnie, delikatnej, o pięknych wysmukłych dłoniach i co ciekawe, przyjmującej zwiastowanie w pozycji stojącej.
Mały kościół, miejscowość, której nazwy z niczym nie kojarzyłam, a w środku kilka pięknych obiektów, głównie z XV wieku, wszystko dobrze utrzymane i zadbane. 
Dla dobrego kontrastu szopka zaskakuje nowoczesnością umiejscowienia zwyczajnych figurek.
Właściwie tyle już by mi wystarczyło, ale okrążamy jeszcze raz miasteczko i wspinamy się do części zwanej castello. Jeśli traficie kiedyś na takie określenie, nie zdziwcie się, że nie stoi tam żaden zamek. Może to być zespół budynków mieszkalnych zbudowanych na wzgórzu w formie obronnej, otoczony murem. Często powstawał na wcześniejszych zabudowaniach fortyfikacyjnych. Z takim przypadkiem mamy w Montemerano. Przypadkiem jakże uroczym. Chyba najbardziej spektakularne jest strome wejście koło  otynkowanego zadziwiająco na jasno niebiesko budyneczku.
Mieszkańcy tam wjeżdżają, co z trudem udało mi się uwiecznić obiektywem. Goniłam za „pszczołą” (także niebieską), gdy tylko zorientowałam się, co zamierza, a zmierzała do celu raźnie i szybko. 
Przejście w łuku tworzy gotową ramę dla otwierającego się przed nami widoku na castello.
Jak na zawołanie, jako załącznik do „Madonna Della Gattaiola”, pojawia się puszysty rudzielec i przez dłuższy czas dzielnie mi towarzyszy. Patrząc na jego obfite kształty zastanawiałam się, czy zmieściłby się w kościelnej dziurze? 
A jakie detale sobie tym razem wypatrzyłam? Rdzawy uchwyt poręczy, kołatka w kształcie winogrona (ciekawe, że w krainie winem płynącej pierwszy raz trafiłam na taki motyw), intrygująca dziurka na klucz, przytulone do siebie kominy i wędrujące koło nich po grzbiecie dachu kamienie. 
No i ten kwiat. Czy ktoś z Was wie, co to za roślina? Piękne, duże i mięsiste liście o niezwykłym połysku, oraz kwiaty, w styczniu. Chętnie bym taką przygarnęła do naszego ogrodu.
Skoro nam tak dobrze poszło, to podjechaliśmy jeszcze do samej Saturni. Z daleka wzrok przyciągały dwie wieże. Jedna okazała się należeć do chyba zbyt mocno nowocześnie odnowionego kościoła, druga do zamku, ale trudno dostępnego. Wydawać by się mogło, że będzie to miasteczko o zwartej zabudowie, jak to poprzednie, a tu większość wzgórza zajmuje obszerny plac. 
Tuż przy nim do wizyty zachęcał bar z lodziarnią. Nie, nie. Aż tak ciepło nie było. Lody nie! Ale czekolada i owszem, pyszna, ciepła i gęsta, w sam raz dla niepoprawnych  optymistów J