Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torri. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torri. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 listopada 2013

CHIOSTRO

Jako urodzona gaduła nie mam wielkiego problemu ze znalezieniem słów. Bywa, że nie są one do końca przemyślane, ale zazwyczaj są.
Tym razem mi ich brakuje, stoję przed trudnym zadaniem, nie chcę przegadać niezwykłego miejsca. Z kolei tak nic nie powiedzieć? To wbrew mojej naturze :) A poza tym, może bardziej rzeczowy opis trochę ściągnie mnie z chmur :)

Zapraszam Was dzisiaj do miejsca, które znalazłam nie wiem jak. Zapewne zobaczyłam zdjęcie w internecie, bo w przewodnikach trudno o jakiekolwiek wzmianki. Jeśli już, to maleńkie, w wyspecjalizowanych pozycjach.
Dziwne!?
Bardzo, po obejrzeniu.

Wracamy do Torri z poprzedniego wpisu, bo ono było tylko tłem, bo trafiliśmy tam z jednego tylko powodu - chiostro (czyt. kiostro) - krużganku.
Im bliżej byliśmy celu, tym więcej pojawiało się we mnie myśli, że ciągnę panów nie będąc pewną, czy to, co zobaczyłam na zdjęciu, było zgodne z rzeczywistością. A może to był jedynie jakiś mocno wykadrowany fragment?
Zaparkowaliśmy na Piazza Centrale pod kościołem sprawiającym wrażenie opuszczonego. Na kopule dzwonnicy tłumnie przysiadły gołębie, za to krzyż uleciał w zapomnienie.
Nic nie zapowiadało radości.
Podeszliśmy do łukiem zwieńczonego przejścia, może tam jest coś napisane? Tak, dobrze trafiliśmy,  przed nami był Kościół della SS. Trinita e S. Mustiola, a do niego właśnie powinno przylegać chiostro.
Idziemy wzdłuż świątyni, już zacieram łapki, ale zatrzymuję się, by pooglądać wielce interesujące głowy.
Patrzyły się z lekkim uśmiechem, wiedziały, co mnie czeka.

Jeszcze chwileczkę, jeszcze tylko przejdziemy przez zielone drzwi.
Wcześniej opowiem o tym, skąd w tym miejscu chiostro. Jeśli dziedziniec, to musiał tu być jakiś klasztor, a w klasztorze mnisi walombrozjańscy.
Powstał w XI wieku, na mocy decyzji Papieża Aleksandra II. Już w XIV wieku zaczyna dziać się bardzo źle, jakieś bandy z Pizy najeżdżają klasztor i go dewastują. W XV wieku umiera ostatni przeor. W następnym wieku znowu zostaje zdewastowany, tym razem przez wojska cesarskie.
Pieczę nad klasztorem przejmują Piccolomini. Odnawiają budynki, tworząc z nich siedzibę parafii.
Młode Państwo Włoskie konfiskuje Torri, ale bez świątyni. Zespół poklasztorny przechodzi w prywatne ręce. Obecnie są to ręce rodu Costa-Bicocchi.
Nie wiem, czy tylko od nich zależy możność obejrzenia chiostro, czy też Państwo coś im narzuciło. Można tam wejść jedynie w poniedziałki i piątki, między godziną 9 a 12, tylko w dni robocze.
Opłata dobrowolna do koszyczka :)

I tu się wyjaśnia zagadka, dlaczego tak trudno było mi trafić w odpowiedni moment na zwiedzenie chiostro, na zwiedzenie i absolutne zakochanie się w nim bez pamięci.

Zaraz po przekroczeniu progu, stanęłam jak wryta. Zaniemówiłam, a potem bezskładnie usiłowałam coś powiedzieć po włosku do siedzących tam dwóch starszych panów.
Jeden z nich był ogrodnikiem właścicieli, do jego obowiązków należy właśnie stróżowanie w chiostro. A drugi pan okazał się być autorem pięćdziesięciostronicowej książeczki poświęconej luźnym dywagacjom na temat krużganków w Torri. Moja reakcja zrobiła chyba na nim dość spore wrażenie (no, może nie aż takie, jak budowla na mnie), gdyż po zakupie wydania, wpisał mi dedykację cytując moje słowa:
"Dla Małgorzaty, która zaraz po wejściu wykrzyknęła co za przedstawienie!"

Czym się zachwyciłam?
Trzypoziomową grą materii, barw i rytmów, światła z cieniem, bogactwem zdobień.

Przewrotnie zacznę od góry, by na koniec zostawić największe smaczki.
Ten poziom, powstały w XV wieku, zobaczyłam tylko dzięki Krzysztofowi. Wszedł cichcem po schodach, po czym zawołał mnie, żebym szybko przyszła. Nauczona doświadczeniem, wiem, że nie należy pytać wtedy "po co?", tylko iść.
Pomknęłam po schodach z otwartą bramką, na zdjęciu jest zamknięta, bo to pryncypał niecnie ją otworzył :)
Gdy robiłam zdjęcia, stróż zorientował się, że jestem u góry i zawołał, żebym zeszła. Okazało się, że to piętro nie jest udostępnione, całe wyłożono folią, jako zabezpieczeniem przed gołębiami.
Przyjrzałam się choć przez chwilę drewnianym kolumnom. Jak na tworzywo i tak zadziwiająco dobrze zachowały się pięknie rzeźbione kapitele, a widać, że dawno nikt ich nie konserwował.

Środkowa część, z XIV wieku, nie ma swojej podłogi, jest jedynie podwyższeniem poprzedniej. Tworzą ją przysadziste arkady z cegieł.

Dół, natomiast, jest marmurowy, sam z siebie biało-czarny, lecz poświata cegieł owiewa wszystko ciepłą różową mgiełką.  Powstał w XII wieku.
W swego rodzaju amoku chodziłam od kolumny do kolumny, przyglądając się zdobieniom. Zapomniałam, że mam myśleć nad kompozycją zdjęć, bo pławiłam się wręcz w ulubionych romańskich reliefach.

Inspiracją rzeźbiarzy w marmurze była i Biblia 

i przedmioty codziennego użytku, 
i fauna, 

i flora, 
a także postaci mityczne, jak dwuogoniasta syrena, czy smoki.
Nie mogło też zabraknąć romańskich plecionek, 
czy innych prostych geometrycznych motywów, rozciągających się na całe kolumny i narożniki krużganków.

Rozmyślam nad symbolami, nad znaczeniami. Czym jest topór? "Podpisem" kamieniarzy? Ponoć taki mieli znak.
Przypominam sobie syrenę z Pieve di Corsignano, czy z San Pietro a Gropina, także z podwójnym ogonem. Po powrocie szukam wytłumaczenia. Wiadomo, syrena miała obrazować pokuszenie, ale czy, rzec by można, rozkraczona, tak samo? Zhellenizowany chrześciajnin kojarzył syreny z przeprawą Odyseusza, który woskiem zatkał uszy towarzyszom, by dotrzeć do celu. Siebie nawet kazał przywiązać do masztu. Stawiał coś więcej ponad pociągający śpiew syren. Ale greckie syreny są i tak łagodniejsze od tych pierwotnych, uważanych za wampiry żywiące się krwią zmarłych. Powiało grozą. A ta syrenka przecież taka uśmiechnięta. Może to właśnie w tym rzecz i to symbolizuje? Nie chce się wierzyć w jej złą naturę.
Spotkałam i zupełnie odmienną interpretację. Biskup Metody z Olimpu kojarzył syreni śpiew ze słodkim głosem chóru proroków, któremu nie jest w stanie oprzeć się żaden człowiek. Częste słuchanie Bożego śpiewu budzi w nim nie tyle ochotę na muzykę, co zapał do poznania Boga.  Słuchając syren traciło się życie, słuchając boskiego chóru osiąga się życie wieczne.
Wśród roślinnych motywów urzeka owoc granatu. Tutaj jeszcze zamknięty, nie ujawnia wielu drobnych ziarenek otoczonych soczystą czerwienią miąższu. I ta ukryta wielorakość, ta zapowiedź dalszej przemiany w nową roślinę, ma nas skierować ku Drzewu Życia, ku pełni łask. Tak miał też funkcjonować klasztor. Zamknięty, ale przynoszący życie wieczne wszystkim i wewnątrz i poza jego murami.
A zwierzęta? Zjadające własne ogony? Często sami to robimy, coś na własną zgubę.
Na innym kapitelu odwracają się, idą każde w swoją stronę. Oddalają się od siebie.
Ptaki ze splątanymi szyjami każą nam pamiętać o przyjaźni i braterstwie.
No a te plecionki? Węzły bardzo skomplikowane, istne labirynty. Trudno je rysować, a jakże trudno żyć, a to właśnie mają nam uświadomić.

Trudno oderwać myśli i wzrok, ale i po drugiej stronie rozgrywają się ciekawe sceny, choć już nie pouczają nas, jak żyć, robią to pośrednio, swoim przywiązaniem do piękna, pietyzmem wykończenia. Czule spoglądam na drewniane wsporniki, klamki, otwory w drzwiach. Zupełnie inna stylistyka, niż panująca w obecnych tendencjach upraszczania wszystkiego.

Misterne szczegóły konkurowały z większymi kompozycjami, z przenikaniem się planów, ze światłem rzucanym na ściany, z otwartymi drzwiami ukazującymi piękne wzgórze, lecz było chyba bez szans względem tego, co wewnątrz.













Przepadłam!

Usiłuję obecnie przetrawić to na papierze, ciągle głowę zaprząta mi chiostro z Torri. 
Może chociaż tak zrzucę ciężar tęsknoty?