poniedziałek, 9 listopada 2020

ZŁOTA WŁOSKA JESIEŃ

Pod koniec kwarantanny zaczęłam powoli odczuwać chęć "łapania życia". Nie za bardzo jeszcze ciągnie mnie do ludzi, tym bardziej, że ludzie teraz mało ciągną do siebie, bojąc się siebie nawzajem.

Gdzieś pojechać, gdzieś nabrać energii na dalsze rozmrażanie serca... Krzysztof wolał jechać do Florencji, ale, chcąc mi pomóc w dochodzeniu do pionu, siadł spokojnie za kierownicą i ruszyliśmy. Większość z Was zna moją fiksację i ciągle niespełnione marzenie o makowych polach w Val d'Orci, miałam jeszcze inne czerwone marzenie - czerwone winnice Chianti. Okazuje się, że i ono nie jest łatwe do spełnienia, bo czerwieni liści nie produkują najbardziej popularne w Toskanii winne szczepy. 

Początek w ogóle zapowiadał się zniechęcająco, zaczęliśmy od gołych winnic. Ale, że jak to? Przecież mała winniczka w pobliżu Tobbiany miała jeszcze liście, żółte, ale liście, a tutaj taka pustka? 


Z początku jechaliśmy wśród oliwnych gajów.

Pierwszy raz zobaczyłam gromadzenie zebranych owoców w jutowych workach, a nie tylko w plastikowych skrzynkach. 



Krajobrazy, krajobrazami, ale, tak na wszelki wypadek, zaznaczyłam sobie na liści wycieczki kilka ewentualnych obiektów do obejrzenia. 





Serce nasyciło się i ciepłem kamienia i soczystą czerwienią winnic. W jednej z nich buszowały dwie dziewczyny, jeszcze bardziej spragnione chyba tej czerwieni. 







Cała wycieczka miała krążyć wokół San Polo in Chianti, lecz w pewnym momencie, tak sobie patrzyłam na zaznaczone na mapie punkty i niedalekie Figline Valdarno i zaproponowałam: a może by tak zobaczyć winnice Stinga i zajrzeć do jego sklepiku? Żebyście widzieli to ożywienie w oczach miłośnika muzyki Stinga (ja też się do nich zaliczam, ale nie o moim wzroku mowa)!

Winnice na terenie posiadłości akurat był żółte, nie czerwone, światło już trudne, bo skończyła się złota godzina zachodzącego słońca. 



Sklepik zostawił we mnie bardzo pozytywne wrażenia. 



Słyszałam od znajomych turystów o zwiędłej sałacie, a tutaj pełna niespodzianka. 


Piękne warzywa, miody, oliwa, ładne pamiątki z nazwą posiadłości Stinga - "Palagio", ceramika ręcznie malowana, fartuchy, płócienne torby, kieliszki o doskonałym kształcie. Wisienką na torcie była Cristina gawędząca z nami o właścicielach, w samych pozytywach, oczywiście. Kupiliśmy kilka pamiątek i "Sister Moon", ale nie dla siebie, tylko dla przyjaciół, którym trudno kupować prezenty, a wiemy, że są miłośnikami Stinga, wróciliśmy więc z butelką z autografem (nie drukowanym) piosenkarza. 


Od ekspedientki dostaliśmy deseczkę ze skrzynki na to wino, długo jej szukała, aż odkryła, że ma jeszcze kilka pod kasą.  Dodam, że jest to wino leżakowane zawsze w nowych beczkach, więc te już zużyte zapełniają otoczenie sklepu.  



I wilk syty i owca cała, wycieczkowa ekipa wróciła z wielkim uśmiechem do domu. 

Jeśli chcecie rozgrzać serca, zapraszam do albumu  CHIANTI


niedziela, 1 listopada 2020

GDY BĘDĘ SIĘ ROZWODZIŁ, ZABIORĘ TRZY RZECZY Z DOMU ...

Zawieszał głos i po chwili uzupełniał: żonę i dwie córki.

W takim poczuciu rodzinnego bezpieczeństwa wzrastałam. Zdawał się być mniej śmiertelny ode mnie, podpora przez całe życie, bez względu na odległość, jaka nas dzieliła. 

Tata.

Jako młodzieniec z lekka szalony, syn zawiadowcy stacji, jeździł na dachach pociągów, albo dla młodzieńczego dreszczyku emocji kładł się pod przejeżdżającymi na torach. Jakoś Bóg czuwał, że nie było nic obluzowanego w wagonach i przeżył, by utworzyć rodzinę i dać nam życie. 

Nigdy nie przyszło mi do głowy mówić o nim ojciec, a tym bardziej stary. 

Niezwykle pogodny człowiek, przeszłyśmy z nim (Mama i Siostra) niezłą szkolę dowcipu. Trzeba było zawsze być czujnym, by nie dać się "wkręcić". 

Absolutny profesjonalista w robieniu nam niespodzianek, w pojawianiu się wtedy, gdy nikt go się nie spodziewał, bo udało mu się jakoś zorganizować więcej wolnego czasu.

Prostolinijny człowiek, bez wzorców rodzinnych (stracił swoją mamę bardzo wcześnie), wiedział w jakiś tajemniczy sposób, jak być mężem i rodzicem. Umiał rozróżnić zainteresowania córek i na miarę bardzo skromnych możliwości dawał nam możliwość rozwoju. Z mojej strony były to misie i nakręcany samochód oraz najprostszy zestaw elektryczny, bym mogła w oknie nadawać alfabetem Morse'a. 

Ileż godzin spędziłam z nim zaciemnianej małej łazience, by wywoływać zdjęcia!

Garść czarnych jagód sypiących się wprost do moich ust z jego ręki. Kisiel, który tylko on gotował. Babki, które umiał piec w prodiżu. Wspólne świąteczne wyprawy, by zanieść surowe makowce do wypieczenia, bo nie mieliśmy wtedy piekarnika, a można było za niewielką opłatą zrobić to u prywatnego piekarza. Śniadania szykowane nam do szkoły, słynne kanapki, którymi potem dzieliłyśmy się w klasach. 

Złota rączka. Przy skromnych zasobach rodzinnych, to skarb nad skarby.

Kochający nas bezgranicznie. Łagodny. Wszystko, co mógł, organizował dla córek. On, mężczyzna, w dobie strasznego kryzysu potrafił stać w kolejce po watę i podpaski, bo akurat rzucili. 

W czasach głębokiej komuny nosił w klapie znaczek z krokusem, symbol abstynencji. Zdarzyło się, że usłyszał: "albo nauczysz się pić, albo zmień pracę". Dlaczego? Bo ten, kto nie pił, był potencjalnym donosicielem. No, to zmienił pracę.

Bóg był osią jego życia. Wychował nas w umiejętności oddzielenia wiary od kleru. Nigdy nie zwalniał  siebie z praktyk, nie szukał usprawiedliwień. Osłabiony już chorobą myślał o wybraniu się w najbliższą niedzielę na Mszę Św. 

Nowe rzeczy? Nowe przedmioty, sprzęty? Nie ma sprawy. W pracy pojawił się komputer. Przecież to dla ludzi, sam się nauczył obsługiwać i do końca życia go używał. 84 letni pan, który samodzielnie prowadził internetowe konto bankowe. Drukowanie kopert, naklejek? Nie ma sprawy. Jego ostatni proboszcz podczas pogrzebu powiedział, że wydrukował im rozkład wywożenia odpadów. Tak, o takich rzeczach pamiętał. 

Wiele razy anonimowo pomagał swojej poprzedniej parafii. Potrafił w ukryciu wynieść z zakrystii jakiś lekcjonarz, by go dać do naprawienia. Nie oczekiwał, by mu ktoś za to podziękował. I mu nie dziękowano, być może nawet nie zauważano tych drobnych napraw? 

Według klasycznych i naturalnych podziałów, od Mamy przejęłam tzw. życiowe podejście, między innymi zapobiegliwość. Tata był tym, który dał podwaliny pod cały rozwój zawodowy. To na pewno po nim odziedziczyłam podejmowanie nowych wyzwań, spełnianie marzeń. Tak więc był i bohaterem wielu wpisów na tym blogu. Kilkanaście razy przyleciał do Toskanii, najczęściej sam, bywało, że z przesiadką w Monachium, bez znajomości jakiegokolwiek obcego języka. 

Często ruszał z Berlina. Raz postanowił, że przewiezie kilogram twarogu w bagażu podręcznym. Celnik mu tłumaczył coś po niemiecku (zapewne informował, że nie wolno do samolotu wnieść kilograma tego typu substancji), Tata niewzruszenie po polsku tłumaczył mu, że to ser na ciasto, że go wiezie do córki. Tak sobie długo wymieniali uwagi na temat twarogu, że celnik odpuścił i przepuścił starszego pana, który "dla córki". 

Myślę, że i jemu przyświecała myśl, którą obdarował mnie na całe życie. Kiedyś, po mojej sprzeczce z Mamą (obydwie byłyśmy charakterne), usiadł koło mnie rozpłakanej i powiedział: "Wiesz, córuś, Pan Bóg daje nam zawsze problemy na miarę naszych możliwości". 

To dawało i daje mi przekonanie, że jakoś dam radę, że przecież w ramach moich możliwości było zrozumienie jego śmierci, najłagodniejszej z możliwych, śpioch umarł w śpiączce. 

Dostałam czas na minimalne przygotowanie się, na pogodzenie się z tym, że go już nie zobaczę, nie dotknę, nawet martwego, pogodziłam się nawet z  tym, jak został zamknięty w trumnie. Dziękowałam Bogu, że udało mi się w ogóle dojechać na pogrzeb Ukochanego Taty, bo na koniec tylko o to się modliłam, by nie zamknięto granic, żebym zdążyła (dopisane 6 listopada: od dzisiaj już bym nie dojechała). On też nie przejmowałby się całą zakażoną rodziną i z chęcią poddałby się po powrocie kwarantannie, bo są rzeczy ważniejsze od choroby. 

Czekając na ten ostateczny dzień, za namową siostry malowałam najtrudniejszy do sfotografowania portret, portret Kazika (tak go nazywała większość osób), by ustawić go przed trumną. Wybrałam jedno z moich ulubionych zdjęć i przerobiłam, z lekko filuternym uśmiechem, w niebiańskiej gamie, z już tworzącą się aureolą. 


Mój prywatny święty, jak go zawsze nazywałam "Święty Dnia Powszedniego", dlatego piszę o nim dzisiaj, bo to pierwsze jego Święto. Dzięki jego pobożności został mi odebrany ból, że nie wpuszczono do niego księdza z namaszczeniem. Nie potrzebował go. Niemal do końca służył codziennie do Mszy Św. Czuł, że już długo nie pożyje. Dawał mi to do zrozumienia nawet podczas ostatnich wakacji. Spokojnie i mądrze czekał na śmierć. 

Wiem, że powiedziałby, że odszedł do lepszego świata, a jednak boli strasznie, a jednak w miejscu serca mam, na razie, wielką wyrwę. Ale pozbieram się, bo przecież Bóg daje nam problemy na miarę naszych możliwości, nieprawdaż, Tatusiu?


sobota, 31 października 2020

A TERAZ O ZAGROŻONYM ŻYCIU

Moja uczennica, której, byłam wychowawczynią ma synka z bardzo rzadką chorobą. Opis na stronie siepomaga.pl  


Na facebooku zawiązała się grupa sprzedająca różne przedmioty, usługi, by uzbierać kwotę potrzebną na wyjazd i badania w USA. 

Oferuję namalowanie portretu ze zdjęcia. Pieniądze zostaną przekazane na leczenie synka mojej uczennicy, którego poznałam osobiście, niemal na chwilę przed ujawnieniem się choroby. Ogłoszenia dałam zarówno w Polsce, jak i we Włoszech. Obecna cena to 420 zł, w komentarzach będę ją uaktualniać. 

Portret zostanie dostarczony na mój koszt do Bożego Narodzenia. Licytacja trwa do 6 listopada. Proponowaną kwotę można wpisać tutaj w komentarzu, albo przesłać do mnie na maila.  A kto może wspomóc mniejszą kwotą, zapraszam na stronę siepomaga

Przypomnę niektóre namalowane przeze mnie portrety:



wtorek, 6 października 2020

FESTA DELLA MADONNA

W tym roku nie wolno było zorganizować procesji, ale inwencja proboszcza ominęła i ten absurdalny przepis. Wcześniejsze procesje zamieniły się w przejście ze statuetką Madonny oraz z monstrancją. Dzięki mniejszym gabarytom figury i brakowi baldachimu oraz orkiestry dętej proboszcz dotarł do miejsc dotąd nie objętych procesją. Kto chciał, szedł sobie za księdzem, ale bez oficjalnego zaproszenia z ambony, żeby nie było, że namawiano ludzi do zgromadzeń. 

Drugi dzień kończy się powrotem do tradycji, czyli zajadaniem pulpetami z mięsem i selerem naciowym. Rozwiązaniem na ten trudny rok było zapakowanie potrawy w torebki, które ludzie zabierali do domów, a część po drodze rozdawaliśmy tym, którzy wyszli przed dom, by pozdrowić Najświętszy Sakrament. 

Co ciekawe, można byłoby zorganizować część świecką, czyli zabawy, kiermasz, ale na to nie pozwoliła niepewna pogoda. Nam udało się przejść suchą nogą, lecz zapowiedzi nie pozostawiały nadziei, więc Pro Loco odwołało część rozrywkową odpustu. 

Celem tych zdjęć było nie tyle pokazanie proboszcza w różnych ujęciach, co dokumentacja miejsc, do których dotarł. Parafianie mogą rozpoznać domy, koło których przeszedł, a Wy na pewno zgodzicie się ze mną, co do uroku Tobbiany. 



Zapraszam do zdjęć. 

sobota, 26 września 2020

PRZEJŚCIE W INNY WYMIAR

 Pewnego sierpniowego wieczoru wybraliśmy się do Gavinany na prywatny koncert organowy. "Wybraliśmy się" oznacza w tym przypadku grupę parafian, z obydwóch parafii Krzysztofa. Wszystko właśnie z przyczyny tej drugiej parafii, w Fognano, gdzie organistka, której rodzinną  miejscowością jest Gavinana, a w tejże mieścinie jest stary kościół ze starymi organami. No, to jak nie wykorzystać takiej okazji? 

Do Gavinany zawitałam drugi raz, ale nie miałam czasu na spacer zwiadowczy, rozejrzałam się tylko po okolicach głównego placu i po kościele, z zewnątrz i wewnątrz. 





Świątynię ufundowano w XI wieku, jakieś ślady romańskie się zachowały, lecz nie one dominują stylistycznie. W XVII wieku mocno ją przebudowano. Na szczęście, prace konserwatorskie z lat 1940-1941 (w życiu bym nie pomyślała, że ktoś odnawiał w tym czasie kościoły) wydobyły starsze struktury na światło dzienne. 





Oczywiście, portyk jest późniejszy, oj, dużo późniejszy, lecz jakoś mi tu nie przeszkadza. Może dlatego, że lubię wszelkie podcienia. 


Jak na kościół zatopiony w górach, zachowało się tu sporo ciekawych obiektów, chociażby dwie wielkie majoliki tegoż samego autora, który ozdobił Ospedale del Ceppo w Pistoi (kto pamięta opowieść o skradzionej recepturze?). 












Nie chcę robić inwentaryzacji kościoła, głównym bohaterem tego dnia były organy, czasami towarzyszył im flet i klarnet. Ciekawe, nigdy wcześniej nie pomyślałam o swoistej kompatybilności tych instrumentów, ze względu na sposób wydobywania dźwięku. 



O muzyce nie będę też się rozpisywać, było to kilka znanych dość utworów, łącznie z Vivaldim, kilka z lokalnego kręgu, pojawiła się też transkrypcja z filmu "Misja". Interesujące jest dlaczego nie pojawił się Bach. Jego wykonanie na samych manuałach jest właściwie niemożliwe, bo włoskie organy mają skróconą klawiaturę. Organistka tłumaczyła nam, że używa pedałów, by zagrać wszystkie nuty. Organy z włoskim manuałem stanowią więc wyzwanie dla wykonawcy. 

Instrument z Gavinany jest oczkiem w głowie mieszkańców, sami się opodatkowali, by go odnowić, po niemal 50 latach milczenia. Organy są jednymi z najważniejszych z kręgu pistojskiego, kiedy to szkoła organmistrzów z Pistoi była znacząca w skali krajowej. Najstarsza ich część została zbudowana w 1775 roku,  a poskładano ją z jeszcze starszych elementów z XVI wieku. Jest to jedyny taki instrument na świecie, w którego częściach znajdziemy oryginalne piszczałki, trzy manuały, dwie deski pedałowe oraz 50 rejestrów (używa się też nazwy register dla rejestru). 





Tak naprawdę mamy tu do czynienia z trzema instrumentami: wielkimi organami, organami koncertowymi oraz małymi organami. Oprócz różnego rodzaju piszczałek, różnego pod względem wielkości, jak i użycia materiału, instrument z Gavinany posiada dzwonki, czynele czy nawet gwizdek wodny, co jest bardzo charakterystyczne dla włoskich organów. Nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, więc mam nadzieję, że poprawnie opisałam charakterystykę tego niezwykłego urządzenia. Posłuchajcie jednego utworu z "efektami specjalnymi". 


Wielką radość, oprócz oczywistej przyjemności słuchania muzyki, sprawiła mi nadzwyczajna i jedyna w swoim rodzaju możliwość zwiedzenia instrumentu, wejścia do jego środka. To, co widzimy z zewnątrz to tylko ozdobny wierzchołek góry lodowej. 







Chodząc między grającymi piszczałkami czułam się trochę jak Alicja z krainy czarów, trochę jak Guliwer, może też jak i bohater filmu "Kingsajz", albo Jonasz we wnętrzu ryby. Nie umiem znaleźć najlepszego porównania dla tego doświadczenia. Myślę, że musiałam mieć rozanieloną minę, a oczy musiały świecić jak u małego dziecka poruszającego się po sklepie z zabawkami. 


"Inny wymiar" to też na nowo przejście bloga w stan spoczynkowy, czyli głównie zdjęciowy. Pracuję równolegle nad dwoma projektami malarskimi, prowadzę grupy plastyczne dla kobiet, szykujemy kiermasz na odpust parafialny, mam kilka zamówień i żyję bardzo życiem tutejszej społeczności, trudno więc znaleźć czas na blog. Nie chcę jednak zupełnie go zamykać, zostawiam sobie furtkę na powrót. Postaram się wrzucać chociaż zdjęcia.  Na pewno wrzucam prawie codziennie po jednym zdjęciu na toskański profil Instagrama (malgotosca_foto), częściej odzywam się też na Facebooku. Nic innego już nie wymyślę. 

A dzisiaj zapraszam do zdjęć z Gavinany.