czwartek, 6 marca 2008

~ OSTATECZNA WERSJA

Dopiero na zdjęciach widzę niedociągnięcia, ale już po ptokach. Tak wygląda obecnie wejście do mieszkania.

poniedziałek, 3 marca 2008

~ ODKRYŁAM NOWE LĄDY


Faktycznie sprawa dla mnie na miarę odkrywcy, muszę tylko rozczarować, że rzecz dotyczy ... kuchni. Dzisiaj pierwszy raz w swoim życiu z sukcesem mierzącym się smacznością przygotowałam dwa sosy oparte o frutti di mare. Jeden to były omułki z małżami a drugi krewetki z cukinią. Do obydwóch obowiązkowo lekko podsmażony czosnek i potem zielona pietruszka. Małże i omułki kupiliśmy w siateczkach, więc trzeba było powalczyć, zwłaszcza z oczyszczeniem małży. Natomiast krewetkami trochę sobie drogę kulinarną ułatwiłam, bo nabyliśmy już wydłubane ze skorupki. Sos z krewetkami (nobel za zestaw cukinia+robactwo)cudownie łaczy się smakowo z makaronem spaghetti i koniecznie z białym winem, którego to należy też dolać do samego sosu.

Do skorupek dałam jeszcze podsmażone pomidory - no i .. wino! Chyba nie ma sensu pisać szczegółowego przepisu, ale przyznam, że to rewolucja w moim gotowaniu. W końcu się odważyłam nie tylko je spożywać, ale i samej przyrządzić. "Szef" obiecał premię za takie gotowanie hi hi hi

niedziela, 2 marca 2008

~ WIOŚNIANIE W TREPPIO I OKOLICACH


Śliczny dzień to i śliczne miejsca trzeba zobaczyć. Szczerze jednak się przyznam, że głównym motywem była potrzeba spowiedzi. Wiadomo jednak, że taka wyprawa do Ryszarda to nie tylko strawa dla duszy ale i dla ducha, a ja przyłożyłam się skromnie strawą dla ciała. Upiekłam sernik z .. ricotty. Ależ jestem dumna i zadowolona, że nie muszę ściągać twarogu z Polski. W znalezionym przepisie na biało-czarny sernik zastosowałam w powodzeniem włoski nabiał. Strawy dla duszy nie będę opisywać, ale za to tę dla ducha jak najbardziej.


Po deserowym posiłku - na dworze! - wyruszyliśmy do Fossato. Niewielkiej osady, zapełniającej się głównie latem a obecnie zaludnionej przez około 40 mieszkańców. Paese położone na grzbiecie góry o wys. 707 m n.p.m. zadziwia wytrwałością dawnych ludzi w opanowaniu najtrudniejszych do zamieszkania miejsc.




Wynikiem ich działalności, zawieszone nad przełęczą, wzruszają domki z niewielkimi skrawkami ziemi, kończącymi się niemal przepaścią, wśród wąskich uliczek.



Wszystkie uliczki i domy oznaczono ładnymi, ręcznie ozdobionymi tabliczkami, na których pojawia się kogut symbolizujący gminę Cantagallo (dosł. śpiewaj kogucie).



Pewnie ze względu na nieobecność większości właścicieli domostw w malutkich kapliczkach królują sztuczne kwiaty. A szkoda, bo okolica już obfituje w krokusy, dzikie pierwiosnki czy ciemierniki.


Z Fossato strasznie krętą trasą pojechaliśmy do pobliskiego rezerwatu przyrody Acquerino. Spotkaliśmy w nim nieniepokojone przez myśliwych jelenie i daniele.



Wjechaliśmy w jakieś niesamowite chmury, które opadły nam na głowy przypominając mi znowu Caspara Friedricha.
Z ledwością odważyłam się podejść do barierki, ale widoki wynagrodziły mi mój wysiłek związany z lękiem wysokości. Jak by nie było znajdowaliśmy się na wysokości 1000 m n.p.m. a samo spogladanie w dół budziło grozę, podkreśloną niezwykłym światłem.

sobota, 1 marca 2008

~ ZAJAWKA


Może jutro uda się zrobić zdjęcie całości a dzisiaj tylko wstęp:

piątek, 29 lutego 2008

~ PIĘKNY PIĄTEK


W końcu skończyłam malowanie. Pozostało umocowanie w kracie i lakierowanie. Tak więc zdjęcia może w niedzielę. Zaczęłam od tego wpis, gdyż takie parę tygodni malowania to niemal przerwa w życiorysie. Dom stał odłogiem, co Krzysztof cierpliwie znosił. Jedynie obiadom nie odpuściłam. Chociaż i dziś i wczoraj miałam kuchnię z głowy. Wczoraj byliśmy u Antonelli – prosty, skromny posiłek, w większości bardzo smaczny. Dom gospodyni malutki, prawdziwie toskański, z oryginalnymi sufitami, wejściem z dworu prosto do kuchni.
No a dziś mieliśmy rewizytę obiadową u ks. Stanisława w Serravalle Pistoiese, bajecznie położonym na wzgórzu:



Wsiąkłam w „robactwo”. Stasiu, samotnie sobie gotujący, opiera się na gotowych półproduktach, albo wręcz gotowych, zamrożonych potrawach. Ale takiego smaku nie powstydziłaby się żadna kucharka. Od następnego tygodnia zabieram się za wszystko, co pływa, nie tylko ryby. Na pierwsze jedliśmy makaron z krewetkami i cukinią – no przepychotka! A na drugie smakowita mieszanka różnych małży i krewetek z pomidorami. Już to sobie wyobrażam zrobione z zupełnie świeżych, niemrożonych stworów. W końcu poznałam też smak sepii, bo jeszcze dodatkowo Stanisław lekko podsmażył sepię z czosnkiem i zieloną pietruszką. Do tego nieszczęśliwie tylko dodał liści buraczanych, bo w mrożonce nie było widać, że to nie szpinak, a ponoć, według słów jednej z jego parafianek, należy bestię spożyć ze szpinakiem. Sprawdzimy, sprawdzimy. Kierunek oczywiście jak najbardziej słuszny. A po obiedzie deser, czyli śliczna Chiesa di San Michele z XIII wieku. Znana mi na pamięć, budząca nieustanny podziw, bryła malowanego dwa lata temu kościoła.



Bardzo mało zachowało się w nim dawnych ozdób: tryptyk ołtarzowy, umieszczony teraz z boku kościoła,


rewelacyjny, rzadko używany, konfesjonał,


"skrzynka" na jałmużnę z XVII wieku,


lub fragment XV wiecznego fresku – cacuszka!


Takiego deseru nie zastąpi najpyszniejsze tiramisu, a wiem, co piszę. Potem rzut oka na ciut współcześniejszy kościół tuż przy plebanii, mocno barokowo rozbudowany, z nieszczęśliwymi interwencjami późniejszych czasów. Jednak i tam się znalazło parę obiektów, na których można zawiesić oko. Między innym w wielkiej przestronnej zakrystii tak często tu spotykane przedstawienie krzyża z narzędziami Męki Pańskiej czy kropielnica u wejścia.


Mimo dziwnej pogody, ciężkich, ale nieołowianych chmur, czasami nieśmiałego słońca miałam poczucie, że znowu zostałam nad wyraz, niezasłużenie obficie obdarowana.

niedziela, 24 lutego 2008

~ KRÓCIUTKO O NIEDZIELI


Króciutko, bo co pisać o w końcu nadrobionych zaległościach. Napisałam i wysłałam parę prawdziwych listów, porobiłam trochę porządków na Picasie i pouczyłam się włoskiego - tego ciągle za mało.
A oprócz tego wskoczyliśmy do sklepu z rzeczami z drugiej ręki, w którym Krzysztof wypatrzył dość ciekawe biurko, jeszcze ciekawsze zrobiło się, gdy odkryliśmy w nim skryteczki. Tylko co w nich chować? Przy okazji zagadaliśmy z chyba właścicielem; zapytał się, w jakim celu zakupiłam szklane pojemniczki. Gdy mu wyjaśniliśmy, że do odlewania świeczek poprosił, jeśli to możliwe, żeby mógł przyjechać i zobaczyć, jak się to robi. A pojemniczki dostałam w prezencie.
Popołudniem krótki spacer do pobliskiego nieczynnego średniowiecznego kościółka San Michele in Groppoli. Budowla jest w prywatnych rękach i, o zgrozo!, zaniedbana. Jedyne zabezpieczenie to zabity metalową blachą portal. Mam nadzieję, że to uchroni przepiękną kamienną ambonę przed złodziejami, jej zdjęcia widziałam w książce o okolicznych średniowiecznych świątyniach.
Można ją też zobaczyć na stronie: http://groups.msn.com/Pistoiaeisuoipulpiti/shoebox.msnw?action=ShowPhoto&PhotoID=18 samej w sobie ciekawej, polecam obejrzenie innych ambon (pulpitów) znajdujących się w Pistoi.
A oto Chiesa San Michele:





Spacer sam w sobie uroczy, okolica ...


Przejeżdżając spotkaliśmy stado czarnych owiec z pasterzem. Ciekawe, jak by się wśród nich czuła biała owca?


Po drodze zaczepili mnie znajomi ś.p.właściciela Bojanglesa i Drusa. Rozpoznali bestie i chcieli zagadać, wiedzieli nawet o moim niefortunnym spotkaniu z kłami psa.


Wiosna pcha się na potęgę i atakuje z radością. Kwitną bardziej nam znajome kwiaty i pierwszy raz na oczy oglądana mimoza. Jej gałązki wręcza się kobietom 8 marca.