poniedziałek, 17 lutego 2014

ZIMOWE FERIE W ... LIGURII - Cinque Terre

Pięciu Ziem nie było na liście pomysłów ojca Romana. Propozycja padła z mojej strony, by, jeśli pogoda na to pozwoli, wybrać się do Ligurii. Tam już warunkiem koniecznym był brak deszczu i jako taka widoczność, plus możliwość wejścia na trasę.
Nasz gość myślał, że to bardzo daleko od nas, ale uspokoiłam go, że to podobna czasowo trasa jak do Val d'Orcii, która też była w planach.
Sprawdzając pogodę na bieżąco, zdecydowaliśmy się na środę, kusił obrazek ze słońcem na internetowej stronie.
Pierwszy przystanek zawsze robimy po wjechaniu dość wysoko ponad La Spezię, by z góry obejrzeć port. Szukamy łodzi podwodnej. Była i tym razem.

Dojechaliśmy do Riomaggiore, pytamy parkingowego, czy szlak jest czynny. Odesłał nas do Manaroli. Tam Krzysztof dowiedział się od policjanta, że może z Corniglii damy radę pójść ścieżką, ale to nie jest pewne, gdyż znajdziemy się w sąsiedniej gminie, więc on nic nie wie.
Pierwszy raz jechałam autem do trzeciej miejscowości. Droga wspina się niezwykle wysoko, klamka w drzwiach od mojej strony przeszła niezły test ucisku.
Widoki warte każdego lęku wysokości.
Widać nawet było ośnieżone Alpy, chyba francuskie?

Zostawiamy samochód pod Corniglią i robimy krótki spacer. Zaglądamy do kościoła, pozdrawiam Madonnę z kolczykami.
Mam lekkie poczucie bycia intruzem, jeśli spotykamy kogoś, to mieszkańców. Dopiero w "A Cantina de Mananan" trafiają się turyści, jedna para japońska i jedna włoska.
Sam lokal bardzo ciekawy, pełen rodzinnych pamiątek. Właściciel z dumą prezentuje nam akordeon swojego dziadka. Na zdjęciach przodkowie, albo obyczajowe sytuacje z tego miasteczka. Niektóre to raczej nieobyczajowe - widać, że wielką radość sprawia właścicielom kilkukrotnie powtarzająca się fotografia nagich mężczyzn kąpiących się (sobotnim zwyczajem) w olbrzymiej balii. Zastanawiamy się, dlaczego nie ma takiego zdjęcia z kobietami. Czy się nie kąpały? Czy też nie dały sobie zrobić takiego ujęcia?
Zamawiamy wszystko, co morskie. Najpierw sardele pod różnymi postaciami. Oszalałam na punkcie zaprawionych octem. A potem rozkoszujemy się spaghetti z wszelkimi "potworami". Na deser podano nam nie morską panna cotta z miodem i orzechami, lub musem kasztanowym, do wyboru, obydwa smaki godne polecenia.
A na trawienie: winogrona zalane grappą, gruszkowy koniak, lub rodzaj lokalnego słodkiego wina o nazwie sciacchetrà. Ten ostatni trunek, wypiłam ja, z wielkim zadowoleniem.
Tak zaopatrzeni ruszyliśmy na szlak.
Lubię jeździć do Cinque Terre, nie muszę widzieć nic nowego, ale jeśli zdarza się w końcu natrafić na otwarte drzwi drugiego kościoła w Corniglii (przy wyjściu na szlak), to radość tym większa.

Nie nastawialiśmy się na zwiedzanie, więc tylko pobieżnie notuję w pamięci świetne rzeźby barokowe, zadbanie kościoła, dekoracje malarskie.
O tej porze roku nie sprzedaje się biletów wstępu na ścieżki, co jest jeszcze jednym plusem wędrowania zimą.
Największym atutem jednak były widoki i absolutnie niezimowa aura.
Dobrze, że ubraliśmy się na cebulkę, było co zdejmować. Po ubraniu można rozpoznać, kolejność powstawania zdjęć.
Przyznam się, że z moją kondycją nie jest najlepiej, czyniłam wędrówkę wolniejszą, ale przecież widoki należy smakować, nieprawdaż?
Napotkana na ścieżce para latem za długo nie posiedziałaby jedząc kanapki i rozkoszując się widokiem miasteczka. Zadeptano by ją.
Mimo, że w naszym ogrodzie kwitną już fiołki i żonkile, widok kwiecia o tej porze roku jest dla mnie ciągle tym z gatunku egzotycznych.
Odcinek kończył się w Vernazzy, i dobrze, nie miałabym sił uczynić ani kroku dalej.
Miasteczko wypełniały dźwięki remontu. Od ostatniego mojego pobytu tam, przybył nowy element, zasłony mające zabezpieczyć domy przed wtargnięciem do nich wody i błota, to znak pamięci tragedii z 2011 roku.

Morze nie było mocno wzburzone, ale i tak efektownie rozbijało się o skały. 
To ono zgromadziło największą grupkę turystów.
Jeśli byli głodni, musieli sobie radzić jednym barem i restauracją. Problemem było nie tylko pożywienie. Jedna młoda Niemka wykazała się sprytem, zobaczyłam ją w prezbiterium kościoła, gdzie, znalazłszy gniazdko, podładowywała telefon, odczytując przy okazji wiadomości.

Akurat dzisiaj podobno jest dzień kota, więc jak znalazł spotkany strażnik łodzi.
Dla nas najważniejsze  było to, że jeździły pociągi.
Uff! W przeciwnym razie czekałby nas powrót na pieszo, gdyż zimą nie kursują statki.
Szliśmy ponad godzinę, a potem w trzy minuty znaleźliśmy się znowu w Corniglii.
Wycieczka tak nam się spodobała, że wracając zatrzymaliśmy się jeszcze w La Spezii, by pooglądać jachty zimujące w porcie. Nie ciągnie mnie pływanie łodziami, sądząc po reakcji mojego organizmu na zwykłą huśtawkę, nie wróżę sobie sukcesu jako wilk morski. Poza tym jakoś nie czuję, na czym polega atrakcyjność dalekich rejsów.
Ale popatrzeć zawsze można :)
I znowu zakończyliśmy wyprawę wraz z zachodem słońca, które najpierw zabarwiło góry na różowo,  by potem je schłodzić do błękitów, a w kieszeni kazało szukać niezabranych rękawiczek.
Przekornie te zdjęcia właśnie wrzucam osobno, bo o Cinque Terre pisałam już kilka razy, a o La Spezii nigdy.




















cdn.

niedziela, 16 lutego 2014

ZIMOWE FERIE W TOSKANII - Pistoia i na południe od miasta

Przez cały miniony tydzień gościliśmy ojca Romana. Przed przyjazdem gościa zastanawiałam się, jak mu pokazać Toskanię w lutym? Nie tylko jak, ale i ile się da pokazać, gdy za oknami pada, leje, buro, szaro? Zbiegło się to poniekąd z pytaniami od czytelników o pogodę, o to, czy da się zwiedzać Toskanię zimą.
Mimo tego, że nie istnieje jednoznaczna odpowiedź na takie pytanie, niniejszy wpis przybliży trochę pojęcie o turystyce tą porą roku.
Niedziela - dzień przyjazdu - przyniosła słoneczną odmianę. Pospacerowaliśmy popołudniem po Pistoi, lecz niewiele wnętrz mogliśmy pokazać Romkowi, gdyż była to właśnie niedziela. Kościoły, i owszem, były otwarte, ale albo trwały w nich nabożeństwa, albo miały się zacząć.
Zjedliśmy kolację w La BotteGaia. I jeszcze trochę pokrążyliśmy po Pistoi.

Następnego dnia wrócił deszcz.
Sześć dni to niewiele, więc pogoda nie mogła być przeszkodą, wybrałam na ten dzień Pistoię. Blisko domu, łatwo wrócić, gdy się już przemoknie do cna.
Po długich porannych rozmowach, zostało nam jedynie popołudnie.
Ruszyliśmy jeszcze w trakcie sjesty, miasto zdawało się wyludnione. W otwartych kościołach byliśmy jedynymi wizytującymi.
Mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczyć puste dziedzińce Palazzo Tribunale i Comunale. Marzenie turysty!
Jedynie robienie zdjęć z parasolem w jednej ręce, przy niewielkiej ilości światła, było nie lada wyzwaniem.
Na ulicę powoli wychodzili ludzie.  Jest coś niezwykle przykuwającego wzrok w człowieku idącym z parasolem - lekkie pochylenie, wyizolowanie, mały zamknięty czaszą świat. A jeszcze niech pojawi się osoba z błękitną kopułą i przejdzie akurat na tle biało-zielonych pasów Kościoła św. Jana za Murami, wszystko staje się nierealne, żywe obrazy, bardzo refleksyjne.
Gdy już byliśmy mocno zgęziali, rozgrzaliśmy się kawą i rogalikiem, na szczęście bary są ostatnią instytucją, którą można by zamknąć. O tym przekonaliśmy się jeszcze nie raz tego tygodnia.
Na następny dzień wybraliśmy trasę na południe od Pistoi. Zapowiedzi meteorologiczne kazały zabrać parasol, ale też nie pozostawiły nas bez widoków na odrobinę słońca.
I taką nadzieją przywitał wszystkich wtorek, no bo jakże inaczej odczytać pełną tęczę nad Giaccherino?
Przejechawszy San Baronto, w oddali zobaczyliśmy rozlane Arno, to i inne skutki ostatnich opadów napotykaliśmy wiele razy tego tygodnia.
Głównie były to obsuwiska, oraz "nadgryzione" drogi.
Na szczęście, nic nie stanęło na przeszkodzie w realizacji planów.
Zaczęliśmy od Muzeum Leonarda w Vinci. I znowu powtarza się sytuacja - jesteśmy jedynymi turystami. Akurat wyszła grupa francuskiej młodzieży, zostawiając przestrzenie zapełnione jedynie maszynami toskańskiego geniusza.
Rzut oka na okolice i ruszamy dalej, na południe.
Źle wymierzyłam czas i nie udało nam się zwiedzić kolegiaty z muzeum w pobliskim Empoli.  Chcieliśmy koniecznie zobaczyć dwa wybrane obiekty, przyjechaliśmy dokładnie o 12.00 - w godzinę zamknięcia. Trudno!
Następnym na mapie naszej podróży było Certaldo Alto z planami zjedzenia w nim posiłku.
Ba!
Bar "Boccaccio" kusił rysunkowym cappuccino, ale nie ulegliśmy, najpierw posiłek.
Obeszliśmy całe miasteczko.
Zajrzeliśmy do kościoła.
Jeden z widoków wydał mi się obcym, aaa tak, zazwyczaj czerwone okiennice okala zieleń winobluszczu, zimą jej zabrakło.
Nic nie znaleźliśmy. Wszystko zamknięte, bądź zajęte przez robotników remontujących wnętrza.
Już niedaleko było do San Gimignano, ostatniego punktu na mapie wycieczki.
Bez szaleństw żywnościowych.
Znaleźliśmy punkt z pizzą na kawałki oraz jeden bar.
Nie szkodzi.
Nagrodą za skromny posiłek było opustoszałe miasteczko.
Z rzadka napotykaliśmy turystów.
Kilku Amerykanów, kilku Japończyków. Pustki.
Myśleliśmy o wspięciu się na wieżę, ale zmylił nas brak zwiedzających. Na szczęście zapytałam w punkcie informacji turystycznej o godziny otwarcia, okazało się, że wystarczyło przejść przez sąsiednie drzwi i zachwycić się dziedzińcem.

A po wspinaczce, w nagrodę, zostać widzem.
Wokół nas rozgrywał się zachód słońca.























A parasole? 
Bardzo ciekawe plamy barwne,  wyśmienite podpórki i odstraszacze deszczu :)

cdn.