niedziela, 31 stycznia 2016

ROZWAŻANIA NA SZÓSTEJ MILI

Znajoma Japonka Michiko namówiła mnie na wzięcie udziału w zakończeniu wystawy "Ja i inne" w wykonaniu pistojskiej artystki Rosselli Baldecchi.  Już od dawna, dawna intrygowało mnie miejsce, w którym miało się odbyć rzeczone wydarzenie, miałam wolne niedzielne popołudnie, nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyć się z domu.

Są dwie wersje pochodzenia nazwy Villa Smilea, do której się wybrałam - bardzej popularna twierdzi, że "smilea" wywodzi się od słów "sześć mil", druga (oczywiście postponująca poprzednią) - mówi o pniaku wytyczającym punty graniczne z czasów rzymskich. To właśnie w tym miejscu wybudowano w 1300 roku zamek. Bez względu na prawdziwość etymologiczną, trudno nie zauważyć, że dotyczą odległości i to niewielkiego dystansu od Pistoi. Miałam do pokonania ciut dłuższy odcinek, bo mieszkam po drugiej stronie miasta, ale i tak do Montale mi niedaleko, a tam właśnie znajduje się bardzo interesujący budynek.
Średniowieczny zamek z krenelażami, zmienił się w willę, przeżywającą różne koleje losu, łącznie z byciem szpitalem podczas I Wojny Światowej. Na własność gminy przeszedł w 2003 roku. Został porządnie odremontowany.

Villa Smilea (zamiennie z Castello della Smilea) jest obecnie siedzibą biblioteki, wystawy stałej uznanego lokalnego rzeźbiarza oraz miejscem wielu różnych imprez kulturalnych. Marzenie! Wyobraziłam sobie pracę w takim rodzaju ośrodka kultury. Chociaż, chociaż ...
Przecież nie chciałabym już pracować jako instruktor sztuki ani organizator wystaw. Lepiej być autorem wystawy. Kto wie, może kiedyś? Teraz jestem na takim etapie, gdy samo malowanie sprawia tyle radości, że niewiele myśli się o szukaniu widza. Nie jestem pewna, czy to się zmieni. Obserwuję z zaciekawieniem, jak jest tutaj animowane życie artystyczne, jak dochodzi do organizowania wystaw, kto na nie przychodzi, kto je funduje, co decyduje o powodzeniu, bądź niepowodzeniu wystawy, itp.
Osoby nieograniczone finansami mogą sobie opłacić zorganizowanie indywidualnej wystawy.
Bardzo popularne są wystawy zbiorowe, co oczywiście zmniejsza koszty udziału.
Pół roku temu poznałam osobę, która pracuje w stowarzyszeniu artystycznym. To taka odmiana wersji opłacania sobie możliwości wystawiania się. Grupa osób o zacięciu artystycznym wynajęła lokal, usiłuje teraz znaleźć następnych członków, prowadzi odpłatne kursy. Byłam na jednym spotkaniu członków i sympatyków, potem na rozmowach w sprawie poprowadzenia kursu, zaproszono też mnie do sprzedaży świec i wspólnego wystawienia się. Chyba jednak mam mentalność nieczłonkowską, bo gdy zapytałam o status i zasady udziału, nastąpiło milczenie, a za kurs chciano mi zapłacić za godzinę mniej, niż zarabia sprzątaczka (z całym szacunkiem do osoby wykonującej ten zawód). Może ja czegoś nie załapałam? Choć mam wrażenie, że prowadzącej galerię zależało głównie na tym, bym zainwestowała w ich działalność opłatą członkowską wysokości około 350 euro na rok, jeśli dobrze usłyszałam między wierszami podczas dyskusji nawiedzonych artystów :)
Sama wystawiłam się w zeszłym roku niemal za darmo (poniosłam koszt druku katalogu), ale to dzięki znajomościom Krzysztofa.
Na jakiej zasadzie trafiła do Villa Smilea Rosella Baldecchi? Myślę, że nie ujmując jej w niczym umiejętności, jej prezentacja wiąże się z zaangażowaniem społecznym i dręczącym wiele kobiet na świecie problemem domowej przemocy. Na pewno łatwiej jest znaleźć wystawcę, zwłaszcza gdy nad całością czuwa Amnesty International.
Trudno mi orzec, na ile zamysł formalny jest świadomie zbliżony do stylistyki "kosmetycznej". Słodkie na pozór portrety kobiet i dziewczynek często przestają nimi być, gdy się im bliżej przyjrzymy, zobaczymy siniak, ranę wyciętą nożem na skórze. W oczach niemal wszystkich jest dojmujący smutek.

Nie znam doświadczenia domowej przemocy, nie jestem też typem ofiary. Gdy dyrektor w szkole, w której dopiero co zaczęłam pracę, podniósł na mnie głos, wyszłam z gabinetu.
Tym bardziej uważnie obserwowałam więc wszystko, co się działo podczas finisażu. Kobiety stanowiły przeważającą część widowni. Michiko grała muzykę z filmu "Pianino", a aktorka Stella Paci powiedziała dwa monologi z książki Sereny Dandini "Zranione na śmierć".

Mam mieszane uczucia, co do celowości malowania takich obrazów. Nie wiem, czy znajdzie się chociaż jeden mężczyzna, który powstrzyma swoją agresję po obejrzeniu tych dzieł?  Jeśli chociaż jeden człowiek zmieni coś w swoim postępowaniu, to absolutnie dobrze się stało, że Rosella namalowała te obrazy. A nawet jeśli nie, to mam nadzieję, że ich tworzenie sprawiło wielką satysfakcję malarce, bardzo sympatycznej osobie.
Bardzo się cieszę, że Michiko namówiła mnie na udział w wydarzeniu. Poukładałam trochę własnych myśli, dobrze spędziłam czas i nabrałam apetytu na dokładnie zwiedzenie Villi Smilea. Ale to tylko z przewodnikiem, więc zaczynam czuwać, aż znajdę ogłoszenie o organizacji takiej wizyty, zwłaszcza w dziennym świetle.
Może i Wam się uda tam zajrzeć?

Nie mam zbyt wielu zdjęć, ale znalazłam na youtube film pokazujący Villę Smilea. Póki tam nie dotrę w celach jedynie turystycznych, musi wystarczyć to. Film można odtworzyć jedynie na portalu, więc nie mogę go tu wkleić, kliknijcie więc na link

czwartek, 28 stycznia 2016

DELIKATNE 3D

Mało pokazuję, co powstaje w pracowni, bo chcę skończyć cały projekt. Potrwa to zapewne jeszcze kilka miesięcy, gdyż maluję zupełnie nowy cykl. Nie garnę się więc do drobniejszych prac, ale mojej stałej klientce nie mogłam odmówić :)
Od czasu, gdy robiłam prezentację na Wedding Open Day, chodziło za mną wykorzystanie, poznanej przy okazji projektowania, techniki embossingu. Trafiła się idealna okazja, gdyż zamawiająca określiła mi krótko, dla kogo mają być zakładki, ale bez szczegółowych oczekiwań.
Oto cztery zakładki do książek - chyba się domyślicie, co lubią ich nowi właściciele?


wtorek, 26 stycznia 2016

CIASTKO Z KREMEM

Kiedy zaplanowałam podróż do Oleificio Andreini, poszperałam w internecie, co można zwiedzić w pobliżu. Sama "oliwna" strona wycieczki była bardzo interesująca, ale uszczknąć trochę turystycznej Toskanii nigdy nie zaszkodzi. Plany swoje, życie swoje, wizyta u Alissy tak się przedłużyła, że musiałam zadowolić się jednym miasteczkiem. Przymus to bardzo miły, zaskakujący w nadzwyczaj ciepłych promieniach listopadowego słońca.
Zapraszam na krótki spacer do Magliano in Toscana.
Kusiło imponującymi średniowiecznymi murami już z daleka, spod oleificio.  Na fragment z nich można wejść, poszłam na nie sama, więc, gdy pojawił się na nich jakiś dziwnie wyglądający mężczyzna, wolałam nie kontynuować eksploracji murów.

Magliano swoją historią sięga dużo dalej niż do średniowiecza - śa tam ślady po Etruskach, ale ja do nich nie dotarłam, eh ... ten czas.
Zobaczmy, co jest jeszcze w centro storico.
Nie wiem, czy to tak mi się udzieliła piękna pogoda i chodzenie w sweterku 4 listopada, ale Magliano urzekło mnie ciepłymi barwami, kremowymi kamieniami, spokojną atmosferą bez turystów.
Z chęcią usiadłabym koło kota wygrzewającego się w promieniach.

Był to spacer bez planów, przed siebie, co się spotka, to się zobaczy, a że miasteczko niewielkie, to zobaczyłam jego większą część.

Magliano wewnątrz murów ma dwa kościoły.
Kościół św. Jana Chrzciciela, o pochodzeniu romańskim, lecz mocno przebudowany.

Troszkę średniowiecza oparło się "odnowicielskim" zakusom, jak kolumny przy prezbiterium,  cieszą też XV wieczne freski i renesansowa chrzcielnica.

Zastanawiam się, jak dalekie były to przebudowy, bo wzdłuż kościoła, po drugiej stronie ulicy widać ciekawą ścianę z zamurowanymi, bądź przerobionymi gotyckimi oknami, ze wspornikami charakterystycznymi dla romańskich budowli.

Druga świątynia z daleka kusiła mnie czystością romańskiej bryły. Pieve di San Martino nie ma na zewnątrz znaczących ozdób, ale sam kamień jest piękny.

Uuu. zamknięte. Tylko przy bocznym wejściu robotnicy czyścili drzwi z wielu warstw farby. Z nadzieją w głosie zapytałam, czy pozwolą mi zajrzeć do wnętrza.
Czy muszę pisać, że tak? Bardzo to miłe.

Freski mnie, hmm, co by tu napisać, rozśmieszyły? Zastanowiły? Ciekawe, że w czasach, gdy potrafi się zdjąć każdą, nawet olbrzymią, połać malowidła ze ściany, a tutaj zostawiono odkrywki.

Część fresków to tak niesamowita amatorszczyzna, że aż wzruszająca. Brzydkie twarze, za duże oczy, bywa i zez. Wydaje mi się, że widzę co najmniej trzech autorów. Wyobrażam sobie lokalnego malarczyka, który może dla samej chwały zechciał pomalować ściany.
I to by były dwa najważniejsze sakralne zabytki budowlane Magliano in Toscana.
Jeszcze trudno nie zauważyć Palazzo Pretorio. Nie jest tak okazały, jak w słynniejszych toskańskich miastach, ale herby są, od razu pozwalają zrozumieć przeznaczenie budynku.

Wszędzie majolikowe tabliczki. Nie takie z fabryki, ale malowane i wypalane specjalnie dla danego miejsca. Tylko biuro turystyczne się nie popisało.

Elementem dodanym do miasteczka są widoki, wokoło pełno gajów oliwnych, a gdzieś tam pomiędzy nimi pamiątki po Etruskach, jakieś średniowieczne ruiny i inne skarby. Ale nie tym razem. Na razie nabrałam smaku, ma nadzieję, że i Wy też :)

sobota, 23 stycznia 2016

OLIO

Najwyższy czas napisać coś więcej o oliwie. Zmotywowała mnie, oczywiście, reklama oliwy Monte Curiano sprzedawanej przez moich przyjaciół.
Wiedziałam, nie tylko przez znajomość z producentami, że mogę polecać tę oliwę z czystym sercem. Od innej mojej przyjaciółki wiem, że nawet Monte Curiano z poprzednich roczników bije na głowę jakością wiele oliw sprzedawanych w Polsce.
Moja przyjaciółka Monika kupiła kiedyś jakąś grecką oliwę, która jej zgorzkniała. Trafiła potem w wyprzedaży na dwuletnią oliwę Monte Curiano, której nadciągał koniec czasu do spożycia. Monika zachwalała tę oliwę, a miała akurat świeże doświadczenie po pobycie u mnie, gdy próbowała tutejszych lokalnych oliw.
Przyznam się, że już nie wyobrażam sobie kuchni bez oliwy. Używam jej dość obficie, jedynie przy specyficznych potrawach zamieniając ją na olej z orzechów arachidowych. Zapach czosnku rzuconego na rozgrzaną oliwę należy do tych zapachów ukochanych, za które dałabym się pokroić. No, niemal :) Mam w kolekcji kilka takich zapachów, od dymu z komina (jako dziecko stawałam w pobliżu domu z dymiącym kominem, by się raczyć wonią), poprzez zapach polskiego lasu, a na oliwie z czosnkiem skończywszy. Tego typu zapachy są jak zmysłowe artefakty.
Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała sprawdzić u źródeł, jak to jest z produkcją oliwy Monte Curiano, a przy okazji, w ogóle, jak to jest z oliwą.
W czasie zbiorów (na początku listopada) wyciągnęłam Krzysztofa na wyprawę do Oleificio Andreini. A wyprawa to była faktycznie, gdyż na dalekie południe Toskanii, gdzie jest jeden z większych toskańskich  regionów oliwnych.

O samej okolicy napiszę osobno. Teraz skupmy się na oliwie.
Oleificio to jedna z nazw miejsca, gdzie tłoczy się oliwę. Wydaje mi się, że częściej używa się tego określenia w przypadku zakładów zajmujących się nie tylko pozyskaniem tłuszczu, ale i produkujących własną oliwę. Może to jednak błędne wrażenie? Nie spotkałam jednak frantoio, które miałoby w sprzedaży oliwę, czy też firmowało jakąś własną nazwą.
Bez względu na szarady językowe, zapraszam Was do Oleificio di Andrea Andreini, którego imię i nazwisko spolszczyłam na Andrzej Andrzejewski :)
Andrea jest bardzo spokojnym i uczciwym właścicielem niewielkiego zakładu. Produkuje własną oliwę, tłoczy ją dla pobliskich rolników, a także przygotowuje mieszankę dla moich przyjaciół.
Trafiliśmy na najbardziej intensywne dni pracy, ale Andrea wykroił trochę czasu, by nas oprowadzić i dokładnie opowiedzieć o procesie tłoczenia.
Zaczynamy od oliwek.


Każdy przywozi swoje owoce w skrzyniach i te są ważone na miejscu. Oliwki były zbierane maksymalnie 24 godziny wcześniej, więc logistcznie wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Za długo leżące w skrzyniach będą się psuć. Każdy rolnik musi więc nie tylko patrzeć na pogodę, ale i na miejsce w kolejce do tłoczarni. Minimum, z jakiego wyciska się oliwę u Andreinich to 400 kg. Nie jest to ścisła reguła, każde frantoio ma własne limity.
2015 rok był wybitnym rokiem, jeśli chodzi o owocowanie i zdrowie okazów, zbiory zaczęto na początku października i przewidywano aż do grudnia, tyle było do przetworzenia. To swoiste pocieszenie za 2014 rok, gdy deszczowe chłodne lato sprzyjało muszce żerującej na oliwkach, to był rok pogromu, choć zdarzały się trudne do uzasadnienia wyjątki. Wiadomo, że niektórzy mocno opryskali drzewa, ale  nie wszyscy. Na szczęście, lato 2015 roku było słoneczne i gorące, więc muszka nie miała szans, padła.
Oliwki idą do płukania.

Liści się nie wybiera, jako lżejsze wypływają na wierzch. Są tacy, którzy specjalnie dodają trochę liści do dalszego procesu, żeby otrzymać gorzki posmak.
Jesteśmy w nowoczesnym zakładzie, nie ma tu pięknych kamiennych żaren i mat z sitowia.
Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że stare metody wyciskały na zimno około 60 % oliwy, podczas gdy maszynowo wytłacza się jej 99% zawartości tłuszczu w owocu. Oznacza to, że dzięki nowoczesności można otrzymać o wiele więcej oliwy extra vergine, nie ma tu drugiego wytłoku, czy też jakichś metod ostrego podgrzewania. Można by rzec, że obecne tłoczenie to "raz a dobrze". No i nie ma odrobinek z mat, jako niepożądanych dodatków.
Andrea nie oparł się pokusie uwiecznienia na fotografii i, gdy nowa partia oliwek miała być przerzucona do myjni, zastąpił panią na widłowym wózku.

Wymyte oliwki, oddzielone od liści, wędrują do zgniatania, właściwie to jest rodzaj mielenia. Powstała papka idzie do wirówki, w której wykorzystuje się różne ciężary własne wody, oliwy i masy stałej. Na tym etapie następuje rozdzielenie tych substancji, a potem tylko jeszcze ewentualne odwirowanie oliwy.

I koniec. I mamy niezwykły płyn, zielony, drapiący w gardło.

Oliwa jest rozlewana do pijemników dostarczonych przez właścicieli.

Nic się nie może zmarnować, więc pestki idą na opał - ponoć są wartościowym i bardzo energetycznym drewnem, a miękka reszta służy za nawóz.

Niemal 100% owocu zostaje wykorzystane.
Wspomnę jeszcze raz, że to tutaj produkuje się oliwę Monte Curiano, a o jej składzie, proporcjach użycia konkretnych gatunków, decyduje oliwna czarodziejka Alissa Mattei, z którą mieliśmy niewątpliwą przyjemność się spotkać.
Przeszliśmy krótki kurs degustacji oliwy, sposobów jej oceny wzrokowej i organoleptycznej.
Mieliśmy okazję spróbować mieszanki Monte Curiano jeszcze przed jej butelkowaniem.

Alissa to kobieta niezwykła, więc wielką radość sprawił mi fakt, że zaprosiła nas do siebie na obiad, podczas którego rozmawialiśmy głównie o oliwie.
Chemik z wykształcenia, wiele lat pracowała w laboratorium jednej z najbardziej uznanych toskańskich firm olejarskich Carapelli. Po trzydziestu latach pracy przeniosła się wraz z mężem do Maremmy, gdzie prowadzą agroturystykę.



Kobieta - wulkan energii, więc ciągle działa na rzecz lokalnej turystyki, a także producentów toskańskiej oliwy. Organizuje kursy kulinarne, a także kursy kiperskie oliwy.
Lepiej trafić nie mogliśmy!
Alissa zna oliwę, jak rzadko kto. Zjeździła świat pod kątem oliwy. Nie polega jedynie na wrażeniach smakowych, zbadała ją także laboratoryjnie, naukowo.
Uspokoiła nas, że tania oliwa, sprowadzana kontenerami, wcale nie musi być od razu trucizną.
Zaraz na początku kampanii oliwnej w internecie pojawiły się porażające filmiki o tym, jakie to niewiadomego (albo wiadomego: Hiszpania, Portugalia, Tunezja) pochodzenia tłuszcze są zwożone do Włoch i tu butelkowane (jeden z  filmów). Owszem, nie wolno ich sprzedawać pod lokalnymi etykietami, więc zauważcie, że w wielu przypadkach będziecie mieli napis "wyprodukowane w UE". Gęstość oliwy z kontenerów wynika ze zmrożenia.
O tym nikt oficjalnie Wam nie powie, ja już znałam ten sposób od restauratorów, a teraz mam potwierdzenie od Alissy. Mrożenie to bardzo dobry sposób na przechowywanie oliwy. Zdradziłam go kiedyś koleżance, mówiła mi potem, że jej włoska rodzina nie mogła się nadziwić świeżym smakiem oliwy w środku lata. Sama też mrożę, ostatnio z użyciem woreczków na lód. Nie trzeba rozmrażać całego pojemnika. Polecam! Alisaa mówi, że tak przechowywana oliwa nie traci swych cudownych właściwości.
Co do smaku, to sama wiedziałam.
Wypytywaliśmy się ja, skąd w takim razie olbrzymie różnice cenowe między oliwą sprowadzaną zza granicy a tą lokalną. Oczywiście, nie jesteśmy w stanie sprawdzić, jak były zbierane tamte oliwki, poza tym wyobraźcie sobie olbrzymie gospodarstwa, jakich w Toskanii nie spotkacie. A wiadomo, każda produkcja jest tańsza w masie, im więcej, tym taniej. Alissa mówiła, że np. oliwa z Maroko jest jak toskańska. Czyli różnica tkwi też w robociźnie, zwłaszcza, gdy oliwki zbierane są ręcznie, dba się o każdy niemal owoc. Chemiczka twierdzi, że jeśli aż tak bardzo nam nie zależy na jakości, to nie powinniśmy się otruć taką oliwą sprowadzaną z olbrzymich gospodarstw. No, chyba, że nieuczciwy producent zmiesza ją nie wiadomo z czym. Potem nie dziwi fakt, że kupiona przez Monikę "grecka" oliwa zgorzkniała.
I tu wrócę jeszcze do oliwy Monte Curiano, mogę zaręczyć, że nie jest mieszana z żadnymi zagranicznymi dodatkami, cała pochodzi maremmańskich gajów oliwnych.
Podczas wizyty u mistrza kuchni Roberto dostaliśmy od niego w prezencie oliwę z drylowanych oliwek. Podpytaliśmy Alissę, czy faktycznie taka oliwa jest jeszcze bardziej wartościowa? Nasza gospodyni szczerze się przyznała, że była sceptyczna, że najpierw myślała o takiej oliwie, iż jest tylko chwytem marketingowym, ale jako naukowiec nie mogła poprzestać na swoich wrażeniach. Zbadała więc płyn i okazało się, że tłoczenie bez pestek podwyższa zawartość chociażby antyoksydantów, zmniejsza kwasowość, itp.
Alissa opowiedziała nam też krótką historię kariery oliwy.
Podział na regiony jest dość świeży, pochodzi z drugiej połowy XX wieku.
Kiedyś oliwa była niedobra, w 60%, miała brzydki zapach, kolor.
Mało kto to kontrolował.
W sprzedaży była tzw. oliwa lampante o wysokiej kwasowości, co czyniło ją właściwie niejadalną, nadawała się się do lamp olejnych, stąd jej nazwa. Jadalność uzyskiwano procesami rafinacji, czyszczenia, itp. Wyobraźcie więc sobie, jak mało wartościowa była taka oliwa.
Powoli zaczęła rodzić się kultura oliwy extra vergine, która dosłownie jest spremutą, czystym sokiem oliwnym. Wejście tego typu oliwy na rynek musiało narodzić metody naukowych analiz, które zostały wynalezione właśnie we Włoszech.  Alissa w latach 90 XX wieku jeździła do Hiszpanii uczyć oceny oliwy. Mówi, że wtedy Hiszpanie nie mieli pojęcia o tym, czym jest extra vergine, nie byli zainteresowani produkcją tego typu tłuszczu.
Ale, gdy już załapali wiatr w żagle, to wyprzedzili Włochy, które nie były w stanie konkurować z olbrzymimi gospodarstwami z Półwyspu Iberyjskiego.
Tutaj wszystko zostało po staremu, czyli małe, rozczłonkowane gospodarstwa. Zwyczajowy producent ma półtora hektara gajów. Wśród narodu kłótliwych indywidualistów (określenie Alissy) nie dałoby się wprowadzić wielkich upraw. Nawet nikt nie próbował. Najwięksi producenci byli i dotąd są na południu Italii. Dzisiaj ulokowane jest tam 50% produkcji włoskiej oliwy. Kiedyś chyba o tym pisałam, że zasługą Medyceuszy było sprowadzenie drzew oliwnych do Toskanii. Zwalniali nawet z podatków tych rolników, którzy podejmowali się uprawy. W ten sposób wzrastała kontrola nad oliwą, no i zmniejszały się koszty jej pozyskania.

I na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Każdy choć trochę interesujący się winami zna konsorcja winne. Z oliwą jest dużo, dużo trudniej. Enologów spotyka się często, ale fachowców od oliwy -  oleologów - można chyba policzyć na palcach jednej ręki. Wrzućcie słowo "oleologo" do wyszukiwarki, to pojawi się głównie Luigi Caricato.

Czas zakończyć mój mały traktat o oliwie. Podejrzewam, że to jej zawdzięczam ustanie problemów żołądkowych, z którymi borykałam się w Polsce. Dobrze, że lubię jej specyficzny smak i zapach, o kolorze nie wspominając. Po wizycie w Oleificio Andreini i w domu Alissy przekonałam się, że polecam oliwę Monte Curiano nie tylko ze względu na moich przyjaciół, ale także biorąc pod uwagę pewność pochodzenia i produkcji.


Jeśli chcecie wiedzieć, gdzie można kupić w Polsce tę oliwę, wystarczy kliknąć na ten link, by zostać przekierowanym na stronę producenta.
Istnieje też możliwość kontaktu poprzez Facebook.

wtorek, 19 stycznia 2016

OCZKO W GŁOWIE

Ponad pół roku czekałam, aż zaczną się wizyty na rusztowaniach, przy robbianym fryzie starego szpitala w Pistoi. Zapowiedzi celowały na listopad 2014, z "lekkim" poślizgiem ruszyły w maju 2015 roku. Nie wolno było robić zdjęć, więc cierpliwie czekałam, aż znikną rusztowania, gdyż okazało się, że moja wcześniejsza dokumentacja była mało ilustracyjna. Czekałam też na zdjęcia zrobione z bliska przez Nicolò Begliominiego, a udostępnione mi przez Instytut Badań Historycznych i Archeologicznych z Pistoi. Omal zapomniałabym, że zanim przystąpiłam do pisania, wzięłam się jeszcze do przeczytania po włosku kryminału, który ma robbianowską majolikę jako motyw przewodni. Chodzi o niezbyt dobrze napisaną "La Formula di Brunelleschi".

Podczas oczekiwania na zniknięcie placu budowy dowiedziałam się, że będzie wydana książka o tym niezwykłym dziele, a to znowu opóźniło moje pisanie, wolałam poczekać na pogłębione materiały. Prezentacja książki nastąpiła tuż przed Świętami, nie miałam nawet kiedy zajrzeć do albumu, a jest niesamowity, ma pełno pięknych zdjęć i świetne opracowanie tematu.

Prezentacja - wydarzenie samo w sobie, we włoskim stylu, duuuużo wodolejstwa, ale przynajmniej obejrzałam sobie pistojską śmietankę towarzyską i zobaczyłam, że burmistrz potrafi włożyć na siebie bardzo dobry garnitur.

Wszystko razem rozwlekło się bardzo w czasie, lecz nie chciałam po łebkach potraktować miejsca, które jest oczkiem w głowie miłośników Pistoi, majoliki robbianowskiej i amatorów sztuki, w tym, oczywiście, i moim.
Mam nadzieję, że tym artykułem przekonam Was, iż warto było tak długo nad nim pracować, a tym bardziej, że warto, dla samego choćby fryzu, przyjechać do Pistoi.

Zapraszam więc dzisiaj do "mojego" miasta, które wśród wielu dzieł sztuki ma jedno rzadkie, na skalę światową. Nieczęsto spotykane formą, a i tematyką bardzo słabo istniejące w ikonografii.

O szpitalu, wraz z wyjaśnieniem jego nazwy, wspomniałam we wpisie o podziemiach. Dodam tylko, że od około dwóch lat przestał być szpitalem, wszystkich pacjentów przeniesiono do nowego budynku nieopodal zjazdu z autostrady. 

Zacznijmy od wyjaśnienia, czym jest majolika.
Vasari nazwał ten rodzaj rzeźby "dziełem ziemi, prawie wiecznym".  Mamy do czynienia z wypaloną i szkliwioną gliną, zwaną majoliką. Samą technikę znano już dużo wcześniej, z krajów arabskich. Luca della Robbia szukał sposobu, by tworzyć w niej olbrzymie kompozycje, kłaść szkliwo trwałe, o odpowiedniej grubości i nasyceniu barw. 
fot. Nicolò Begliomini

W czasie, gdy sztuka we Florencji sięgnęła światowych wyżyn, zapotrzebowanie na rzeźby było olbrzymie. Stworzenie trójwymiarowego dzieła w marmurze, czy drewnie, zabierało mnóstwo czasu. Terakotowe dzieła skróciły proces oczekiwania na zamówienie, a szkliwo nadało im większą trwałość od malowania. Dodatkowo wystarczyły dwa wypały, pierwszy na biskwit (sama glina), a potem od razu szkliwo wraz z kolorem.

Bardziej wyrafinowane techniki ceramiczne wymagają trzech wsadów do pieca, gdyż kolor kładzie się albo na terakotę i następnie szkliwi, albo odwrotnie, na terakotę nanosi się szkliwo, wypala się je, by potem nanieść wzór i znowu wypalić. Tak czy siak, mamy, z włoska mówiąc "trzy ognie" - trzy wypały. 

Skrócenie procesu do dwukrotnego tylko wsadu znacznie obniżyło koszty i przyśpieszyło produkcję. Także transport rzeźb był łatwiejszy, gdyż zasługą rodu della Robbia było opracowanie systemu tworzenia kompozycji z elementów, które montowano dopiero na miejscu. Della Robbia stał się jedną z rzeźbiarskich wizytówek Toskanii. Kto z przybywających tutaj nie natknął się na białe Madonny na niebieskim tle? Chyba nie ma takiej osoby? 
Jeśli zobaczy się wiele rzeźb robbianych, od razu spostrzega się zawężenie gamy barwnej. Dominują błękity i biele, a dodatkowo potem dochodzą żółcie, zielenie i brązy. Znajdźcie gdziekolwiek soczystą czerwień. Niemożliwe! Przejrzałam książki poświęcone tylko i wyłącznie majolice robbianej, żadne dzieło nie ma czerwieni. Szczytem zbliżenia się do niej jest fiolet albo brąz. Nie znano wtedy barwnika, który pod wpływem wysokiej temperatury zachowałby czystość czerwieni? A przecież witraże mają pełne spektrum barw. Więc, o co chodzi?
O trudnościach wszelakich świadczy także pistojski fryz, którego siódma scena, zrobiona po śmierci twórcy nie przechowała się w tak świetnym stanie, jak pozostałe, no, nie licząc może pierwszej, bocznej. Ale o tym za chwilę. 
Piszę o fryzie że jest "robbiany", a tak naprawdę jego twórcą jest Santi Buglioni, tylko medaliony są z warsztatu Della Robbia.
Poszukałam. Skąd Buglioni wśród majolikowych dzieł?
Ha! Vasari wspomina o pewnej kobiecie, która wkradła się w łaski Andrei Della Robbia i wkradając się, wykradła przepis na szkliwo. Zrobiła to dla Benedetto Buglioniego, a ten przekazał całą wiedzę Santi di Michele, prawdopodobnie krewnemu, dlatego zwanemu Santi Buglioni. Santi musiał wiedzieć, jak jego mistrz pozyskał sekret, więc sam tak go pilnie strzegł, że już nikt po nim nie mógł zrobić majoliki takiej jakości. A że przed nim zmarł ostatni z konkurencyjnego rodu della Robbia, wszystko poszło w niepamięć.
Podczas zwiedzania zobaczyliśmy częściowo odnowiony renesansowy fryz, co wywołało we mnie następne zaskoczenie. Po pierwsze, gdy ogłaszano w zeszłym roku możliwość obejrzenia dzieła z bliska, mówiono, że nastąpi to po jego wyczyszczeniu, że zostawi się na pewien czas rusztowania. Guzik prawda! Jednak dzięki temu mogłam porównać, co daje zastosowanie substancji na bazie amoniaku, którego woń niosła się po rusztowaniach. Niesamowite, co robi czyszczący płyn, nie dość że usuwa wrośnięty w majolikę brud, to jeszcze przywraca połysk szkliwu. Gdybym nie zobaczyła obok siebie fragmentów "przed i po", nie uwierzyłabym, że to jest możliwe.
A co w ogóle zobaczyłam?
Przypomnę jeszcze raz, że stoimy przed renesansowym dziełem, którego tematem przewodnim są uczynki miłosierne co do ciała. Temat w sam raz na ogłoszony przez Papieża Rok Miłosierdzia. Aż się dziwię, że Pistoia to słabo wykorzystuje.

Sceny odnoszą się do fragmentu Mateuszowej Ewangelii:
"Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; 
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;  byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie". 

Cykl zaczyna się od sceny "Nagich przyodziać", której nie można było zobaczyć z bliska. 


Widać ją na lewym boku loggi, bardzo przyciąga ciekawski wzrok, gdy się schodzi uliczką prowadzącą do Ospedale.

Była najbardziej zniszczona, zwłaszcza jej tło coś mocno nadgryzło. Jest też tu mniej szkliwa z racji tematu. Nagiego ciała artysta nie szkliwił, lecz malował na zimno. Powodem były głównie twarze. Położenie szkliwa spłyca i łagodzi relief, a rzeźbiarzowi zależało na realistycznym odtworzeniu rysów twarzy niektórych postaci.
Zauważyliście, że jedynym nagim, nieprzyodzianym jest w tej scenie dziecko? Czy to przejaw tego, jak kiedyś zupełnie inaczej traktowano dzieci? 
Dwie osoby straciły nie tyle poczucie czasu, co głowy. Brakuje jej mężczyźnie z lewej strony, a kobieta rozmawiająca z zakonnicą "coś niewyraźnie wygląda". 
Skąd tu w ogóle zakonnice? I to w fioletowym habicie? W Pistoi nie było takich sióstr. To widomy znak, że pistojski szpital był wtedy pod zarządem florenckiego Santa Maria Nuova, gdzie właśnie posługiwały tak przyodziane mniszki.
Scena pokazuje dwojaki wymiar realizacji "przyodziewania". Po lewej mężczyźni otrzymują ubrania.

Po prawej jest część żeńska, która przyszła po finansową pomoc. Mniszka prezentuje darczyńcy klęczącą młodą dziewczynę, ubraną na biało.

Na posag zostają przeznaczone pieniądze z niebieskiej sakiewki. Wręcza je mnich.

Zatrzymajmy się chwilkę przy nim. To postać historyczna - Leonardo Buonafede, wyświęcony i pochowany we Florenckiej Kartuzji (Certosa di Firenze). Był między innymi zarządcą szpitala, ale, gdy nie otrzymał biskupiej mitry tego miasta, wyjechał, by najpierw być biskupem dalekiego Vieste, a potem Cortony. Postać to niezwykle ważna dla Pistoi. Nie dość, że świetnie kierował szpitalem, to jeszcze był miłośnikiem i mecenasem sztuki, przyciągnął do miasta florenckich artystów.

https://upload.wikimedia.org
Leonardo Buonafede pojawia się w kilku scenach fryzu, a jego charakterystyczny orli nos każe przypuszczać, że i inne majolikowe postaci mogą być portretami żyjących wtedy ludzi. Nie mamy do czynienia z jedynie ideowymi wyobrażeniami. Tezę tę wzmacnia fakt, że w przeciwieństwie do Della Robbi, Santi Buglioni pracował w Pistoi i spotykał osoby, które mógł uwiecznić w swoim dziele. 

Od  drugiej sceny - "Podróżnych w dom przyjąć" zaczynało się zwiedzanie na rusztowaniach.

Pistoia leży na jednej z odnóg pielgrzymkowego szlaku Via Francigena. Najbardziej typowym wyposażeniem wędrowca był kostur z charakterystycznym zakończeniem, wskazującym na funkcję obronną, tak i przed zwierzętami, jak i ludźmi. Także w tamtych czasach ludzie zbierali pamiątki z podróży.  Jeden z pielgrzymów przyozdobił kapelusz ptasim piórem, inny igłami jeżozwierza. Miał więcej szczęścia ode mnie, ciągle nie trafiłam na igły, jedynie spotkałam kiedyś żywego stwora. Może powinnam ruszyć na jakąś pielgrzymkę?

Trudno nie zauważyć muszli św. Jakuba, nie tylko zdobiącej kapelusz, ale na tyle dużej, by móc służyć za chochelkę do nabierania i picia z niej wody. Muszla wskazuje jednocześnie na powiązania  z Santiago de Compostella, czyli ze św. Jakubem, którego relikwie są w posiadaniu pistojskiej katedry od XII wieku. Wędrujący idą prowadzeni właśnie przez św. Jakuba, który dyskutuje o czymś z przełożonym szpitalników.
Szef całego szpitala - mnich - obmywa nogi ... no, właśnie. Komu? Strój wskazywałby na Jana Chrzciciela, ale to trochę dziwne. A jeszcze dziwniejsze, że ma twarz św. Jakuba. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę powiązania przełożonego z Florencją, której patronem jest Jan Chrzciciel, może jednak to on? A wszak wtedy Pistoia w ogóle była pod dominacją florencką.
Szpitalny pomocnik leje z dzbana wodę. Wierność detalom to jedna z cech stylu artysty. Umieszcza takie szczegóły, których często nie widzimy stojąc pod szpitalem, chociażby niebieską wodę w misie. Z dołu widzimy jedynie biały strumień wypływający z żółtego naczynia oraz cienką smugę wody w misie, z poziomu fryzu mogłam do niej zajrzeć.

Wielce prawdopodobne, że po prawej stronie sceny widzimy konkretnego, żyjącego w tamtych czasach, szlachcica w czarnej szacie, stojącego tyłem do widza. Stoi przy bogato zdobionym łożu, na którego tkaninie widać symbol Ospedale del Ceppo - kwitnący pniak oraz znak florenckiego szpitala Santa Maria Nuova.  Zapewne jesteśmy świadkami ofiarowania daru w postaci wielkiego łoża, wielkiego i bogatego, zdobnego we wstążki, przykrytego kapą ze złotym obramowaniem.

W tym samym panelu widać dwóch pielęgniarzy. Dzięki Buglioniemu możemy dokładnie wyobrazić sobie, jak chodzili ubrani. Ciekawa jest ich nazwa we włoskim języku - "pappini" - papeczki, czyli ci, którzy przygotowywali pożywienie (papki) dla chorych.

Scenę pierwszą od drugiej oddziela cnota kardynalna Roztropność - kobieca postać, która z tyłu głowy ma męską twarz, co dobrze odzwierciedla powiedzenie "mieć oczy dookoła głowy".

Roztropność i we włoskim i polskim jest rodzaju żeńskiego, może dlatego druga twarz jest męska, by uświadomić panom, że to też ich dotyczy? Kobieta patrzy w lustro, ale nie podziwia siebie, tylko musi mieć świadomość siebie samej, kim jest, dlaczego coś robi. Poza tym w lustrze może zobaczyć, co się dzieje za jej plecami. W ręce trzyma wijącego się węża, w nawiązaniu do św. Mateusza "Bądźcie roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie".  Wydłużona sylwetka, wręcz przypominająca modelki, jeszcze bardziej oddziela alegorię od ludzkich sylwetek ze scen życia powszedniego obok. Fascynujące, ile można powiedzieć tylko na temat tej jednej postaci. Muszę się powstrzymywać, by nie zatrzymać się w tym miejscu.

Przechodzimy do trzeciej tablicy -  "Chorych nawiedzać".

To sztandarowa scena, wszak jesteśmy przed szpitalem. W tamtych czasach szpitalnictwo ciągle jeszcze było domeną kościelną, stąd właśnie postaci religijne przewijające się przez sceny, wydawać by się mogło, świeckiego życia. Wcześniej w Pistoi (jak i w innych miastach) w ogóle nie było rozbudowanych struktur szpitalnych. Potrzebujący trafiali do niewielkich oratoriów, kościółków, przy których były jakieś salki, w których można było otrzymać pomoc. Tych w Pistoi było około 20. Pierwszym zadaniem, jakie sobie stawiano, nie było wcale leczenie ciała, ale duszy. 
I znowu postać Buonafede znajduje się niemal w centrum panelu.
Po lewej stronie lekarz chwyta chorego za rękę. Zobaczcie, jak leżący obawiając się bólu, zaczyna drugą ręką ściskać prześcieradło. A to pewnie tylko badanie pulsu. Człowiek trzymający naczynie z żółtą cieszą to "laborant". Pobrał mocz do badania, a badano go wzrokiem, węchem i ... smakiem. Brrr!

Po drugiej stronie scena nie jest tak czytelna. gdyż brakuje narzędzia, którym posługiwał się lekarz. Coś tam prawdopodobnie było. Teraz to możemy sobie dywagować, czy odwszawiają pacjenta, czy też robią jakąś poważniejszą operację. Chociaż mało prawdopodobne jest, by pomocnik, podtrzymywał chorego podczas odwszawiania. Więc jednak coś bolesnego? Strach pomyśleć, co. 

Nad łóżkami są tabliczki z ziołami i numeracją. Nawet ten niewielki detal jest świadkiem czasu przechodzenia z numeracji rzymskiej na arabską. Zioła, być może, miały zwalczać nieprzyjemne zapachy. 

I znowu postać rozdzielająca sceny, tym razem jest to cnota teologalna (zwana Boską) - Wiara

Reprezentuje ją młoda kobieta trzymająca w rękach kielich i krzyż - symbole Męki Pańskiej. Krzyż jest drewniany. Nie wiadomo, kiedy, podczas prac konserwatorskich wymieniono terakotowy na drewniany. 

"Więźniów pocieszać". Widzimy dwie twarze wygladające zza krat. Tuż pod więzieniem siedzi na ziemi Chrystus, jedyny raz pojawiający się jako osoba, co jeszcze bardziej czytelnie wyjaśnia patrzącym słowa z Ewangelii: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.


Dwóch więźniów może odnosić się też do pistojskiej tradycji uwalniania dwóch osadzonych z okazji święta patrona miasta św. Jakuba. 
Trudno jednoznacznie określić, kim jest diakon w zielonej dalmatyce prowadzący za rękę Leonarda Buonafede. Podejrzewa się, że to św. Leonardo patron uwięzionych, ale i patron osobisty Buonafede. 

Z prawej strony sceny szpitalni pracownicy nadciągają z pożywieniem. Ten z zawiniątkiem chyba nie dowierza, że ma tam zanieść pakunek?

W Pistoi czasami jeszcze je się "więźnia" - to postrach dla wszystkich niemiłośników flaków, do których i ja się zaliczam. Nawet amatorzy flaków tutaj potrafią poddać się bez walki. Carcerato to rodzaj papki z czerstwego chleba i wszelakich wołowych wnętrzności. Byłam raz na obiedzie, gdzie podano taką potrawę, w ramach zaspokojenia ciekawości Krzysztofa. Na szczęście gospodarze zdawali sobie sprawę z tego, że są jeszcze ludzie o wrażliwszym przełyku i nie namawiali mnie nawet do degustacji. Pryncypał, o dziwo :), nie został fanem carcerato. Gdybym wiedziała, że dotąd więźniowie muszą to jeść, chyba sama chwyciłabym za zawiniątko i pobiegła ulżyć w podwójnej niedoli osadzonego.
fot. Nicolò Begliomini

I znowu sceny rozdziela figura cnoty Boskiej - Miłości

A że cnota najważniejsza to, ulokowana jest w centrum fryzu. Często przedstawia się ją jako kobietę opiekującą się co najmniej dwojgiem dzieci

Przechodzimy do najbardziej dojmującego (z ludzkiego punktu widzenia) chrześcijańskiego obowiązku "Umarłych pogrzebać"

 Po lewej widzimy grabarza podtrzymującego zwłoki, które za chwilę opuści do grobu. 

Z tyłu szpitala był kiedyś cmentarz i takie obrazy zapewne oglądano tam wiele razy. 
fot. Nicolò Begliomini

Zwróćcie uwagę na płaskie potraktowanie głowy grabarza. Zaraz obok jest jeszcze wyrzeźbiona w podobny sposób druga postać. Podejrzewa się, że to spłaszczenie, dużo gorsza "ręka", mogło być wynikiem pracy ucznia. Ale patrząc na finecyjnie wyrzeźbioną brodę myślę, że może to jednak tylko gra przestrzeni, dodanie następnego planu?
Pracownik szpitala, we fioletowej szacie, nie za bardzo chce się przyglądać scenie, ale nie widać po nim emocji, być może odwraca głowę, żeby nie czuć odoru zwłok. Mam wrażenie, że wykrzywia minę z obrzydzenia.
W środku Leonardo Buonafede (odpowiednio do okazji okryty czarnym płaszczem) wdaje się w konwersację z mniszką należącą do mało znanego u nas i już nieistniejącego zakonu Jezuatek (Służek  Jezusa) zwanych Biedaczynami. To one czyniły posługi pielęgniarskie, zwłaszcza w żeńskiej części pistojskiego szpitala. I tu trzeba albo dobrego zoomu, albo lornetki, by zobaczyć łzy spływające po twarzy mniszki. 

Nad leżącą na marach osobą modli się ksiądz i trzech ministrantów. Rozpoznajemy z łatwością trybularz, którym okadzane są zwłoki, ale co trzyma w ręce stojący przy głowie zmarłego? Wygląda jak gąbka osadzona na patyku. Gąbka mogła być nasączona święconą wodą. Ale po co robić taką konstrukcję, gdy w użyciu były kropidła? Być może był to rodzaj myjki, bo wtedy też obmywano zmarłych. 

Dobrze jest mieć "Nadzieję" po poprzedniej scenie. 

Nie dziwi więc obecność trzeciej cnoty teologalnej. Chcę myśleć, że dlatego zwrócona jest ku pochówkowi, by wskazać na nadzieję, z jaką powinniśmy chować zmarłych i umierać. 

Dopiero teraz pojawia się pierwszy w kanonie miłosiernych uczynków - "Głodnych nakarmić"


Scena znowu jest podzielona na dwie części. Po lewej widzimy posiłek w szpitalu, rozpoznawalnym po białych ścianach. Leonardo Buonafede prowadzi obdartego, niemal bezzębnego biedaczynę do stołu, za którym zasiadło trzech mężczyzn. Jedzą chleb i kurczaka. Nawet na moich zdjęciach zrobionych z dołu widać chudzielca na talerzu. Od razu człowiek przypomina sobie gumowe kurczaki z chęcią używane przez komików. 

Z kolei po prawej stronie dwóch pappini wraz jakimś ważniejszym pracownikiem szpitala, stoją przed wejściem do tej instytucji i rozdają pożywienie. Większość figur żebrzących nie jest zbyt dobrze opracowana, ale dzięki temu wyraźnie widać dziecko w poszarpanym ubraniu, które ciągnie połę płaszcza rozdającego dary. Matka usiłuje odciągnąć synka, ale jak widać, nic się nie dzieje, nikt nie ma pretensji, że dzieciak tak się zachowuje. Zaraz za nimi wyciąga ręce niewidomy, tak jak i reszta, w poszarpanej odzieży. "Jestem też tutaj, dajcie mi cokolwiek".  Nie wiadomo, czy to kwestia barwnej kompozycji, czy też żółta barwa oznacza Żyda, a właśnie żółty był wtedy przypisany tej grupie narodowościowej. 

Tutaj trzeba wspomnieć samego artystę, który tworząc tę scenę na pewno nie myślał, że umrze w wieku 82 lat, całkiem ślepy. W ogóle smutna jest jego kariera, a raczej jej upadek. Santi Buglioni ukończył fryz, gdy miał 30 lat. Wykonał jeszcze wiele pięknych rzeźb, z których np. Madonna z Dzieciątkiem jest w Luwrze. Ale w połowie XVI wieku zapotrzebowanie na majolikę zaczęło spadać,  więc rozdrabniał się po małych wiejskich kościółkach, czekając na zapłatę. Na koniec wypalał cegły na podłogi do Palazzo Vecchio, gdzie dotąd można je znaleźć. 

Tym razem przerywnikiem jest figuracja cnoty kardynalnej - "Sprawiedliwość", często przedstawiana na sądowych budynkach, albo miejscach, gdzie tworzono prawo. Co robi na szpitalu? Nakazuje traktować pacjentów sprawiedliwie?

I znowu jest to młoda kobieta, odziana w elegancką zbroję i okryta niebieskm płaszczem z zieloną podbitką. Pochyliła głowę w dól, a szpadę trzyma ostrzem ku górze. Na pewno w lewej ręce trzymała wagę, ale  ...

Kończymy cykl sceną "Spragnionych napoić".


Wyraźnie widać odmienną stylistykę, barwy i stan całości. 
Santi Buglioni nie dokończył fryzu. Ciekawe, bo nie znalazłam informacji, dlaczego. Mogę snuć domysły na podstawie tego, że pod koniec prac, a  był to czas słynnego złupienia Rzymu, Leonardo Buonafede dostał propozycję objęcia dalekiego biskupstwa w Vieste (Puglia). Mnich, mecenas sztuki opuścił więc Pistoię i prawdopodobnie nikt nie zadbał o dokończenie fryzu. Po kilkudziesięciu latach powstała siódma scena, już innego autorstwa. Santi Buglioni coś tam zamierzał, bo w 1936 roku, w miejscu gdzie były piece do wypalania gliny, znaleziono  wypalone fragmenty do ostatniego panelu.  
Kto więc wyrzeźbił scenę z podawaniem napojów spragnionym? Dziesięć lat po śmierci mistrza, wykonał ją Filippo di Lorenzo Paladini, lokalny malarz i rzeźbiarz.
Nawet przy mniejszych jego zdolnościach możemy rozpoznać, że zmienił się szef szpitala. W zupełnie białym habicie widzimy Bartolomeo Montechiariego. 

Paladini bezlitośnie zaludnił scenę, co, przy niezaradnym szkliweniu, czyni ją mniej przejrzystą. Owo szkliwienie powoduje w oku mętlik, sprawia wrażenie wypłowiałego, albo wręcz pomalowania farbami na zimno. Kiedyś właśnie myślałam, że to brak szkliwa i że stan ostatniej sceny wynika z faktu pomalowania terakoty farbami, w czym utwierdzały mnie różne źródła pisane. Myliłam się, bo tam jest szkliwo, co widać dopiero po odczyszczeniu. Niestety, jak już wspomniałam, Santi Buglioni wykradzioną przez wujka formułę zabrał ze sobą do grobu i Paladini nie był w stanie jej odtworzyć. Położył za cienkie warstwy, przez które prześwituje terakota, co zabrało barwom świetlistość i niasycenie. Filippo nie poradził też sobie z formą - widać to bardzo na przykładzie stóp, za małych, a czasami wręcz karykaturalnych w skrócie perspektywicznym. Ciekawostką są miseczki, użył prawdziwych. 

Pozostaje jeszcze wspomnieć o innych elementach ozdobnych na loggi.
Na tej samej wysokości, co fryz są cytaty z Pisma św. :
BEATI MUNDO CORDE QM (Błogosławieni czystego serca, albowiem ...) - to na tym krótszym boku
BEATI MISERICODES QM (Błogosławieni miłosierni, albowiem ...) - z lewej
QM IPSI DEU VIDEBUNT (... albowiem oni oglądać Boga będą) - z prawej - od razu widać, że autorem nie był Santi Buglioni, tylko Paladini. 

Fryz flankują imponujące Harpie z herbem szpitala, czyli ożywionym liśćmi pniakiem. 

To jeszcze nie wszystko. 
W końcu mogę spokojnie napisać nazwisko Della Robbia, bo właśnie autorstwa Giovanniego są piękne medaliony, przypominające położeniem te z florenckiego Szpitala Niewiniątek, lecz o wiele bardziej rozbudowane. Kilka jest połówkowych, co wynika z architektury, a więc po kolei: symbole dwóch szpitali pistojskiego Ceppo i florenckiego Santa Maria Nuova, herb Pistoi (biało-czerwona szachownica), ponownie herb Ospedale del Ceppo (który pojawia się jeszcze na krótszym prawym boku loggi), Zwiastowanie NMP, Wniebowzięcie NMP, Nawiedzenie św. Elżbiety, herb Medyceuszy (Pistoia musiała nieźle szemrać na ten widok), i na końcu znowu połowa medalionu z herbem Pistoi. 

Czuję już, że Was nieźle zanudziłam, a każdy z herbów powinien mieć swoją opowieść, powinnam zwrócić uwagę na cudowne detale. Girlandy są tak wspaniale rzeźbione, że aż czuć świeżość roślin w nich przedstawionych. Ciągle mnie zadziwiają spotykane w tego typu girlandach ... ogórki. Ze świecą w ręku teraz szukać ich wśród tutejszych warzyw, a w Polsce są tak bardzo popularne, czy to do octu, czy do kiszenia. Rozpołowiony granat sprawia, że szukam łyżeczki by wyjeść jego nasiona. 
Cierpliwe oczy wypatrzą jaszczurkę, ślimaka i kraba, między innymi wsród liści girlandy w scenie Wniebowzięcia. Zachwycają mnie trzy niewielkie lilijki na górnej kuli w herbie medycejskim. 
Ten pietyzm, ta pasja! 
Przypominają mi się słowa śp. Mamy, która na widok włoskiej architektury powiedziała: "Wiesz córuś, kiedyś to się ludziom chciało."

Oglądanie takich dzieł bardzo mnie motywuje. Nie tylko do tego, by szczegółowo o nich pisać, przez szacunek do twórców, ale też, by samej "bardziej chcieć".  


KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *