Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Talciona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Talciona. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2017

WSZYSTKO PRZEZ TRZECH KRÓLI

Monika to ma jakieś specjalne pogodowe błogosławieństwo.
Kiedyś umówiłyśmy się na trzy dni w Rzymie, był koniec listopada, a nam się zdarzało chodzić po mieście w krótkim rękawku.
Jej tegoroczny pobyt wpisał się dokładnie między mrozy z silnymi wiatrami, a deszczowe, acz ciepłe dni. Wszystko zgodnie z programem.
W planach były nie tylko muzea, o czym w przyszłości, ale i wycieczka plenerowa.
Nie prowadziła nas Gwiazda Betlejemska, ale sami bohaterowie historii o Epifanii.
Wycieczka była bardzo przyjemnie babska, gdyż pojechała z nami też i Asia.
Plan luźny i swobodny na końcu jedynie spinała godzina powrotu, ale udało nam się wyśmienicie wpisać w czas, którym dysponowała mocno już zajęta klientami Joanna.
Zaczęłyśmy od Monteriggioni.




Miałam ochotę na sklep z butami, bo czas wyprzedaży sezonowych trwał w najlepsze, ale okazało się, że byłyśmy za ... wcześnie.
Chyba jako pierwsze turystki pojawiłyśmy się tego dnia w osadzie, nawet dwie Japonki nie zdążyły nas wyprzedzić. Koty uwzięły się na Joannę, pręgowany nawet pokazał kły, ale dała dzielnie radę :)


Monteriggioni zachwyciło nieznanym mi tam spokojem i ciszą. Wszystko niby takie samo, a jednak ciut inne, oświetlone zimowym słońcem.
















Po raz pierwszy zobaczyłam, że i od tej strony widać na horyzoncie San Gimignano, rozbielone niskim światłem.

Wąska gama barwna pól kazała przyznać naturze tytuł maestra di sfumatura (mistrzyni odcieni).








Biały koń tylko na chwilę przestał być jednorożcem.


Drugi punkt naszej wycieczki był bardzo wesoły, a raczej stał się nim w trakcie. Pojechałyśmy do winnicy Mazza, zahaczając po drodze o zamek w Staggia Senese (pisałam o nim w artykule Jesienne  Chianti).
Nie oparłyśmy się widokom ogołoconych zimą winnic.
Snujące się po polach dymy oraz mniej snujący się robotnicy przycinający winorośle kazali z nadzieją wypatrywać wiosny.












Do zwariowania fotografowałam dalekie drzewo, więc i Was trochę nim podręczę.







A u Mazzy wiosna w sercach nam zawitała, gdy poddałyśmy się dobrowolnej degustacji win.
Wypróbowałam już wiele win stołowych, ale żadne nie umywa się do propozycji tego gospodarstwa.
Dobrze zaopatrzone wstąpiłyśmy jeszcze do niedalekiej Castelliny, by, zamiast obiadu nasycić się przelotną kanapką w barze i widokami zaspanego miasteczka.

















Nadszedł czas na wyjaśnienie tytułu artykułu.
6 stycznia pokazałam na Facebooku zdjęcie z portalu pewnego kościoła w Chianti. Monika na jego widok zapragnęła zobaczyć to miejsce.
Prosisz - masz.
Niemal trzy tygodnie później znalazłyśmy się w Talcionie, której kościółek niby Gwiazda Betlejemska prowadził nas widoczny już z daleka.

Obfotografowałyśmy każdy detal, mimo, że cienie rzucane przez drzewo cięły niemiłosiernie romańską nieporadność. Nie mogę znaleźć wśród wcześniejszych wpisów, czy już pokazywałam kościół w Talcionie, więc wybaczcie, jeśli się powtórzę. Dla takiego cudu, dla min Trzech króli, dla opasłej Madonny i uśmiechniętego zwierzątka (kto wie jakiego) - warto się powtarzać.









Tak to Trzej Królowie zawiedli nas do Chianti. Wróciłyśmy w doskonałych humorach i z całymi naręczami pięknych widoków.