niedziela, 8 września 2019

PUSTELNIA NAD NIEISTNIEJĄCYM JEZIOREM

Moim absolutnym numer jeden na Facebooku jest profil poświęcony tylko kościołom romańskim, głównie w Toskanii. Dzięki niemu odkryłam już wiele pięknych miejsc, nie zawodząc się i tym razem. Chociaż mocno romańsko to akurat nie do końca tam jest, ale na pewno średniowiecznie.
Prowadzący profil powiadomili, że będzie "apertura straordinaria", czyli otwarcie nadzwyczajne.
Może tym razem napisali ciut na wyrost, bo okazało się, że miejsce może zobaczyć każdy śmiertelnik, pod warunkiem, że ... będzie wiedział o tym miejscu, nie pobłądzi i dotrze do niego między 9:30 a 15:30 każdego powszedniego dnia, zadzwoni dzwonkiem po lewej stronie tablicy informacyjnej i poczeka cierpliwie na "custode".
Nadzwyczajność otwarcia, która zwróciła moją uwagę na obiekt, polegała na późniejszych godzinach zwiedzania, czyli można było przyjechać między 16:00 a 19:00.
Idealnie się złożyło, bo przynajmniej mogłam się upewnić, że znalezione w internecie informacje są aktualne i mogę jeszcze wiele razy dotrzeć do Eremo di San Leonardo al Lago, co i Wam polecam z całego serca. Zresztą sam custode zapytany, czy faktycznie do 15:30 można zwiedzać zabytek, z lekkim wyrzutem spojrzał na mnie i kąśliwie odpowiedział: Tak, od 25 lat.
Postanowiliśmy zjeść gdzieś po drodze, więc, zaraz po zajęciach Krzysztofa, ruszyliśmy ku nieznanemu. Wzięłam na siebie wyszukanie miejsca na obiad i bardzo się cieszę, że trafiłam idealnie. Mieliśmy przejeżdżać koło Monteriggioni, poszukałam czegoś nieopodal, ale niekoniecznie przy samej miejscowości, by nie narażać się na zbytnią "turystyczność" wyszynku.
Trasa i tak wiodła w tym kierunku i niecałe 7 kilometrów za Monteriggioni, zatrzymaliśmy się w osterii "Il Ceppo".

Miejsce o wybitnym charakterze gościńca, z bardzo sympatyczną obsługą, z dużym wyborem lokalnej kuchni, czynionym jeszcze przed zasiadnięciem, z szybkim podawaniem do stołu, z totalnie włoskojęzyczną klientelą. Krzysztof - kolekcjoner pomysłów na flaki - zamówił trippę po sieneńsku, czyli gęste flaki pomidorowe, jak we Florencji, ale z dodatkiem fasoli. Ja rozkoszowałam się wręcz indykiem w białym winie i w jeszcze bardziej białym mleku, w towarzystwie zielonego groszku.
Przez okno osterii z zaskoczeniem odkryłam Zamek Ślimak, którego z zacięciem szukałam 9 lat temu (patrz wpis "Za siedmioma górami, za siedmioma ...").

Ojej, to my jesteśmy w tych okolicach?

Samo położenie klasztoru trochę wyjaśnia nazwę, dlaczego akurat "eremo" a nie "badia".
Erem to wszak pustelnia, miejsce w którym zaszywali się mnisi na modlitwę i ascezę.
W przypadku Eremu św. Leonarda najpierw powstały jakieś groty w lesie, do których nie dotarłam, bo w oddali straszyła burza, prowadzi do nich ścieżka przez las.



Okazało się, że byłam kiedyś o wiele bliżej grot, gdy zwiedzaliśmy klasztor augustianek Lecceto (kliknij, by wrócić do tamtych chwil).

No, nieźle, tyle słów, już z siebie wyrzuciłam, a ciągle jeszcze nie pokazałam, co mnie poruszyło tego dnia.
Po zjechaniu na strada bianca, pogodzeniu się z wszechobecnym białym pyłem, po chwili jazdy przez pola, droga skręca w las (w czym dopomaga nie tylko GPS, ale i drogowskazy) i zupełnie nieoczekiwanie wyjeżdżamy u podnóża wysokiego muru.





Dodam, że warto wrzucić cel w mapach, gdy się ma dobry zasięg internetu. My usiłowaliśmy coś wyłapać po obiedzie, a tam jeno cienkie E. Na szczęście, w nazwie eremu jest Lago, więc szukaliśmy wszystkiego, co miało to słowo w opisie.  Najpierw skierowaliśmy się na Pian del Lago, potem rzutem na taśmę zobaczyliśmy drogowskaz do samego eremu, który, i owszem, był widoczny, ale dla nadjeżdżających z przeciwnej strony. Normalka, przecież drogowskazy mają własne życie, nie zostały stworzone dla kierowców :)
Potem pojawił się internet i prawidłowo ustawione znaki, ale już niepotrzebnie, bo wystająca zza koron drzew dzwonnica upewniała nas o dobrze obranej trasie.



Jesteśmy na skraju zalesionego pagórkowego terenu (mniej niż 10 km od Sieny), zwanego Montagnola.

Od razu uderza wrażenie, że wszystko, strome, strzeliste, jest mocno obronne.



Ze zwykłych grot nieopodal życie religijne w Montagnoli rozrosło się na dwa klasztory, wspomniane Lecceto i San Leonardo al Lago.
Nie wiem, co kryją pomieszczenia ukryte za niektórymi oknami, nam dane było zobaczyć, resztki dziedzińca (jakoś ciągle kojarzył mi się z tym bardziej zadbanym przy Sant'Antimo), refektarz i kościół.

Skojarzenia chyba jednak nie były do końca trafione, bo sądząc z różnych opisów patrzyłam na resztki wież i murów obronnych.



Tuż przy wejściu na dawny dziedziniec, w murze wypatrzyłam piec. Ciekawe położenie. Komu służył? Dlaczego akurat tutaj?

W ogóle to kim był Leonardo, patron miejsca?
To bardzo popularny w średniowieczu święty pochodzący z terenów obecnej Francji. Najbardziej znany jest jako patron więźniów, jego atrybutem są więzienne kajdany. Żył jako pustelnik, więc nie dziwi i jego patronat nad tym toskańskim skarbem.
Custode słusznie zaprowadził nas najpierw do refektarza. Zachowały się w nim resztki fresku z ukrzyżowaniem (ciekawa tematyka, jak na jadalnię, bo zazwyczaj w takich pomieszczeniach króluje Ostatnia Wieczerza).

Jeszcze bardziej zaskakuje monochromatyczność postaci w dolnym pasie fresku  wobec kolorowych resztek na górze. Miałam wrażenie, że oglądam pozostałości dwóch dzieł, zgromadzonych na jednej ścianie. Gdy już oswoiłam się z wielkimi brakami, uważniej zaczęłam przyglądać się postaciom. Zawsze czule spoglądam na dłonie, smukłe, uproszczone, niemal kubistyczne.



Sądząc po szatach, niektórych twarzach, dzieło musiało być pięknym przykładem sieneńskiego gotyku.


Żałowałam, że akurat nie zachowało się zbyt wiele z postaci namalowanej w jednym z medalionów. Chyba dobrze odczytałam, że stoi tyłem do widza, ale ... moją uwagę przykuł drobny szczegół: aureolę ma przed sobą.

Albo jeden z Ewangelistów u góry, popatrzcie, jak idealnie skrzydła anioła wpisują się w księgę, a sam anioł podgląda główną scenę poniżej.



Pomieszczenie zostało zupełnie ogołocone, nie zachowało się nic z wyposażenia typowego dla refektarza. W sposób zupełnie przypadkowy ustawiono w nim szafę. Doskonale prosty mebel, ile musiał zmieścić historii w ciągu lat swojego istnienia?

O wiele więcej dzieje się w samym kościele, chociaż z wystroju wnętrza niewiele się zachowało.


Ołtarz, który już od dawna nie pełni swojej funkcji. Misa na wodę święconą. Dzwonek. Konfesjonały. I nic więcej.



Przestrzeń jest jednonawowa, w znaczącej części ściany pokrywa prosty diamentowy fresk z początku XX wieku.


Widzicie? Tam w głębi, w prezbiterium, pojawiają się barwy.

Barwy z XV wieku. To cykl fresków autorstwa sieneńskiego malarza Lippo Vanni.
Wybaczcie jakość zdjęć, ale trudno było poradzić sobie z ostrym kontrastem powstałym przez obecność okna w absydzie. W dodatku prezbiterium nie jest zbyt przestrzenne, więc nie ma miejsca, by zrobić niezniekształcone zdjęcia. Myślę jednak, że zrozumiecie, jaką perłę kryją surowe mury San Leonardo.
Zanim wejdziemy za ołtarz, możemy zobaczyć po lewej stronie kilka scen z życia patrona, a właściwie to cudów powstałych za jego wstawiennictwem.

Mamy tu uwolnienie więźnia, poprzez wyciągnięcie go z okna, a który ucieka z kajdanami w rękach (symultanicznie, jak to często bywa w średniowieczu).  Następnie widzimy podtrzymanie za nogi skazanego na powieszenie, wyrok zapadł po torturach, a zeznania w tek sposób pozyskane spisywał człowiek za stołem. Scena dolna po lewej stronie nie jest możliwa do odczytania, za mało się z niej zachowało. Ostatnia pokazuje świętego, jak uwalnia kupca napadniętego przez bandytów i przywiązanego przez nich do drzewa.

Można się domyślać, że i trzecia scena musiała dotyczyć jakiegoś uwolnienia.
Nad tym niewielkim komiksem malarz ulokował wielką postać św. Leonardo w stroju augustiańskim, w rękach trzyma kajdany, po włosku to są ceppi.

Po prawej stronie pojawia się św. Monika i św. Augustyn. Nie przez przypadek, bo w tym miejscu długo przebywali właśnie augustianie. Widzimy syna, dla którego matka prosi o łaskę nawrócenia. Symbolem wysłuchania jej próśb jest wystająca z chmury ręka w geście błogosławieństwa. Tłem sceny jest łąka, z różnymi roślinami. Nie jestem botanikiem, ale chciałabym wiedzieć, czy to są jakieś realne rośliny.

Nad tą sceną, symetrycznie do św. Leonardo, widzimy już nawróconego św. Augustyna, w stroju biskupa.

Z łuku tęczowego nie zachowało się za dużo, głównym jego motywem jest, szczęśliwie, zachowana scena wniebowzięcia. Po jej lewej stronie ciągle w niebo wpatruje się kilku apostołów. Reszta obecnych na fresku zniknęła na zawsze.


Wniebowzięta Maryja jest zapowiedzią tematyki ścian prezbiterium.
Po lewej stronie zostaje zaprezentowana w Świątyni.


Nie patrzy na wyciągającego do Niej ręce kapłana.


Czy była onieśmielona? A może wiedziała, że nie taka świątynia jest jej przeznaczeniem? Sama miała się stać pierwszym "miejscem" dla Chrystusa.
Lubię detale w takich freskach. Scena ma być podniosła, ale nie zaszkodzi umieścić z boku ciekawskie dziewczynki.

Zresztą dziecko obserwujące, wyglądające, z ukrycia pojawiło się już w refektarzu i zobaczymy podobną pozę na przeciwległej ścianie z Zaślubinami Maryi i Józefa, chociaż malowało je dwóch różnych artystów.

Vanni nawiązał w tej scenie do apokryfów.

Zgodnie z legendą, Maryja chciała pozostać w służbie Świątyni, ale przekonano ją, by jednak poślubiła jakiegoś mężczyznę. Wyboru dokonano przy użyciu suchych gałązek. Czyja gałąź zakwitnie, ten zostanie mężem dziewczyny. Jak wiadomo, wybrany został św. Józef, dlatego jego kij ma liście i kwiaty, a nad nimi leci gołębica.

Pozostali stoją niepysznie za nim, a jeden symbolicznie łamie kij, ale i inni niezbyt łatwo przyjmują przegraną.

Podobny motyw znajdziecie w dużo słynniejszych "Zaślubinach" Rafaella.
Wszystko wskazuje na to, że właściwie nie mamy do czynienia ze ślubem, tylko zaręczynami, ale w nazewnictwie zostały "Zaślubinami". Piszę o tym, bo główna scena z prezbiterium, ma być ukoronowaniem, czyli jeszcze przed "wzięciem" Maryi do domu Józefa.
Specyficzny rodzaj oprawy książki, przechodzącej w worek nawiązuje wprost do "Zwiastowania".
To na nim wielu malarzy pokazywało Madonnę, jako oczytaną kobietę.

Ta scena jest najtrudniejsza do obejrzenia, okno wpuszcza tak dużo światła, że potrzeba długiej chwila, by oczy się przyzwyczaiły. Ale jak przekonać obiektyw, że ważniejsze jest to, co słabo oświetlone? Anioła od Maryi dzieli właśnie owo okno.


Suknia Madonny jest już poważna, niebieska, w przeciwieństwie do jasnej z poprzedniej sceny.

Spodobało Wam się?
Perełka?
To teraz podnosimy głowy do góry i śpiewamy i gramy.

Istne anielskie szaleństwo ulokowało się na sklepieniu prezbiterium.
Grupa białych ma nietęgie miny, w dzisiejszych czasach każdy by orzekł, że nieźle zabalowali.

Przepraszam, że tak pospolicie, banalnie, skojarzyłam, ale no nie mogę przestać się śmiać, gdy widzę ich twarze. Reszta jest już bardziej anielska. Wszystko niesamowicie barwne, jak jakaś brosza, która spina to, co dotąd zobaczyliśmy.


Nie opisałam kilku pojedynczych postaci, to święci, rozszyfrowywalni dzięki podpisom.





Pierwsze wrażenia są bardzo ważne. Ciekawa jestem tych następnych, bo mam zamiar kiedyś tam wrócić.
Nie omieszkaliśmy pozaglądać gdzie się da. Z zewnątrz znaleźliśmy okno od krypty (albo raczej resztek pierwszego kościoła) oraz innych pomieszczeń.





W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na chwilę w Monteriggioni, gdzie zrobiłam zdjęcie z poprzedniego wpisu. Siedziałam sobie na ławeczce i nieśpiesznie oglądałam przechodniów.


Burza w oddali nie wygrała z zacięciem turystycznym, przeszła bokiem dając pięknie siwe tło dla ciepłych murów miasteczka.