poniedziałek, 18 listopada 2019

FA PAURA

"Fa paura", czyli straszy, budzi strach, grozę.

Zastanawiałam się, od czego zacząć dzisiejszy wpis, czy od rzeczy dobrych, miłych i pięknych, czy też od Hitchcocka?
Wybrałam mistrza suspensu, więc na początku powieje grozą. 
A raczej nią popłynie. 
Oto krótka relacja ze stanu rzeki Arno po wielu deszczowych dniach:



Specjalnie zaczęłam od widoku z daleka, żebyście usłyszeli najpierw szum, a potem zobaczyli prędkość, kolor i kształt rzeki.



Brakuje tu jednego elementu - niepokojącego zapachu błota.
Gdy spoglądałam w dół z Ponte Vecchio, kręciło mi się w głowie, wiry wciągały w mało bezpieczną strefę.
W końcu zrozumiałam, że z takim żywiołem nawet najwytrawniejszy pływak nie miałby szans. 
Niestety, prognozy nadal są mało optymistyczne. 

Czas przejść do łagodniejszego klimatu. Przejdziemy Ogrodami Bardini na wystawę w Villi Bardini. 







W jednym czasie na niższych piętrach budynku prezentowana jest wystawa poświęcona Pinokio, ale to już naprawdę inna bajka, której niezamierzenie tylko kawałek zobaczyliśmy, nie mogąc trafić na właściwą część. Jakoś nie po drodze tym razem nam było do drewnianego kłamcy. Choć nie mogę ukryć, że to, co zobaczyłam, też wciągało w swoją opowieść.  







Wybraliśmy się do Villi Bardini właściwe dla jednego malarza, którego akurat obydwoje z Krzysztofem lubimy. 
To młody włoski artysta (36 lat) Giovanni Gasparro - rzadki przypadek malarza, zajmującego się głównie sztuką sakralną i nie będącego kiczowatym. Jego dzieła to często niezwykle pogłębiona teologia, duża wiedza o religii, wykonana wyrazistym stylem. Zauważalnym lejtmotywem są ręce, bywa, że w nadmiarze. Wszystko jest takie cielesne, materialne, namalowane z wirtuozerią. Jest po prostu mistrzem. 

Obserwuję go już od dłuższego czasu, zaraziłam nim Krzysztofa i to proboszcz wypatrzył, że na wystawie "Corpo a Corpo" (Ciało do ciała) jest prezentowana "Joanna D'Arc" Gasparro. 

Nie da rady oszukać widza sztuką konceptualną, gdy się mówi o ciele. Nikt nam nic nie wmówi. A jednak może być mistrzowsko, różnorodnie, bardzo interesująco. Doskonałym wprowadzeniem do wystawy był film z krótkimi wypowiedziami wielu z wystawionych artystów (z różnych krajów). Dało mi to następny impuls do myślenia nad własną sztuką. Podobnie, jak jedna z malarek, zaczęła malować małe portrety po wpływem spotkania z niewielką ikoną podróżną.

Słowa tych ludzi, dotykających podobnej jak ja materii, świetnie pokazały bogactwo ludzkiej myśli, dobrego spojrzenia na człowieka, szukania każdego aspektu w ludzkiej naturze. Czasami bardzo wprost, czasami onirycznie, czasami światłem, mięsistością, lekkością pędzla.













A wszystko w ciszy rzadko przerywanej wizytą zwiedzających.

A w ogóle to zapewne nie uwierzycie, że ostatnio pogoda nas nie rozpieszcza, że skąd niby taka woda w Arno, gdy na zdjęciach widać nawet przebłyski błękitu nieba. Z czego bardzo, ale to bardzo się cieszyłam, co widać na moim portrecie (rzadko tu wklejanej formie).

Rano padało i po południu wracaliśmy w strugach deszczu. Okazało się, że wbiliśmy się w chwilę suchego spokoju.
Na koniec więc zapraszam jeszcze do albumu, w którym jest trochę ogólnych widoków. Z podjazdu do Fortezza di Belvedere (pod którą jest darmowy parking dla wizytujących Villę Bardini), z charakterystycznych podmiejskich uliczek-wąwozów, ze stromej Costa San Giorgio. Wybaczcie w albumie wariacje na temat Duomo, ale trudno mi wyrzucić jakiekolwiek zdjęcie :)















niedziela, 10 listopada 2019

ROŚLINNY LEONARDO

Jeszcze do 15 grudnia można zobaczyć multimedialną wystawę poświęconą spojrzeniu na botanikę poprzez Leonardo da Vinci. Wystawa ciekawa z różnych punktów widzenia.



Bardzo aktywnie wciąga zwiedzających w swoją treść.



Na żywo można przyjrzeć się roślinom, które rysował Leonardo. Niektóre znałam, ale kamfory, na przykład, nigdy w życiu osobiście nie spotkałam.



Wszelkie animacje, filmy popularno naukowe, pogłębiają treść, a to jest niezbędnie potrzebne,
gdy się ma do dyspozycji tylko trzy karty rękopisu mistrza.



Kto chętny, może dać się wciągnąć w bryły geometryczne zbudowane w oparciu o szkice artysty. Ja  byłam chętna, chociaż do proporcji człowieka witruwiańskiego to mi daleko :)

Tym razem zapraszam Was nie tylko do oglądania zdjęć, ale i do filmowego zwiedzenia wystawy.



Jednym z niewątpliwie atrakcyjnych jej aspektów jest samo miejsce: krużganki i jedna z sal poklasztornych Santa Maria Novella. Ale o tym innym razem.

środa, 30 października 2019

KWAŚNA MINA

Dawno nie pokazywałam tutaj swoich prac na jedwabiu. Zacznę od ostatniej, cytrynowej - stąd odpowiednia mina na zdjęciu :) Potem moje ulubione zestawy różu z zielenią, no, i z ulubionymi ptakami. A na końcu oliwkowo - tylko na szalu, bo w tym roku nie zbieraliśmy - muszka zaatakowała gaje oliwne, więc jeśli ktoś nie spryskiwał lekarstwami, nie ma oliwy w tym roku. Dla wielu osób będą to już znajome szale, ale trudno mi się ogarnąć czasowo i wrzucać też na bloga, łatwiej kliknąć na Instagramie, czy Facebooku.


sobota, 26 października 2019

BOSKA JOLA

Tego lata kilka razy gromadziliśmy się z parafianami w ogrodzie na wspólne oglądanie filmu.


Obejrzeliśmy całą serię "Don Camillo". Ostatnią projekcję poprzedziła spontaniczna kolacja na około 20 osób. Właściciel baru Avio zaoferował się z sosem, ja przygotowałam sałatkę chlebową (panzanellę), kilka pań uszykowało słodkości. Proboszcz dokupił do sosu dwa kilogramy penne i przygotował wino.
Ależ było wesoło!





A przyczyną kolacji był sos. Co tam sos! Poezja, nie sos. I to piszę ja, wcale nie taka amatorka głównego jego składnika.
Bohaterem wieczoru był "Sugo alla Boscaiola"
Opowiadałam o tym sosie koleżankom w Polsce, a one bez namysłu zauważyły homofoniczne brzmienie włoskiej nazwy i nazwały potrawę "boską Jolą".
Szukałam znaczenia boscaiola - trudno przetłumaczyć, bo kobiet o takim zawodzie dość mało w naszym kraju i chyba nie powstała oficjalna żeńska wersja leśnika - pani leśnik, leśniczyni, leśniczka?
Od czasu spotkania z koleżankami z chęcią nazywam ten sos "boska Jola".
Domyślacie się już, że jego obowiązkowym składnikiem są grzyby.
Skoro grzyby, to najlepiej je nazbierać własnoręcznie, co w Polsce w tym roku jest wprost dziecinnym zadaniem.



We Włoszech nie takie hop siup, nawet jeśli i tutaj rok łaskawy. 

Już chyba wspominałam kiedyś, że trzeba opłacić pozwolenie na zbieranie (w granicach gminy łaskawie wolno robić to za darmo). Należy mieć koszyk, albo inny sztywny, przepuszczający powietrze pojemnik (za foliowe torebki grozi mandat). 

Turystom wolno zbierać za 15€ dziennie. 

Tubylcy mogą zaszaleć i uzbierać jednorazowo 10 kg grzybów, odleglejsi mieszkańcy mają prawo do 3 kg. 

W piątki obowiązuje absolutny zakaz grzybobrania, we wtorki wolno zbierać tylko pobliskim mieszkańcom. 

Wszystkim wolno zbierać tylko po wschodzie słońca!

Przypomniałam te zasady, żebyście wczuli się w atmosferę pierwszej anegdotki, którą Wam opowiem. Swego czasu żona grzybiarza zadzwoniła do carabinieri, że jej mąż nie wrócił z grzybów. Mundurowi zwrócili się do okolicznych grzybiarzy o pomoc w poszukiwaniach, ale ich pierwsza reakcja była zaskakująca. Zauważyli, że to był ... piątek. 

Grzybiarze tutaj są specyficzną grupą, głównie męską. Przestrzegają przepisów dotyczących grzybobrania, rzadko pokażą komuś swoje ulubione miejsca, są zazdrośni o grzyby. Ich pasja czasami zakrawa o szaleństwo. Pewnego razu taki pasjonat spotkał innego poszukiwanego grzybiarza, ale nie chciał zrezygnować z rozpoczętej wyprawy do lasu. Kazał chodzić zgubie ze sobą, aż nazbierał wystarczająco grzybów. Zaginiony był chyba tak zalękniony, że grzybiarz nie obawiał się zdradzenia swoich łownych miejsc.

Na szczęście Krzysztof trafił na łagodnego grzybiarza, albo mało kumatego. Poszedł na grzyby ze znajomym i oznaczył sobie kilka miejsc na mapach google. Popłoch powstał wśród grzybiarzy, gdy się o tym dowiedzieli i słyszałam już deklaracje, że nikt inny księdza ze sobą nie zabierze :)

Pinezki na mapie bardzo się przydały, gdy wraz z Joanną i Giacomo wyruszyliśmy z koszykami do lasu i wróciliśmy wielce zadowoleni. 



W koszykach wylądowały prawdziwki, rydze, kanie i podgrzybki. Z tych ostatnich zrobiłam "boską Jolę".





Poszperałam mocno w przepisach, chciałam znaleźć najbliższy temu, którym posłużył się Avio, gdy dostarczył sos na parafialną kolację w ogrodzie, a nie było czasu, by iść go wypytać osobiście. Dzięki temu odkryłam, że jest wiele wariantów "boskiej Joli", łącznie z użytym gatunkiem grzybów. 

- Zazwyczaj na oliwie podsmaża się boczek, potem dodaje kiełbasę typu nasza polska surowa, rozdrabiając aż do uzyskania konsystencji zmielonego mięsa (zdarzyło mi się dać zastępczo polską wędlinę, co dodało wybitnego smaku, dodawałam też już zmieloną wołowinę). 

- Wcześniej możemy zeszklić pokrojoną w kostki cebulę. Niektóre przepisy ją pomijają.  Ja lubię i daję dużo. 
- Po podsmażeniu dolewamy pół szklanki wina (daję białe, ale widziałam też przepisy z czerwonym)  i czekamy, aż alkohol wyparuje. 
- Dodajemy pokrojone na kawałki grzyby (spotkałam się nawet z pieczarkami w miejsce prawdziwków, podgrzybków, boczniaków), solimy i pieprzymy, możemy dodać zielony groszek i podsmażamy wszystko około 8 minut. 


- na koniec dodajemy pomidory, dobrze gdy są świeże, mogą być też obrane z puszki, wystarczy nawet przecier (zazwyczaj daję taki zamrożony z własnych surowych pomidorów), dusimy na małym ogniu przez 45 minut. 
- przed podaniem posypujemy siekaną natką pietruszki.

Avio nie zalecał posypywania startym parmezanem, jednak byłam na imprezie, gdzie nie stanowiło to problemu. Z sosem najczęściej podawanym makaronem są penne, ewentualnie wstążki. 
Smacznego!