Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pompeje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pompeje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2016

TRUDNE POMPEJE

Wiedziałam, że w Pompejach trwają prace restauratorskie, ale nie spodziewałam się, że aż tak dają się we znaki. A skoro o znakach piszę, to zacznijmy od oznaczeń.
Dojechaliśmy do Pompejów kolejką Circumvesuviana, poszliśmy do wejścia położonego najbliżej stacji. Staliśmy w kolejce po bilety i dzięki temu zorientowałam się, że plan antycznych Pompejów odbiera się w innym okienku. W trakcie oczekiwania wypatrzyłam jeszcze mapę z zaznaczonymi miejscami wystawienia rzeźb Mitoraja. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że wręczany plan nie ma tych miejsc zaznaczonych. Nie odpuściłam, wróciłam jeszcze raz do okienka, gdzie wcześniej już dostałam plan i zapytałam, czy mają coś o wystawie i dostałam drugi plan z dokładnie zaznaczonym położeniem rzeźb.
Przygód z planem nie koniec.
Należało go traktować jako plan stanu idealnego, nie uwzględniający wielu prac wykonywanych na terenie wykopalisk, zagrodzonych uliczek, nieczynnej restauracji, itp. Może bym tak tego nie odczuła, ale miałam jakiś problem ze stopą, więc kluczenie, wracanie, nadkładanie drogi plus dzikie tłumy zniechęciły mnie do idei całodniowego przebywania na terenie Pompejów.
Chyba się robię zbyt marudna?
Ale, skoro już pomarudziłam, spokojnie mogę wyrazić teraz zadowolenie z tego, co zobaczyłam, oprócz rzeźb Mitoraja.








Przede wszystkim zobaczyłam nowe obiekty, których nie widziałam za pierwszym razem
(co zobaczyłam wtedy, opisałam w tym artykule).
Zaskoczyły mnie niezwykłe termy. Ich organizacja, zdobienia. Zamykałam oczy i słyszałam plusk wody i rozmowy korzystających z tych miejsc.










Nieustannie fascynuje mnie ślad, swoista pamięć o ludziach zapisana w uszkodzonych ścianach. Do tego dołączyła nowa fascynacja (czteroletnia) literami. Teraz widzę kute napisy w kamieniu i wiem, że to kapitała monumentalna, a resztki namalowanych napisów to rustyka.

Dodatkową opcją dla turystów była mała wystawa o religijności na terenie Pompejów - od starożytności po współczesność. Chodzi, oczywiście, nie tylko o wymarłe miasto, ale i to tętniące życiem obok. Właściwie to chodziło o jeden aspekt religijności, czyli wotywne podziękowania za otrzymane łaski.
Jeśli poruszają mnie mury - świadkowie czyjegoś życia, to ileż bardziej wymowne muszą być  pozostawione w podziękowaniu pamiątki? Poczynając od mniej lub bardziej drogocennych przedmiotów, a skończywszy na wspaniałych dziełach sztuki.


Moje serce najbardziej tkliwie reaguje na widok obrazków wotywnych. Niektóre namalowano bardzo wprawną ręką, inne zdają się być tworem dziecka. Wszystkie, bez wyjątku są podziękowaniem Matce Bożej Różańcowej Pompejańskiej za wybawienie z opresji.

Tu już nie musimy domyślać się historii, zostają nam bardzo dosłownie i wzruszająco opowiedziane. A działy się nie tylko w pobliżu, zwróćcie uwagę na wypadki, czy strzelaninę w USA.

Równie duże zainteresowanie wzbudził we mnie widok konserwatorów. Podziwiałam ich cierpliwe zmywanie wiekowych brudów, pieczołowite uzupełnienia w oparciu o znaleziony na terenie wykopalisk materiał.

Nie zawsze tak podchodzono do Pompejów.
Pierwsze odkrywki archeologiczne miały na celu wyrwanie co bardziej smakowitych kąsków, oprawienie ich i zawieszenie na ścianach pałacowych władców XVIII wiecznego świata.

Ślad tej grabieżczej praktyki zachował się w ścianach muzealnych. Wiedziałam, że wiele wspaniałych fresków zabrano z Pompejów do Muzeum Archeologicznego w Neapolu, dlatego uznałam, że wizyta w nim musi być punktem obowiązkowym, jeśli chce się mieć pełniejszy obraz życia starożytnych Pompejan.

I znowu zacznę od odrobiny goryczy, by nie zostawiać tego smaku na koniec. Muzeum jest olbrzymim budynkiem, w którym, niestety, urządzono też wystawę tymczasową rzeźb.
Powiem tak: ja wiem, że w Kościele Katolickim wiele rzeczy nie działa, bywa, że po ludzku instytucja mocno kuśtyka, ale idąc oglądać starożytności nie mam ochoty na stawanie wobec takich uogólnień, jak makieta Bazyliki św. Piotra i kolumnady Berniniego zbudowana z samych jokerów. Nie chce mi się nawet z tym polemizować, a ktoś mnie zmusza, bym zadrżała na widok Batmana w klasycznych, znanych ze sztuki,  postawach Chrystusa (oranta, czy okazującego rany).  Tego  było więcej w podobnym kluczu do odczytania.



Poczułam się niegościnnie i niekulturalnie potraktowana.
Szkoda wielka, bo muzeum samo w sobie wspaniałe! Tak, jak trudno było mi potem oglądać jego skarby, tak teraz trudno mi zacząć pisać o stałej ekspozycji, ale ... głowa do góry, palce na klawiaturę!

Rzeźby i drobne obiekty obejrzałam pobieżnie. Może kiedyś, może innym razem?

A przecież i sam budynek jest niezwykły. Ma dwa ogrody inspirowane pompejańskimi.

Zasłonięta częściowo ekspozycją meridiana zaintrygowała mnie tym, jak malusi otwór w ścianie precyzyjnie wyznacza czas, pokazując go na skośnej osi biegnącej przez olbrzymią salę. Nie miałam pojęcia, że promienie słońca przemieszczają się z taką prędkością, że widać to niemal gołym okiem.

Wszystko to jednak "po drodze", w niecierpliwym oczekiwaniu na realizację zamierzeń. Nastawiłam się głównie na malarstwo pompejańskie, które mnie zachwyca od wielu lat. Poziom warsztatu starożytnych artystów zdumiewa. Co za sprawność pędzla!

Mówi się o czterech okresach (niektórzy nazywają je stylami) w malarstwie starożytnych Pompejów. Nie interesuje mnie ten podział, po prostu chłonę kompozycje, ciekawe postaci, wspaniałe portrety, delikatne martwe natury.  Jest coś tak frapującego we freskach sprzed wieków, że chciałabym tu i teraz od razu chwycić za pędzel i samej kontynuować ubarwianie świata.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

M JAK ...

... mus, motyw, muzeum, mostra, mistrz.

Po prostu, M jak Mitoraj.
Motywem przewodnim, a raczej motywacją,  trzydniowego wyjazdu zaraz po warsztatach kaligrafii była wystawa (mostra) mistrza Mitoraja w Pompejach.


Żadnego stałego czytelnika nie muszę przekonywać, że fascynuje mnie twórczość Mitoraja. Kiedy parę miesięcy temu przeczytałam informację o wystawie na terenie antycznych Pompejów, wiedziałam, że muszę się tam wybrać.
Dodatkowo miałam niedosyt samych Pompejów, bo byłam tam raz, po południu i nie zdążyłam obejść terenu wykopalisk.
Najtrudniejsze było znalezienie wolnego i odpowiedniego czasu. Pogoda budziła moje obawy, że będzie za gorąco, ale sama nie chciałam jechać, a Krzysztof mógł dopiero po zakończeniu lekcji katechizmu i związanych z nimi uroczystości Pierwszej Komunii i Bierzmowania. Padło na pierwszy możliwy termin, czyli koniec maja. Idealnie przydały się nietypowe warunki atmosferyczne. Upał nie był nam groźny, a i deszcz spadł tylko raz, gdy byliśmy pod zadaszeniem. Ale o tym niebawem.

Myślę, jak tu napisać, żeby nie narzekać za bardzo?
Najpierw wspomnę, że tydzień wcześniej uszkodziłam obiektyw i pojechałam z wypożyczonym kompaktem, obcy aparat - trudność sama w sobie.
Oczywiście, same dzieła mistrza absolutnie mnie nie rozczarowały. Gdzieżby źle miały wyglądać, zwłaszcza w kontekście prawdziwego, choć skaleczonego antyku? Wszak i one takie okaleczone, niedopowiedziane. Miejsce dla wystawy trafione w dziesiątkę.
Czasami tylko przykro mi się robiło, gdy spotykałam je za roboczą kratą.

Zniesmaczona obserwowałam niektóre zachowania ludzi robiących sobie zdjęcia na tle rzeźb, tu wspomnę delikatnie o pocieraniu penisa jednej z nich. Jarmarczna reakcja. Zastanawiałam się, czy wszyscy zwiedzający mieli świadomość obcowania z rzeźbą współczesną, a nie pozostałościami po wybuchu Wezuwiusza?









Zapamiętawszy Pompeje z pierwszego pobytu, miałam wielkie trudności ze zgodą na tłumy depczące  (jako i ja) śladami mieszkańców zniszczonego miasta. Ewidentnie był to też dzień, gdy przywieziono ludzi z olbrzymiego wycieczkowca cumującego u brzegów Zatoki Neapolitańskiej.
Wyjątkowo trudno bylo mi zrozumieć, że przecież wszyscy chcą zobaczyć, że mają prawo do przebywania w Pompejach.
Ale jak to?
A moje intymne spotkanie z Mitorajem?
Zabrakło komfortu z Pizy, gdy sama chodziłam po salach muzealnych i cieszyłam się każdym detalem, nieprzesłoniętym przez nikogo (odsyłam do artykułu sprzed dwóch lat).
Musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zadziałał filtr "tylko ja i rzeźby". Bywało, że tylko plecak i kapelusz wchodziły w kadr, a już coś mi zgrzytało.

Tylko ptaszyna, niczego nieświadoma, szukała schronienia w murze, albo właśnie na rzeźbie.


Rzeźby czasami też same się broniły przed ludzkim chaosem.








To ciekawe doświadczenie. Diametralnie różne, a rzeźbiarz ten sam.
To był najgorętszy dzień z trzydniowego wypadu, w zachwycie jakimś starałam się nie dostrzegać temperatury, za wszelką cenę szukałam "rozmowy" z tymi, dla których tam pojechałam.
Obok przepływały słowa w wielu językach, a ja się cieszyłam i byłam dumna, że mówię językiem autora rzeźb, które budziły powszechne, lecz bywa że i zbyt powszechne, zainteresowanie.
Teraz już przestaję zupełnie narzekać. Zapraszam Was do świata Igora Mitoraja. A że jest to świat trzech wymiarów (co najmniej), to i będą powtarzać się dzieła, lecz w różnych ujęciach.