niedziela, 5 kwietnia 2020

Z GULĄ W GARDLE

Dziękuję wszystkim za pomoc w uzbieraniu odpowiedniej liczby subskrybentów. Jak pewnie niektórzy zauważyli, nadajemy przez You Tube.
Staramy się wykorzystywać media, na ile tylko się da. Docieramy nie tylko do parafian, ale i daleko poza granice parafii, a nawet Italii.
Nie każdy ksiądz radzi sobie z nadawaniem na żywo, wielu parafian pozostało skazanych tylko na media krajowe, a to w przypadku tak wielkiego przywiązania do dzwonnicy (campanilismo) jest dla Włochów dodatkowym utrudnieniem w przeżywaniu kwarantanny.
Moja grupa pań, początkowo ograniczona do uczestniczek zajęć plastycznych, rozrasta się i ma obecnie nazwę "Kobiety z Tobbiany". Towarzyszymy sobie w codzienności kwarantanny, podnosimy na duchu, podsyłamy przepisy, śmiejemy się. Zaproponowałam, żeby zamiast obrazków z internetu, wrzucały swoje zdjęcia, ze swoich domów, kwiatów, potraw. Gdy moja przyjaciółka obchodziła 50 urodziny, część pań z rodzinami nagrała dla niej życzenia. 
Widać, że ludzie powoli się ogarnęli, znaleźli swoje rytmy w zamknięciu.
Gorzej sprawa przedstawia się na polu kościelnym. Niektóre ograniczenia budzą rozżalenie, trudno zrozumieć nielogiczność i nierówność pewnych zarządzeń. Trzeba szukać innego sposobu na dotarcie do parafian, jeśli zabrania się księdzu samotnego wyjścia na ulicę w celu pobłogosławienia parafii, palm, itd. 
Żeby nie nawoływać ludzi do wychodzenia po gałązki oliwne, zaproponowałam zrobienie sobie palemek alla pollacca, podarowałam do wydruku swoją tablicę botaniczną z oliwką, jeśli ktoś już koniecznie musiał mieć oliwkę, zwyczajową tutaj palmę. Mam sygnały, że ludzie faktycznie ją sobie wydrukowali. Skonstruowaliśmy też coś w rodzaju olbrzymiej palmy, wykorzystując słup stojący na łączce przed plebanią. 







Tylko jak pobłogosławić palmy u ludzi w domach?
Z dzwonnicy!To było niezwykłe machać do ludzi z wysoka, widzieć drobne figurki i domyślać się, kogo kryją. Widziałam człowieka z lornetką, znajoma wzięła lustro, żeby nadawać znaki do nas. 
Najbardziej niezwykłe było jednak błogosławieństwo, które wywołało we mnie tytułową gulę w gardle. Chyba nie muszę tego wyjaśniać?



środa, 25 marca 2020

WIELKA PROŚBA

Wiele osób pyta się, jak mogą pomóc.
Wydawało się, że na taką odległość, możliwe są jedynie słowa wsparcia, zapewnienia o pamięci i modlitwie.
A jednak!
Mamy wielką prośbę, gigantyczną prośbę!
Krzysztof nadaje na żywo z obydwóch parafii. Możecie zapytać, czy parafianie nie mogą uczestniczyć w transmisjach telewizyjnych z diecezji czy Watykanu. Odpowiedż jest prosta: Mogą, ale...
Pamiętajcie o zjawisku zwanym "campanilismo", czyli przywiązaniu do miejsca urodzenia, zamieszkania od długich lat,  dosłownie to przywiązanie do dzwonnicy.
Niemal od razu po ogłoszeniu kwarantanny parafie zaczęły nadawać na żywo na dwóch platformach, dwoma telefonami - na Facebooku i Instagramie, ale tam wymagane jest zalogowanie, czego wielu nie umie zrobić, nie chce, ma swoje powody, z którymi się nie dyskutuje. Możliwość nadawania na żywo ma też youtube i w tym kierunku poszły działania, bo tam nie wymaga się logowania, by oglądać relacje.
Ale nie ma tak lekko.
Po pierwsze, po uruchomieniu tej opcji można nadawać na żywo, ale tylko z komputera.
Po drugie, w kościele nie mamy zasięgu wi fi, więc i tak trzeba posługiwać się telefonem, żeby tworzyć hot spot.
Po trzecie, nie wiemy dlaczego, ale komputer powoduje wielkie zakłócenia w dźwięku, ścina relację,
Prosimy więc z całego serca o zapisanie się na kanał Don Cristoforo, by móc nadawać z telefonu.
Potrzeba minimum 1000 subskrypcji! Poproście swoich przyjaciół, swoje rodziny, swoich znajomych i nieznajomych. Dla Was to niewiele, a dla dwóch małych społeczności w północnej Toskanii wielkie wsparcie.
Kanał ma służyć jedynie celom parafialnym, nie chodzi o żaden zarobek, tylko o kontakt z parafianami z trudem znoszącymi izolację.



Proszę, kliknijcie, kto żyw, na link Don Cristoforo a tam na przycisk "subskrybuj". 
Z góry i z całego serca dziękuję.


wtorek, 24 marca 2020

LEKCJA POKORY

Dalszy ciąg myślenia o wsparciu na odległość.
Tym razem już bardzo konkretnie skierowałam swoje działanie do moich dwóch grup z parafialnej pracowni artystycznej. Nagrałam tutorial. Oj! Była to dla mnie wieeeelka lekcja pokory, poczynając od mojego kulawego włoskiego, kończąc na wizualnej prezentacji przed kamerą. 
Od wczoraj podziwiam wszystkich "nagrywaczy" za ich swobodę, jasność przekazu, techniczny poziom prezentacji. 
Jednak ważniejszy był cel, a ten już pączkuje.
Wszystko zaczęło się od Asi, która pokazała mi znalezione w necie zdjęcie i zapytała, jak to jest zrobione. Moja ulubiona butafora!
Siadłam i zrobiłam. Teraz tylko jak to opisać?

Pomyślałam, że przecież mogę to wyjaśnić nie tylko Asi. Potem pokazałam film Monice, a ona ucieszyła się, że może wykorzysta go do zajęć online. No to teraz jeszcze pokorniej pokazuję Wam efekty, może skorzystacie? Nie przejmujcie się nieznajomością włoskiego (zresztą bardzo wątpliwego w moim wykonaniu), ważniejszy i tak jest przekaz wizualny, a jeśli będziecie mieć jakieś pytania, piszcie w komentarzach pod filmem, albo tu na blogu, na Facebooku, czy w mailach. Postaram się dopomóc.
Jeśli wykonacie jakąś pracę w technice butafory, podeślijcie proszę mi zdjęcie, a ja umieszczę na Instagramie (szukajcie użytkownika butafora), na Facebooku (szukajcie grupy Butafora) bądź na mojej stronie proarte.it, tam pojawi się zakładka o tej samej nazwie.

wtorek, 17 marca 2020

WSPARCIE - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Jestem w stałym kontakcie z mieszkankami Tobbiany, obserwuję więc zjawisko, które przeczuwałam, ale dopiero teraz w pełni zrozumiałam, jak bardzo stadnym narodem są Włosi. Kwarantanna to dla nich naprawdę trudny czas. Zainspirowana różnymi sytuacjami w internecie podsunęłam Krzysztofowi pomysł, by na dzwonnicy wywiesić włoską flagę.
Ale dzwonnica duża, a chyba nie mam aż tylu tkanin.
To może zadzwoń proszę do Ferdinando, on ponoć w pracy ma mnóstwo różnych tkanin.
Mówisz, masz.
Już po kilku godzinach trzy zszyte kawałki przywędrowały na plebanię.
Potem wykończyłam całość, dodałam korytarzyki na pręty żelazne, dostarczone przez zaprzyjaźnionego i znanego Wam murarza.
Wśród różnych parafialnych krzyży znalazłam jeden, idealnie wpisujący się w białe tło. Nie chciałam, żeby był czarny. Nie ma co dobijać parafian.
Montażem zajął się proboszcz, co stanowiło najbardziej niebezpieczną część pomysłu, bo musiał chodzić po dachu, żeby dół flagi nie powiewał na wietrze i nie okręcał jej wzdłuż pionowej osi.
Chociaż, w pewnym momencie i ja poczułam się nieswojo, gdy carabinieri przejeżdżali koło mnie. Miałam nadzieję, że dam radę im wytłumaczyć moją niezbędną wręcz obecność na ulicy, skąd kierowałam usytuowaniem flagi.
Flaga jeszcze nie zdążyła załopotać a już znajoma z odległego domu przysłała mi zdjęcie, zachwycona pomysłem.
Okazało się, że trafiłam w punkt! Tego im trzeba było. A to jeszcze nie wszystko, lecz o tym w następnym wpisie.

czwartek, 12 marca 2020

ITALIA W CZASACH ZARAZY

Miałam się nie rozpisywać na temat covid-19. Powtarzam, nie jestem fachowcem, ani od strony medycznej, ani dziennikarskiej, ani od żadnej. Dzisiaj jednak podniosło mi się ciśnienie po wysłuchaniu nagrania jakiejś rozmowy telefonicznej przeprowadzonej między przyjaciółkami, z których jedna mieszka we Włoszech.
Przedstawiła sytuację, jako trudną do zniesienia, że nie może iść na kolację do restauracji, że papierowymi chusteczkami musi nos wycierać (jakimi dotąd wycierała?), że teściów nie może odwiedzić, by ich nie narażać. No pewnie, lepiej pojechać zarażonym do mamusi po operacji, jak zrobił to jeden człowiek. I już  nie będzie odwiedzał mamusi, zmarła na przywleczonego covid-19
Kochani!
Ja rozumiem to, że ludzie się boją biedy, która może potem nastąpić. Ale chyba lepiej być biednym, a nie martwym?
Nie rozumiem ludzi bagatelizujących problem, nie rozumiem pani podającej się za naukowca, która na początku epidemii wmawiała nam, że to inna postać grypy, i że na grypę umiera więcej Włochów, więc o co ten krzyk? Nie rozumiem postawy rządzących, którzy na początku nie chcieli robić kwarantanny ("bo nie są faszystami").
Nie rozumiem obecnych decyzji, gdy powoli się zamyka różne aktywności, robiąc to w sposób nielogiczny. Np. kilka dni temu nakazano zamknięcie pubów (no tak, w Italii to styl życia - piwo w pubie), a dopiero teraz zamknięto bary.
Powoli, acz opornie, rząd zaczyna zapewniać ludzi o wsparciu ekonomicznym. Nie dowierzają. Nie dziwię się, po tym, jak ciągle w trudnych warunkach żyją niektórzy poszkodowani po trzęsieniach ziemi, jak w "cudowny" sposób znikały pieniądze zebrane na pomoc dla nich.
Rozumiem tylko to, że im mniej ludzi spotkam, tym mniej będę narażona na zachorowanie, ani ja sama, nawet nieświadomie, nikogo nie zarażę.
Mam zostać w domu? Zostanę! To nie boli, że nie mogę zwiedzać Toskanii, nie jest istotą mojego życia pójście na kolację, choć przyznam, że życie towarzyskie w Tobbianie mieliśmy intensywne. Wychowałam się w bardzo skromnej rodzinie - biedy się nie boję. Boję się śmierci, wiem, że jest nieunikniona, ale chciałabym, żeby jeszcze nie teraz. Dlatego z wielką chęcią poddam się nawet dwumiesięcznej kwarantannie, jeśli ma mi ocalić życie.
Bardzo się cieszę, gdy widzę, że w Polsce o wiele szybciej podjęto działania rozpraszające zgromadzenia. Że o zamknięciu szkół powiadomiono rodziców na kilka dni przed faktem, żeby dali radę się zorganizować. Tutaj zrobiono to na kilkanaście godzin przed faktem.
Ponieważ wiele osób martwi się o nas, piszą do mnie, postanowiłam, że opowiem Wam tutaj, jak mi się żyje pod kwarantanną:
Na razie nie dzieje nam się żadna krzywda z powodu zamknięcia. Widziałam już filmiki i zdjęcia znajomych, którzy zorganizowali sobie siłownię w domu, ćwiczą z butelkami wypełnionymi wodą, zamiast hantli. Po necie krąży film z panem biegającym po balkonie. Mamy lekkie zapasy, ale akurat zdobycie pożywienia nie stanowi problemu. Sklepy spożywcze są ostatnie na liście do zamknięcia. Dobrzy handlowcy zareagowali od razu darmowymi dostawami zakupów do domu. Gmina ogłosiła, że pomoże tym, którzy w żaden sposób nie mogą wybrać się po niezbędne rzeczy.
Z domu można wyjść, ale lepiej unikać zbliżania się do ludzi.
Zaczyna się dezynfekować miasta.
Nie mam telewizji, lecz każdy gest na wagę złota. Nie wszyscy potrafią zapełnić sobie czas bez ruszających się obrazów. Główny dostawca włoskiej TV satelitarnej dał darmowy dostęp do swoich kanałów na dwa miesiące.
W necie pojawiają się sposoby na spędzanie czasu, którego nadmiar w domowym azylu może być dla ludzi destrukcyjny. Biblioteki szybko ruszyły z kampanią e-wypożyczalni. Spotykam strony na których pokazuje się muzea, które można zwiedzać wirtualnie.
Rodziny uczą się na nowo długiego wzajemnego przebywania.
Śmiałyśmy się dzisiaj z Asią, że być może za 9 miesięcy zanotujemy w końcu dodatni przyrost naturalny we Włoszech.
Sama prosiłam już moją rodzinę, przyjaciół i znajomych w Polsce, by się organizowali. Żeby już zdążali myślowo do kwarantanny, albo i nawet osobowo. Im wcześniej, tym lepiej.
Jeśli Wam to zalecą, to zróbcie. Nie omijajcie zarządzeń. Dmuchajcie na zimne!
Krzysztof na początku myślał, że pomoże zagęszczenie Mszy, żeby "rozgęścić" wiernych. Jeśli jednak mają zostać w domu, to niech zostaną. Mówię to ja, która codziennie chodzi na Msze. My już od kilku dni nadajemy Msze w streamingu. Trudno!
Nie wyjeżdżajcie teraz zagranicę!
Znajoma z Tobbiany właśnie z wielkimi problemami wraca do Włoch z Maroko, przez Monachium do Bolonii, a auto zostawiła w Pizie. A i tak udało się to z wielkim trudem.
Cieszę się, że mam internet, że jestem w stałym kontakcie z Rodziną i przyjaciółmi.
Odwołałam zajęcia w prowadzonej przeze mnie dwa razy w tygodniu pracowni dla kobiet, zapewne nie uda nam się przygotować świątecznego kiermaszu. Zapewne nie dam rady wysłać kartek świątecznych.
Może w tym roku niektórzy z Was nie wrócą do Toskanii, może ja nie pojadę do Polski, ale mam nadzieję, że potem, przy dobrym kieliszku wina, będziemy wspólnie lizać rany.
Wykorzystuję czas na nadrabianie domowych i ogrodniczych zaległości, na malowanie.
Napisałam Wam, jak to wygląda u mnie. Nie wiem, czy tak jest i u innych osób.
Ja jestem spokojna, liczę na to, że nikt mnie dotąd nie zdążył zarazić.
A wiosna nic sobie nie robi z pandemii.
Jest wcześniejsza,  jakby na pocieszenie wdziera się już zewsząd, łącznie z kwitnącymi drzewami, truskawkami, i innymi pachnącymi cudami.



Ah! Zapomniałabym napisać: prawdziwymi bohaterami tej opowieści są lekarze, pielęgniarki i służby porządkowe.

niedziela, 8 marca 2020

W POTRZEBIE

Nie chcę rozpisywać się nad koronawirusem, od tego są specjaliści. Co raz bliżej nas tworzone są czerwone strefy, te najbardziej restrykcyjne. W Toskanii na razie wprowadzono pewne obostrzenia, zamknięto szkoły i uczelnie (to w całych Włoszech). Od dzisiaj zamknięte są też wszelkie placówki kulturalne.
A co do kościołów, to biskupi zakazali, między innymi, kolędy (przypominam, tutaj tradycyjnie związanej z Wielkim Postem). Brakuje bardzo postawy religijnej, czyli zaleceń pozytywnych, co można zrobić. A przecież można chociażby zwrócić się do patrona od chorób zakaźnych, powodujących epidemię.
Proboszcz znalazł Nowennę do św. Rocha i od dzisiaj modlimy się do niego o opiekę nad Tobbianą.

Modlimy się przed obrazem, który powstał w ciągu półtora dnia (od pomysłu do realizacji). Czas i malunek o wymiarach 100x70 poniekąd wymusiły na mnie uproszczony styl.



Dlaczego św. Roch?
Urodził się w Montpelier (ok. 1350 roku) ze znamieniem w postaci czerwonego krzyżyka na klatce piersiowej, stąd jego imię ma pochodzić od słowa rubeus = czerwony. Gdy udał się z pielgrzymką do Rzymu, wokół szalała dżuma, przechodząc przez zarażone tereny uzdrawiał ludzi znakiem krzyża. Dotarł do Rzymu, a w drodze powrotnej, w okolicach Piacenzy, i jego sięgnęła zaraza. Nie chcąc nikogo narażać na chorobę, schował się w grocie nieopodal pewnego majątku. Pies właściciela odkrył go i przynosił mu codziennie kawałek chleba. Szlachcic poszedł kiedyś z ciekawości za swoim pupilem, zajął się kuracją świętego, przy okazji zmieniając własne życie. Uzdrowiony Roch dotarł do rodzinnego miasta. Niestety, nierozpoznany przez nikogo, został oskarżony o włóczęgostwo, zamknięty w więzieniu, gdzie po 5 dniach zmarł.
Świętego Rocha poznacie łatwo na obrazach po wielu atrybutach: jako młodzieńca, w szerokim kapeluszu i z kosturem wędrownika, z muszlą św. Jakuba (charakterystyczną dla pielgrzymujących), z otwartą raną na udzie (dokładnie to powinien być guz dymieniczy), no i w towarzystwie psa z kawałkiem chleba. Innymi znakami charakterystycznymi patrona zarażonych jest krótka pelerynka, która wzięła swoją nazwę od świętego (sanrocchino), czy tabliczka z zapisaną modlitwą.

niedziela, 1 marca 2020

ZAŁĄCZNIKI

Wyprawa do katedralnego muzeum w Pizie miała, oczywiście, swoją kontynuację.




Oczywiście, bo przecież zawsze to miło przejść się po mieście, zwalczając stereotyp, że jeśli Piza, to tylko Krzywa Wieża, oczywiście, bo była pora obiadowa i trzeba było znaleźć jakiś lokal na posiłek. Pewnym krokiem prowadziłam do wypatrzonej kiedyś osterii, ale była nieczynna poza sezonem. No to gdzie by tu ...? Idziemy, idziemy, aż w końcu trafiamy w dziesiątkę. Znaleźliśmy miejsce, gdzie stołują się głównie studenci (zawyżaliśmy średnią wiekową). Szybka (co istotne, bo klientów mnóstwo), przesympatyczna obsługa w wykonaniu panów niebędących na pewno studentami, menu świeżutko wypisane kredą na czarnych tablicach dostarczanych do stolika, smaczne, domowe jedzenie i absolutny hit w postaci pomarańczowego tiramisu. Cena za wszystko szalenie niska. Z czystego serca polecam Trattorię da Stelio, dodam, że moją rówieśniczkę, co wzbudza we mnie tylko dodatkowy sentyment


A potem ruszyliśmy dalej, w kierunku Livorno na wystawę poświęconą Modiglianiemu.

Z chęcią wróciłam do nazwisk, które nieodłącznie kojarzą mi się z przygotowaniami do egzaminów na studia. Wystawa ciekawa, ale użycie nazwiska artysty było na wyrost, jako i cena za tę przyjemność - 15€ za 9 obrazów i kilkanaście rysunków zdominowanych przez dużo większą resztę ekspozycji, poświęconą środowisku malarza, który urodził się właśnie w Livorno.









Z całą pewnością mogę powiedzieć, że nadal zachwyca mnie twórczość Amadeo, te za długie szyje, oczy, albo nawet ich brak, które nadają interesujący wyraz portretom, nieuchwytny klimat tajemnicy.









Moim numerem uno został portret żony Modiglianiego, tak mi się spodobał, że nie mogłam się opanować i kupiłam sobie zeszycik z jego reprodukcją na okładce.


Już mi służy do zapisków i szkiców związanych z realizacją jednego z projektów malarskich.

Ciągle jeszcze nie mogę się przekonać do samego miasta, ale bardzo lubię jedną jego część - Taras Mascagni - fotogeniczny sam w sobie, zawsze jest też doskonałym tłem dla ludzkich zachowań, które w nieskończoność lubię podglądać.










A kto lubi oglądać więcej zdjęć, niech czuje się zaproszony do kliknięcia na link:  

środa, 26 lutego 2020

DROGA KRZYŻOWA STACJA I

Pomysł narodził się kilka miesięcy temu, gdy odkryłam świetną drukarnię, z bardzo atrakcyjnymi cenami. Proboszcz obliczył, że wydrukowanie obrazka na kolędę, zwaną tutaj "świętą wodą" (acqua santa) wyjdzie taniej, niż zakup gotowców w diecezjalnym sklepiku. Tylko co wydrukować nie naruszając niczyich praw? Może gosposia namaluje.
Z wielką chęcią. Po długich Polaków rozmowach stanęło na Drodze Krzyżowej, ze względu na okres, w którym odbywa się błogosławieństwo domów, czyli Wielki Post. Tak, tak, zapewne już o tym wspominałam, że we Włoszech wizyta księdza jest związana z okresem wielkanocnym, bywa nawet, że niektórzy księża odbywają ją po Wielkanocy.
Miejmy nadzieję, że zdążymy zrealizować cały projekt, czyli rozdawać obrazki (które najczęściej mają tutaj format A5) jedna stacja na jeden rok. Oznacza to rozciągnięcie w czasie na 14 lat, co nie oznacza, że będę malować jedną stację rocznie. Projekt ma już konkretne szkice, ale nie koncentruję się tylko na nim, maluję równolegle drugą serię, zupełnie o innej tematyce i technice.
Obraz namalowany techniką akrylową, na płótnie o formacie 89x116 cm, zostanie od dziś wystawiony w kościele, a w drugiej parafii pojawi się jego wydruk w skali 1x1.

Zapraszam Was do własnych interpretacji i przemyśleń wokół I Stacji. 



niedziela, 16 lutego 2020

POŚCIG - z cyklu "Galeria jednej fotografii"

Uzupełnienie do zdjęcia w następnym artykule, ale nie mogłam się oprzeć wyróżnieniu tego jednego osobnym wpisem.

wtorek, 4 lutego 2020

PO LATACH OCZEKIWANIA

Tak to jest, najpierw chłoniesz, szybko, zachłannie, więc nie ma czasu na detal, na wiele różnych miejsc, a potem okazuje się, że niewielkie muzeum katedralne w Pizie jest w remoncie i czekasz latami, aż je otworzą. Potem jeszcze należy dopasować czas, który zazdrośnie trzyma mnie w Tobbianie (tylu rzeczy Wam nie opowiedziałam, a tak bardzo tu wrosłam, tak pięknie się jest).
Okazją do jazdy w tamtym kierunku był przylot Moniki, namówiłam więc Krzysztofa na wspólny komitet powitalny poprzedzony zajrzeniem rekonesansowym do muzeum (Jest lekko z tyłu, po prawej stronie Krzywej Wieży, gdy idzie się do niej uliczką wzdłuż katedry).



W złą chwilę pomyślałam o wstępnym zapoznaniu się z miejscem.
Chyba nawet jeszcze nie w połowie zwiedzania awaria oświetlenia uniemożliwiła dalsze zagłębianie się w cudowności zgromadzone latami na potrzeby Duomo di Pisa.
Właściwie to nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wymusiliśmy na pracownikach przedłużenie ważności biletu (wcale nie dla ceny, bo ta jest zupełnie strawna w postaci 5€, ale dla zasady), mieliśmy więc miesiąc na ponowne jego wykorzystanie. Pomyślałam, że przecież przy okazji odwiezienia Moniki na lotnisko ponownie pojawimy się w Pizie. Niestety, Krzysztof nie najlepiej czuł się tego dnia, ale znowu nie ma tego złego ...
Wymyśliliśmy dłuższą wycieczkę na dwie wystawy, w tym jedną tymczasową.
Dzisiaj zajrzymy do katedralnego skarbca.
Muzeum jest odnowione i to bardzo, bardzo dobrze czuć. Nowoczesna aranżacja miejsc, wszystko świetnie opisane, interaktywne pomoce, czasami ciemno grafitowe tło pomieszczeń, w których nie zachowała się dekoracja, albo, z kolei, pieczołowicie odnowione pokoje ze ściennymi dekoracjami.






Może trochę dziwić fakt, że od czasu otwarcia w 1986 roku instytucja przeszła transformację. Spodobało mi się znalezione w niewielkim przewodniku porównanie do drzew, których czas wyznacza spadanie liści i rozwój rośliny. Zapewne to spadanie liści to starzenie się miejsc - pamiętacie Muzuem Narodowe z tego samego miasta? Tam liście co raz gęściej ścielą upływ czasu.
W muzeum katedralnym drzewo wzrosło, zaopiekowało się swoimi mieszkańcami.
Jest świetnym celem dla zainteresowanych rzeźbą, sakraliami oraz ... O tym na końcu artykułu.
Z tego, co wyczytałam, wyczyszczono ekspozycję z pobocznych obiektów, koncentrując się wyłącznie na całym kompleksie katedralnym.
Znajdziecie tu głównie rzeźby oraz paramenty kościelne, czyli wszystko, co służyło celebracji kultu.
Brzmi nudnie, ale na pewno tak nie jest w praktyce.
Zawsze zachwalam niewielkie muzea, bo są skrojone na miarę ludzkiej percepcji. Nie za dużo, można powoli rozkoszować się zatrzymanym pięknem.
Jak zwykle, nie opiszę dokładnie całego muzeum. Pokażę dużo, ale słowem dotknę tego, co na pierwszy ( z awarią prądu) i na drugi rzut oka poruszyło moje serce.
Jako pierwsze witają drzwi.

Co tam drzwi! To XII wieczny portal prowadzący do prawej części transeptu katedry.

Wspaniała praca z brązu jest krótką opowieścią o historii zbawienia, o Chrystusie, krótką, ale bogatą w treści, pełną niezwykłych szczegółów. Moim absolutnie numerem jeden jest Chrzest  Pański, w którym woda przypomina wór otulający Jezusa, a anioły stoją w gotowości z szatami, niczym służba kąpielowa.
Oczywiście, oko cieszy wszystko, wiatr szumiący w liściach drzew z brązu, ascetyczna scena kuszenia na pustyni, Adam i Ewa wypędzany z raju, podczas gdy nad nimi w drugą stronę jadą Trzej Królowie, albo ekwilibrystyka aniołów.






Nie sposób nie uśmiechnąć się na widok czapeczki i torby pasterza.


W drugiej sali pławiłam się w koronkowo wykutych marmurach. Zatrzymałam się też, by obejrzeć film o powstawaniu całego kompleksu Pola Cudów. Umieszczam go tutaj, byle jak nagranego, żebyście mogli zobaczyć, co mnie zaskoczyło, jak wybudowano najpierw katedrę pośrodku szczerego pola, jak to wraz z powiększaniem murowanego cmentarza znikały ziemne groby, kiedy powstały twarde trakty umożliwiające dojście do obiektów, a także ich obejście.Wyraźnie widać moment, gdy stanęła budowa dzwonnicy, szukano sposobu na przechył, a w tym czasie rosły mury szpitala (na dole ekranu).


Piza była kiedyś nadmorską miejscowością, więc nie dziwią wpływy mauretańskie. To tutaj lądowały nie tylko towary, ale i ludzie z wszelkimi umiejętnościami. Możecie stanąć twarzą w pysk gryfa, którego kopia stoi na szczycie katedralnej absydy.



Kilka sal pozwala obejrzeć inne rzeźby z bliska, wśród których nie mogło zabraknąć rodu Pisano.






A potem absolutnie nowoczesną klatką schodową wchodzi się do góry.
Wejście uatrakcyjnia model Krzywej Wieży w marmurze.


Jest rzetelnie wykonany, dostarcza wielu wrażeń wynikających z przeskalowania dzwonnicy.
Pierwsza sala na piętrze zatrzymała mnie na bardzo długo.


Zwariowałam na punkcie intarsji, ich malarskości, warsztatu wykonania na najwyższym poziomie rzemiosła.





Niektóre z nich wykonano według kartonów rozrysowanych przez samego Botticellego.



Zapamiętajcie księgi zobrazowane w drewnie, niebawem zobaczycie ich odpowiedniki w rzeczywistości.

Jeszcze dwie sale i korci wyjście na taras, ale powstrzymam Was przed rzadko widzianymi widokami.
Zajrzyjmy jeszcze do sal z paramentami liturgicznymi, gdzie rzemiosło i sztuka idą ze sobą pod rękę. Wspaniałości!
Na pewno nie przejdziecie obojętnie koło żałobnych insygniów królewskich Henryka VII Luksemburskiego, który w 1313 roku zmarł w Buonconvento, nieopodal Sieny i został pochowany w Pizie.





Jeśli nie interesuje Was tematyka liturgiczna, to i tak zobaczycie ręce mistrza, który z metalu wyczarował cudeńka:





Do ich docenienia nie trzeba specjalisty, chociaż świetnie jest oglądać takie rzeczy z księdzem u boku. Podpowie, jak patrzeć, wyjaśni, do czego służyły różne ciekawe przedmioty, zauważy coś, co dla laika niewidoczne. Zaakcentuje pełne komplety szat - ornaty, kapy, dalmatyki.  Pokaże, że uchwyt na hostię miał  dużo mniejszą średnicę, niż obecnie spotykane.



Ale nawet i on stanie bezradnie nad dwoma długimi zwojami.

Owszem, rozpozna Exultet, czyli Orędzie Paschalne. Lecz dlaczego obrazki swoje a tekst swoje, czyli do góry nogami?


Pogłówkowałam i wymyśliłam, że pewnie podczas czytania obrazki widzieli ludzie. Okazało się, że miałam rację. Pierwszy raz w życiu widziałam tego typu obiekty, więc i Was nad nimi zatrzymałam.
Jeśli już mowa o piśmie i obrazach, to nie mogło zabraknąć wielkich manuskryptów. W salach z księgami umieszczono interaktywne monitory, żeby serce mocno nie ściskało z żalu, że nie da rady kartkować tych iluminowanych wspaniałości.









Na koniec niewielkiej kolekcji nagroda w postaci tarasu i ... baru.
Czyż nie jest nagrodą zasiąść na tarasie niemal u podnóża Krzywej Wieży, którą dzieli od nas jedynie ogród?




W towarzystwie skrzydlatego, z jego perspektywy podglądać "podpieraczy" Krzywej Wieży, albo tych, którzy niemal oboetnie obok niej przechodzą. Sącząc kolory i aperola, ciesząc się słońcem, po ponad dwunastu latach mieszkania w Toskanii, zachwycałam się tym, że jest mi to dane.











Zapraszam do albumu, w którym zobaczycie dodatkowo zdjęcia zrobione także z perspektywy Placu Cudów. Wybaczcie, jeśli zdjęcia się powtórzą, mogłam tego nie wyłapać, ze względu na podwójną wizytę w muzeum.