wtorek, 20 lipca 2021

NADMORSKIE WAKACJE W TOSKANII?

Do tematu podchodziłam jak pies do jeża, mimo że całe dzieciństwo spędzałam latem nad morzem, potem to się zmieniło i jakoś nie widziałam siebie jako osoby spędzającej długie godziny na plaży. Może dlatego, że już dawno temu zamknął się rozdział, gdy z siostrą bawiłyśmy się w tzw. grajdołach, czyli konstrukcjach z desek wyrzuconych na brzeg, a służących jako wiatrochron? To był czas niezwykłej swobody, gdy rano wyruszaliśmy na bardziej odległe, słabo zaludnione plaże Białogóry, a widok dzieci kolonijnych kąpiących się na gwizdek służył rodzicom jako swoisty "straszak". Plaże Morza Tyrreńskiego, którego odcinek dotąd znałam, jakoś nie zachwycały, najczęściej usłane równymi rządkami leżaków z parasolami. No i nie było tego cudnie białego piasku polskich plaż. Najbardziej zbliżona do wspomnień była ta w Marina di Vecchiano, ale i tak nie przyciągała, chyba że poza sezonem, na spcery z psami. Często wręcz pytana przez czytelników o wakacje nad morzem, dziwiłam się, że chcą spędzać nad nim swój drogocenny wakacyjny czas w Toskanii.

I teraz muszę odszczekać wszystko, no, niemal wszystko. Tak się złożyło, że nasza diecezja ma swój wakacyjny ośrodek w Cecinie. Krzysztof został poproszony o pełnienie tam posługi przez dwa tygodnie, a mnie zaproszono w zamian za namalowanie pewnego portretu. Na razie nie dostałam zdjęcia osób do sportretowania, ale z oferty skorzystałam. 

Chyba raz w życiu byłam z rodzicami na w pełni zorganizowanych zimowych wakacjach, więc niewiele pamiętam z atmosfery ośrodka, lecz chyba niewiele różnił się, jeśli chodzi o rytm, od tego toskańskiego, rytm wyznaczony porami posiłków.  To jest dla mnie akurat już żadna nowość, bo ogólnie moje włoskie życie jest podzielone na ścisłe pory, czego nauczenie się sprzyja potem zdrowemu, regularnemu odżywianiu oraz pomaga ogarnąć własne obowiązki. 

Dzisiaj opowiem o samym miejscu, ale spodziewajcie się większej liczby wpisów, bo w dwa tygodnie można dużo zobaczyć i to bez żadnego wielkiego wysiłku. 

Ośrodek "La Palazzeta" to zespół kilku domów mogących pomieścić około 110 osób. 


W głównej części jest winda, co jest niezwykle ważne przy przeważającej liczbie osób starszych, zwłaszcza w lipcu, czyli poza włoskim sierpniowym sezonem urlopowym. Wszystkich wczasowiczów jest w stanie wyżywić stołówka. Śniadania są mniej więcej bufetowe (ze względu na covid, wybrane potrawy kelnerka donosi do stolika), o dziwo w propozycji są też słone produkty, które w ogóle już mnie rankiem nie interesują, od lat moją colazione tworzy kawa z rogalikiem. Kawa na śniadanie podawana jest w termosach, ale nie ma obaw, przy recepcji jest też prawdziwy bar, w którym wiele osób po posiłkach popija pachnące espresso, a ja wyhaczyłam pyszny lodowy krem kawowy i czasami sobie na niego pozwalam. Ciekawy jest system na pozostałe posiłki, obydwa we Włoszech ciepłe. Wieczorem dostajemy kartkę z menu na następny dzień. 

Można sobie wybrać między co najmniej dwoma daniami pierwszymi i dwoma drugimi. Bywa, że kucharz proponuje na wieczór np. pizzę, schiacciatę z porchettą, wtedy ktoś, kto ma jakieś problemy dietetyczne, może poprosić o coś spoza menu. Widać ukłon względem starszych plażowiczów, gdyż często zdarzają się zupy-kremy, chociaż szef kuchni twierdzi, że staruszkowie w ogóle się nie ograniczają.  Może z dala od swoich lekarzy rodzinnych, czują się mniej zobligowani do diety? Na pewno nasi sąsiedzi stolikowi są potwierdzeniem jego słów, nieźle sobie dogadzają korzystając z dokładek, dzięki którym najczęściej zjadają wszystkie propozycje, czyli cztery dania. Są sympatycznym małżeństwem z 61 letnim stażem, widać, że ciągle lubią przebywać w swoim towarzystwie i niezwykle dbają o siebie. W ogóle obserwacja starszych osób to moja pasja, Fascynuje i interesuje mnie starość, historia wypisana w twarzach, ciałach, w sposobie mówienia, poruszania się. Zawsze zastanawiam się, na ile mogę zapracować na taką, a nie inną starość, co mogę zrobić, by jak najdłużej być sprawną, samodzielną, w miarę zdrową. Część osób siedzi sama przy stolikach, bo przecież reguły covidowe nie pozwalają na usadzenie ich przy jednym. 

Wygląda to trochę smutno i jest dziwne, co sama odczułam w weekendy, gdy Krzysztof wracał do Tobbiany. Nie chciałam jednak zapełniać sobie czasu gapieniem w ekran telefonu. Świadomie zostawiałam go w pokoju i raczyłam się dyskretnymi obserwacjami. Moi bohaterowie przyjechali albo sami, albo ze swoimi dziećmi, lub pozostawionymi im wnukami. Nie ma tu ścisłego rygoru zmiany turnusów, dzięki czemu mogłam obserwować bardzo wielu wczasowiczów, a ich liczba natężała się na koniec tygodnia. Oczywiście, zdarzają się i młodsze osoby, lecz mnie ciągnęło przyglądanie się tym najstarszym. Często bardzo niepełnosprawnym, z popuchniętymi nogami, ciągnących siebie z balkonikami. Trochę okiem reżysera podglądałam, jakie sytuacje nadawałyby się do wprowadzenia na scenę. Dwie scenki z balkonikami: pan, bardzo wolno poruszający się, nawet ze swoimi "czterema kółkami", schodzi po rampie wzdłuż stołówki, w jakimś celu, nie wiem, w jakim, w tym czasie dzwoni dzwonek oznajmiający "podano do stołu" i pan niezwykle dziarsko zawraca, po czym znowu z wielkim wysiłkiem przemieszcza się na obiad. Inna pani usiłuje pokonać w niedogodnym miejscu różnicę wzniesień między żwirkiem a chodniczkiem przy stołówce. Długo nie daje rady podnieść kółek balkoniku. Akurat przechodzę, więc pomagam jej wejść na cementowe płyty. Nigdy wcześniej z nią nie rozmawiałam, nawet dzień dobry nie wymieniłyśmy, zawsze pochylona nad swoim wsparciem, a ona w zamian za podziękowanie raczy mnie pytaniem: pani przyjechała z księdzem? Serdecznie się uśmiałam, oczywiście, w duchu. Albo wyobraźcie sobie minę Krzysztofa, gdy jakiś pan podchodzi do niego i prosi, czy może zadać pytanie. Na pozytywną reakcję księdza pada: Z jaką prędkością rozchodzi się wszechświat? Kurtyna. 

Domy ośrodka położone są tuż pod pinetą, o której w następnym wpisie. Do dyspozycji jest duży teren, z niezbędnym parkingiem, częściowo ocieniony przez olbrzymie eukaliptusy. 




Pośrodku stoi solidna altana, pod którą ludzie oddają się różnym rozrywkom, grają w karty, szydełkują, czytają, rozwiązują krzyżówki. Są też piłkarzyki dla młodszych i niewielki plac zabaw. 


Mam wrażenie, że niektóre staruszki nawet nie docierają na plażę, tylko cały czas przesiadują w ośrodku, zastępując kamery strażnicze. Co pewien czas jest organizowane bingo, namiętnie kochane przez Włochów, zupełnie mnie nie interesujące. W każdy weekend organizowana jest loteria fantowa, w której można wygrać na przykład kupon do bingo, żelazko, czy telewizor. Jest też duży ekran, bo bywa, że ogląda się tu wspólnie filmy, no i finał Mistrzostw Europy. 

Nie podejrzewajcie mnie, że skorzystałam z tej ostatniej propozycji, siedziałam sobie w pokoju i coś dziergałam, zasnęłam dużo wcześniej i nie miałam pojęcia, że Italia doczekała się tytułu. 

Na pewno jest to minimum z minimum, bo przez okno słyszę animacje z pobliskiego hotelu-klubu, że  napomknę tylko o kempingach, wszyscy ich bywalcy wiedzą, ile atrakcji organizuje się w takich miejscach. Mnie cieszy, że u nas jest tak zwyczajnie, że nie ma tej zbyt hałaśliwej atmosfery. Naszym ośrodkiem od pięciu lat zarządza Stefano, który z miejsca kreującego tylko debety, doprowadził do powstania "La Palazzety" przynoszącej dochód. Do przeszłości odeszło nakładanie ludziom z jednego gara przy stoliku, czy przywożenie własnej pościeli i ręczników. Niechcący usłyszałam fragment rozmowy telefonicznej, w której pani tłumaczyła przyjaciółce, jak dobre zmiany tu zaszły. 

Ja nie mam wielkich wymagań, losy na loterię kupuję tylko dla wsparcia ośrodka, jedyną propozycją, z jakiej korzystam jest udział we Mszach Św. Reszta aktywności zaczyna się trochę dalej, lub bardziej daleko. Kaplica na wskroś brzydko nowoczesna, nie ma o czym pisać, chyba że wspomnę figurkę Ojca Pio, zapewne przez kogoś podarowaną. Padłam na jej widok. 



Wyjaśnię, bo może na zdjęciu nie widać, że włosy są srebrne, a habit brokatowy. I tym kiczowatym akcentem zakończę wpis, za chwilę ruszamy na kolejną wycieczkę. Postaram się trzymać Was z daleka od bezguścia. Pobyt w Cecinie już dobiega końca, będzie o czym pisać, oj, będzie. 



3 komentarze:

  1. Starość przeważnie nie jest wesoła, więc dobrze jesli można ją spędzać w pięknych miejsca i wśród życzliwych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój kochany Ojciec Pio,kto Mu to zrobił?! Serdecznie pozdrawiam Anita

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej pomysłowość i bezguście ludzka jak się okazuje nie zna granic. Pozdrawiam ze wspaniałymi wspomnieniami i jakże pięknymi z Ciechocinka :-).

    OdpowiedzUsuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *