poniedziałek, 3 października 2011

W CICHYM KĄTKU ZAPOMNIENIA

Na Facebooku obserwuję kilka profili związanych z Toskanią i tam czasami wypatrzę intrygujące zdjęcie - wypatrzę, marszrutę obmyślę i na wycieczkę Krzysztofa namówię. Tak było na przykład z Lajatico. Tak też było w niedzielę 25 września.
Cel nie tak odległy, więc wystarczyło spokojnie zjeść obiad i wyruszyć w drogę.
Pojechaliśmy do Badia di Settimo, klasztornego zespołu położonego na zupełnie płaskich terenach wzdłuż brzegu Arno, nieopodal Scandici. Z niektórych miejsc trudno go wypatrzyć, tak się schował za drzewami.

Na stronie stowarzyszenia opiekującego się miejscem wyczytałam, że zwiedzanie jest możliwe w niedziele pomiędzy 15 a 18. Byliśmy dużo wcześniej.  A że Krzysztof po obiedzie nie wypił obowiązkowej dawki kawy, to ... już wiecie, co zrobił. Zostałam z farbami i blokiem próbując szybko uchwycić fragment z machikułami, które ja przecież bardzo lubię. Kawosz wrócił i poszedł rozejrzeć się po terenie, długo nie trwało, gdy mnie zawołał, bym szybko zwinęła swój pędzlowy majdan. Posłusznie to uczyniłam. A co? Grzeczna jestem! Opłacało się, akurat miało zacząć się oprowadzanie.
Pasjonaci to jest specjalny gatunek ludzki, zazwyczaj tak opowiadają o obiekcie swojej namiętności, że nie wiem, czy słuchać treści, czy obserwować przewodnika.
Tak było i tym razem - starszy pan bardzo barwnie oprowadził grupkę zabłąkanych turystów (było nas chyba z 12 osób, w tym para Japończyków!). Oprowadził po mniej więcej jednej trzeciej klasztornych zabudowań. Jednej trzeciej, bo reszta marnieje w prywatnych rękach. Znowu mamy do czynienia z wynikiem kasacji zakonu. Ta przedziwnie została przeprowadzona tak, że część ze świątynią przekazano florenckiej archidiecezji, a część poszła w prywatne ręce. Te ręce przez długie lata zmniejszały swoją ilość, aż pozostały dwie. Obecny właściciel nie ma środków na odrestaurowanie posiadłości, nie ma nawet środków na jej zabezpieczenie, w związku z czym od razu   rzuca się w oczy różnica pomiędzy częścią kościelną a prywatną.
Badia di Settimo, inaczej zwana Badia di San Salvatore swoimi korzeniami sięga bardzo odległych wieków. W zachowanych dokumentach z X wieku wspomina się o już istniejącej wspólnocie religijnej. Na początku XI wieku miejsce oddaje się pod opiekę benedyktynów z Cluny. Zgodnie z dewizą "Módl się i pracuj" mnisi     zorganizowali zaplecze dla swojej pracy, bo do modlitw już mieli. Klasztor powoli rozrastał się, miał w swojej strukturze spichlerz, i coś zwane tinaia, co w opisie służyło produkcji wina, ale było też i szpitalem, a potem miejscem zbierania się braci zakonnych. Gdy pogrzebałam w  słownikach znalazłam wyjaśnienie, że tinaia pochodzi od słowa tino oznaczającego kadź,w której trzymano moszcz. Nazwa mnie kojarzy się z cantina, czyli piwnicą, kantyną, winiarnią. Choć, co ciekawe słownik etymologiczny raczej skłania się ku śpiewowi (canto). No ale kto by nie śpiewał w kantynie czy w tinaia? Zwłaszcza w tinaia - od samych oparów gronowego moszczu :)
Ja tam bym śpiewała z samej radości mogąc zobaczyć coś takiego:
http://www.badiadisettimo.it/immagini/esterni/Tinaia2.jpg
A tak to tylko jęknęłam z zawodu, bo okazało się, że tydzień wcześniej wyjątkowo udostępniono zwiedzającym te pomieszczenia, które ponoć stanowią jedną z najstarszych części obecnego zespołu budynków. A okazja była wyjątkowa, gdyż i spichlerz i tinaia należą do tych prywatnych dwóch trzecich
No trudno.
Zwiedzanie czas zacząć.
Zostaliśmy najpierw poprowadzeni do metalowej makiety, która daje wyobrażenie o złożoności zabudowań klasztornych, ukazuje też podział na część kościelną i prywatną.
Pierwsze, co się spostrzega podchodząc do kompleksu, czy makiety, to przedziwna dzwonnica, wychodząca z kolistego planu w sześcioboczną wieżę. Niestety jest ona wierną repliką oryginału zniszczonego przez Niemców podczas bombardowania (tylko dolne jej partie pamiętają starsze czasy). Nie tylko dzwonnica poniosła wojenne szkody, spadła ona na malutką starą kaplicę, której zarys stanowi obecnie podstawę makiety. A wieża stanowi obecnie ... komórkę na rower? Na pewno anioł na niej nie ma świętego spokoju, bo wiercił się na wszystkie strony, co zauważyłam podczas malowania.
Kontynuowaliśmy zwiedzanie. Zajrzeliśmy do pomieszczeń położonych z tyłu kościoła, przy mniejszym chiostro.
Najpierw ukazała się nam nieźle ukryta absyda, jedyna zachowana, wieńcząca lewą nawę, romańska, ma się rozumieć :) Potem przedziwnie było oglądać średniowieczne więzienie, obecnie magazyn rzeczy wszelakich.
Za to absolutnie i bezapelacyjnie zachwycił mnie refektarz, choć szkoda, że bez stołów.
Ich brak rekompensuje samo wnętrze oraz niezwykłe obiekty - popiersia-relikwiarze związane z legendą o św. Urszuli i jedenastu tysiącach dziewic. Czy to było 11 tysięcy dziewic czy "tylko" 11 męczennic? Nie wiem, nie mi odkrywać przykryte kurzem wieków prawdy. Za to relikwiarze niebywałej urody, tylko ich sposób otwierania trąci nieco horrorkiem, nieprawdaż?
http://www.badiadisettimo.it/anticabadia/busti.htm



Zwłaszcza, że ta czerwień w środku o dreszcze przyprawia.
Lepiej oglądać je zamknięte, co z lubością uczyniłam. Nie wiem, w czym rzecz, ale mimo "potknięć urody" obydwie kobiety wydały mi się piękne. Może to przez te mądrze zapatrzone oczy?
Przed wejściem do refektarza leży jakby wciśnięta w kąt potłuczona kamienna tablica.
Może nic aż tak interesującego, gdyby nie jej historia. Otóż ulokowana była nad jedną z bram klasztoru, upadła podczas bombardowania. Zabrał ja przechodzący tamtędy kamieniarz i oddał ... 5 lat temu! Ciekawe, czy świadomość jednej nogi nad grobem kazała mu oddać tablicę?
Przechodzimy krużgankami przez dziedziniec, by wejść z tyłu kościoła wprost do zakrystii.
No! To jest zakrystia! A nie nasz nędzny korytarzyk. Przy takich obrazach to na miejscu księdza miałabym problem z wyjściem do prezbiterium, żal je opuszczać choć na chwilę. A jednak! Jedno z dzieł zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Można było się jedynie domyślać jego istnienia, gdyż oprawę obrazów stanowią stiukowe ramy. Szukano więc trzeciego brakującego malunku. Dość rozumnie ktoś pomyślał, by zapytać się florenckiego konserwatora zabytków. Otóż myśl była prawidłowa. W XIX wieku zabrano obraz, by go odnowić i chyba zapomniano, kto był jego właścicielem oddając go Badia di Fiesole. Tamten klasztor nie protestował, ja też bym nie oponowała, gdyby ktoś mi sprezentował pełne wyrazu "Zdjęcie z krzyża" Botticiniego. Dwa pozostałe obrazy też piękne, ale jak na mój gust za bardzo wygładzone, a ten ma jakiś pazur, niby taki statyczny, ale aż czuć, ile rozpaczy kłębi się w otoczeniu martwego Chrystusa.
Wybaczcie jakość zdjęć, ale kościół jest dość amatorsko oświetlony, co przekłada się na niemożność wykonania dobrej fotografii
Z zakrystii zeszliśmy w dół do kaplicy dedykowanej św. Jakubowi. Jest to miejsce będące obecnie śladem niejednej powodzi. Bywało, że wody Arno wypełniały tę nisko położoną kaplice aż po sufit. Można się więc domyślać, jak pięknie była wymalowana. Ale nie tylko okrutna rzeka przyczyniła się do obecnego stanu fresków. Malarz próbował wykpić się tańszymi pigmentami i niedokładną technologią kładzenia farb.
Ciekawostką jest możność zajrzenia na wielki krużganek. Tylko przez okno w tej kaplicy można zobaczyć, jak próbowano obronić miejsce przed wylewami Arno. Podwyższono cały teren, przez co krużganki wydają się być nieproporcjonalnie szerokie.
A tak przy okazji: domyślacie się, jakiej narodowości był człowiek, który ciągle wchodził mi w kadr, aż w końcu odpuściłam i wraz z nim zrobiłam zdjęcie pomieszczenia? Hi, hi, hi.
Kontynuowaliśmy wizytę wchodząc poprzez zakrystię do świątyni.
W prezbiterium podziw budzi ołtarz wykonany z kilkudziesięciu odmian marmuru. Mieni się niczym olbrzymi klejnot. Nie mogę sobie wyobrazić przebiegu tak misternej pracy. Za ołtarzem niepozornie w  żagielkach przycupnął z jednej strony Archanioł Gabriel, a z drugiej Maryja, niepozorne toto, ale przypisane samemu Domenico Ghirlandaio.
Z tabernakulum w samym ołtarzu konkuruje drugie, delikatnie w bielach jedynie utrzymane, wmurowane w ścianę. Stoi przy nim kolumna służąca obecnie za podstawkę do kwiatu.
Od razu mi lżej, że ja na głowicy starej kolumny też postawiłam doniczkową roślinę.
Zaraz obok w lewej kaplicy wieńczącej boczną nawę mój szacunek wzbudzają freski. Jak już pewnie Wam wiadomo, w swoim umiłowaniu malarstwa zatrzymałam się mniej więcej przed XVI wiekiem, ale trudno przejść obojętnie nad sugestywnymi freskami. Kaplica jest pod wezwaniem św. Quintino, zapomnianego przez wieki, mocno wymęczonego przez oprawców, co widać na jednej ze ścian.
W samym kościele widać ślady romańskie, np. małe okna z alabastrem zamiast szkła.
Kryją się w nim także pochówki świeckich, współczesność miesza się odległą przeszłością.
Odkryta więźba dachowa warta jest mocnego odchylenia głowy. Z pietyzmem wymalowana. Ciekawostką jest poprowadzona niesymetrycznie dziwna konstrukcja. Nie ma ona związku z więźbą, nigdzie takiej dotąd nie spotkałam. To przejście poddaszne, podniebne? Jak to nazwać? Fragment kładki zastąpiono kopią a oryginał dano do wglądu w szklanej gablocie.
Na deser pozostała krypta. Tutaj możemy przekonać się, jak daleko w czas sięgają początki klasztoru. Obecnie pusto, dość świeżo po wyczyszczeniu miejsca, ale i tak średniowiecznie swojsko.

Koniec zwiedzania.
Mogłabym iść dokończyć malowanie, ale na dworze rozszalała się straszliwa burza. Pioruny bardzo raźno uderzały o ziemię. Cóż, drugą niedzielę z kolei nie dokończyłam rysunku. Nim to zrobię, zostawiam zdjęcie miejsca wybranego do zobrazowania.

6 komentarzy:

  1. Miejsce niesamowite, zupełnie mi nie znane. A ile perełek, śladów, historii. Ta teraźniejszość taka podzielona kościelna i prywatna. I to raczej smutne, jeśli ta prywatna część popada w ruinę albo powstanie tam spa - nie wiem co lepsze!
    Alabastrowe okna...

    OdpowiedzUsuń
  2. "Średniowiecznie swojsko"! Małgosiu, dokładnie, dokładnie tak czuję. Rozkochało mnie w sobie średniowiecze właśnie w Toskanii. W "tamtoczasowych" kościółkach znajduję spokój i swojskość właśnie. Mógłby być klub średniowieczolubnych? Annamaria

    OdpowiedzUsuń
  3. DZIEKI TAKIM LUDZIOM TA TOSKANIA ZYJE...WLOSI NIGDY NIE DOCENIA..

    OdpowiedzUsuń
  4. BARDZO WAM DZIEKUJE ...AGNIESZKA..

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ skarby... "Włosi nigdy nie docienią"? A kto zachował te niezliczone cuda, kto gościnnie pozwala nam się nimi zachwycać, kto je tak kocha, że w wolnym czasie z pasją i wiedzą po nich oprowadza?
    Nigdy nie słyszałam o tym miejscu - dziękuję za barwny drogowskaz, pani Małgorzato!
    Aldona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że zawsze znajdzie się grupa, która doceni i ta, która nie doceni, ale ogólnie skłaniałabym się do tego, że zazwyczaj są bardzo dumni z dziedzictwa, gorzej z możliwościami zadbania o nie.

      Usuń

KONTAKT (proszę pamiętać o wpisaniu maila)

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *