niedziela, 25 maja 2008

~ ŁATANIE DZIUR

Ano porobiły się luki w pamięci. Usiadłam, żeby zapisać co nieco a tutaj ostatni wpis z czwartku. Głowa więc mi paruje z wysiłku przypominania sobie.
Piątek?
10 rocznica święceń kapłańskich Krzysztofa. Miałam z tej okazji upiec szarlotkę i zrobić jakiś bardziej uroczysty obiad, ale tak się zawzięliśmy na ogród, że potem to tylko usiłowałam przypomnieć sobie, jak się nazywam i które tabletki są najlepsze na ból głowy. W ogrodzie widać już psy w trawie, wymieniłam kwiaty w doniczkach na nowe, większość to pelargonie, zawiesiliśmy dwie surfinie przy wejściu do domu, wyczyściliśmy chwastownik pod murem od strony ulicy itp, itd. Świetliki nadal okupują przestrzeń powietrzną ogrodu, pogoda powoli i z oporami, ale żegna się z deszczami - idzie lato.
Sobota?
Najpierw sprzątanie sal katechetycznych, układanie kwiatów w kościele. Potem obiad - w końcu bardziej uroczysty. Jeśli dzień przed świętem nazywamy wigilią, to jak nazwać dzień po?
W tym momencie mogę podać jako wypróbowany przepis na krem ze szparagów. Szybka i bardzo pożywna zupa - w dodatku prze...pychotka!
podaję proporcję z książki - porcja dla pułku piechoty!
zupa-krem ze szparagów
1 kg szparagów (używam zielonych, białe jakoś mnie do siebie zraziły, a lekka słodkość zielonych "w to mi graj") - to są dwa dorodne pęczki
60 g masła (czyli około 1/4 kostki)
1/2 szklanki mąki (jakiejś zwykłej)
2 szklanki mleka
2 szklanki bulionu wołowego (w wersji przyśpieszonej uprawianej przeze mnie to bulion z kostki)
3 żółtka
3/4 szklanki startego parmezanu
1/2 szklanki śmietany (nie pytajcie o tłustość - nie mam pojęcia, na pewno nie jakaś chudzina)
sól i świeżo zmielony pieprz
W garnku (najlepiej o grubym dnie, co by mocno się nie przypaliło) roztopić połowę masła i cały czas mieszając dosypać mąkę. Nie zrażajcie się "glutami", wszystko się pięknie potem zmiksuje.
Mieszając dolać mleko a potem bulion i zagotować. Dodać szparagi (z odciętymi uprzednio twardymi końcówkami), można je pokroić na mniejsze kawałki, żeby wygodniej potem miksować. Gotować około 20 minut. Następnie zmiksować i postawić z powrotem na ogniu i dodać wcześniej zmieszane w miseczce żółtka z masłem, parmezanem i śmietaną. Wymieszać do jednolitej masy, doprawić sola i pieprzem. Można podawać np. z grzankami. Pysznie jest wrzucić trochę zielonego, młodziutkiego koperku. Smacznego!
No i odpokutowałam też szarlotką, ale na tę chyba już przepis podawałam? Dzisiaj po Mszy poczęstowałam nią Chiarę, która po coś wdepnęła na chwilę, nie chwaląc się, pochwalę się, że bardzo jej smakowała.
Popołudnie sobotnie, jak zwykłe byłam sama, wiec siedziałam spokojnie w pracowni i kończyłam eksperymenty mozaikowe. Na razie ograniczona kolorami uprzednio stworzonych kosteczek starałam się jakoś je ponalepiać na świeczkach. Oto moje wypociny:





Niedziela?
Na 11 na Mszę. Potem krótka wizyta Chiary przy szarlotce. Następnie obiad organizowany przez Stowarzyszenie TEISD opiekujące się chorymi. Wzruszają mnie niepełnosprawni intelektualnie, i to nawet jakoś bardziej dorośli. To taki niezwykły widok jak cała wymazana czekoladą pani około 40 lat biegnie się umyć, przestraszona tym faktem. Taka nieporadność po prostu mnie onieśmiela i budzi najbardziej tkliwe uczucia. Po dobroczynnej imprezie nie miałam już ochoty iść na następną, na której jest teraz Krzysztof. Znajomi raz w roku spraszają szerokie towarzystwo, według dość niezrozumiałego klucza. Początkiem spotkania, nie wiedzieć czemu, jest Msza. Potem jakiś skromny poczęstunek. Całość ma miejsce na letniej działce. Trochę to wszystko razem dziwnie wygląda, zwłaszcza nabożeństwo jako kulturalny punkt programu. Zostałam więc w domu, porobiłam powyższe zdjęcia i nadrabiam zaległości blogowe. Ot! Spokojna niedziela.

czwartek, 22 maja 2008

~ CORPUS DOMINI

W Italii zwykły dzień pracy - święto przeniesiono na niedzielę, ale w naszej diecezji biskup postanowił jednak, że Msza i procesja odbędzie się dzisiaj. Nie mam zdjęć, bo nie uczestniczę w tych obchodach - jest godzina 23.40 a Krzysztof jeszcze z nich nie wrócił. Ja miałam dzisiaj dyżur na miejscu, gdyż w maju w naszej parafii (i chyba w większości włoskich parafii) wieczorami odmawia się Różaniec.
Tak mnie jednak wzięło na wspominki i wróciłam do Święta Bożego Ciała spędzonego 3 lata temu w Asyżu. I tam była wieczorna procesja w czwartek - od Katedry Św. Rufina do Bazyliki Św. Franciszka. Wiodła przez główny plac miasta, na ten czas oświetlony pochodniami.
Natomiast główne uroczystości przypadły na najbliższą niedzielę. Procesja (po bardzo uroczystej Mszy z udziałem miejscowego chóru, ale na takim poziomie muzycznym, że nie mogłam wyjść z podziwu) wiodła przez część miasta. To, co było w niej najbardziej niezwykłe to to, po czym ludzie starali się nie stąpać, a co pieczołowicie przygotowali mieszkańcy, niektórzy wstawszy bladym świtem. Zasada jest prosta - to mogą być tylko kwiaty - świeże, suszone, mielone bądź w płatkach, ale kwiaty. Często przygotowywane wiele miesięcy wcześniej. A jakie to dało efekty? Spójrzcie sami:








środa, 21 maja 2008

~ ZALEGŁOŚCI

Wczoraj caluśki dzień padał deszcz. Całe szczęście, że w Chorwacji naładowałam swoje baterie słoneczne. Mogłam spokojnie posiedzieć w domu i porobić różne porządki, także te na blogu.
A zalegam z jedną krótką wyprawą, nieopodal Pizy, do San Piero a Grado. Stoi tam niezwykły kościół. Jego osobliwością jest i legenda i sama architektura i „prowadzenie”- zarządzanie.
Sama nie wiem od czego zacząć.
Legenda:
Nie wiedzieć czemu miejsce to wiąże się z przypłynięciem Św. Piotra w podróży do Rzymu. Na pewno kiedyś w tym miejscu był port morski Pizy, który potem się zamulił, przez co brzeg morza przesunął się parę kilometrów na zachód. Nie dotarłam jednak do wyjaśnienia, czemu domniemuje się ten port jako miejsce zejścia ze statku Św. Piotra a nie na przykład w Ostii, wiele kilometrów bliżej Rzymu. Ze Świętym Piotrem kojarzy się też jedną z kolumn umieszczonych w kościele, uważaną za ołtarzową, ale przecież w tamtych czasach nie wytworzyła się jeszcze znana nam liturgia Mszy Świętej. Owszem było takie miejsce, gdzie łamano się chlebem, ale to były tzw. kościoły domowe i zasiadano w nich przy stole a nie ołtarzu.
Architektura
Żeby nie było, że marudzę, to od razu powiem, że zachwyciła mnie dostojność i surowość budynku. Długo i ze spokojem przyglądałam się wszelkim detalom. Jeśli komuś zdarzyłoby się podejść do budynku od strony rozległej łąki, to mógłby mieć problem z odnalezieniem wejścia do świątyni. Jedno z trzech bocznych jest od strony parkingu a główne hmm, jak by to opisać? Kościół zamiast elewacji frontowej ma czwartą apsydę (trzy, jak to zazwyczaj bywa w romańskich budowlach sakralnych, usytuowane są po wschodniej stronie). Po jej zbudowaniu główny portal przeniesiono na boczną ścianę od północy.

Ta czwarta apsyda, zachodnia, wypełnia niemal całą powierzchnię fasady, więc malutkie, frontalne wejście do świątyni jest wtłoczone pomiędzy nią a narożnik. Nieopodal stoją resztki dzwonnicy zburzonej podczas drugiej wojny światowej.
Na zewnątrz północnej nawy widać bardzo ciekawe zdobienie, nigdzie takowego jeszcze nie spotkałam, są to wgłębienia wypełnione majoliką, wygląda to tak jak by ktoś wmontował tam misy ceramiczne. Ponoć jest to element pochodzenia arabskiego.

Ściana z lokalnego surowca (głównie tufu) nosi ślady różnych przeróbek, „wydrapywanek” przybyłych pielgrzymów oraz powodzi spowodowanych przez niedaleką Arno, są na niej także wstawki z ornamentami klasycznymi i romańskimi


Wnętrze kościoła na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie remontowanego.

Blisko zachodniej apsydy w podłodze wielka wyrwa ukazuje wcześniejsze warstwy zabudowy sakralnej. Widać nawet inną orientację poprzedniej świątyni. Tam też stoi owa kolumna ołtarzowa. Nad wykopaliskami wznosi się gotyckie cyborium (czyli kamienny baldachim symbolizujący grób Jezusa).


Gdy już oderwiemy wzrok od tej niezwykłej struktury widzimy, że część nawy północnej zaadaptowano na zakrystię – następna rzecz niespotykana. Wszystko jak na dłoni.


Główna nawa nie prowadzi do czynnego ołtarza, ten umieszczono w nawie południowej. Dzięki zabudowie typu bazylikowego na granicy naw pod oknami ciągnie się cykl ciekawych fresków z około XIV wieku, zainspirowanych „Złota legendą” a przedstawiających sceny z życia Św. Piotra oraz portrety papieży.


I teraz o ostatniej niezwykłości. A mianowicie o zarządzaniu tą niezwykła parafią. Oddalona od Pizy świątynia nie przyciąga takich tłumów, jak Pole Cudów z Krzywą Wieżą na czele. Nikt nie pilnuje wejścia do niej, nie płaci się żadnych biletów. Wszelkie materiały albo są z określoną ceną albo za „Bóg zapłać” . W tej słynnej „watykańskiej walucie” był na przykład kalendarz, w którym umieszczono zdjęcia z kościoła. Wśród różnych ulotek znalazłam list od proboszcza bazyliki, fascynata miejsca, który lubi zachodzić do świątyni i pogadać z turystami. Zobaczyłam go jednak dopiero, gdy już odchodziliśmy z powrotem do auta. Mam nadzieję, że kiedyś coś nam ciekawego jeszcze opowie. Tym razem mogliśmy zanurzyć się w dawne czasy bez towarzystwa, czasami tylko przemknął przez nawy jakiś zagubiony turysta.


Gdyby ktoś chciał zobaczyć usytuowanie bazyliki z lotu ptaka to Google Earth podaje takie namiary: "San Piero a Grado" lat=43.6796056143, lon=10.3467439868, zresztą wystarczy wpisać nazwę miejscowości i chwilę po niej poszperać, trudno nie zauważyć tego arcyciekawego budynku.
Acha! No i więcej zdjęć w albumie Toskania samotnych cudów.

poniedziałek, 19 maja 2008

~ "CIĄGLE PADA" - NOWA WŁOSKA PIOSENKA O ZNAJOMO BRZMIĄCYM TYTULE

Nic dodać, nic ująć. Szlaban na ogródek, trzeba więc pomyszkować po domu i po internecie. Wynikiem tego pierwszego jest "bliżej porządku" i dwie świece (na razie bez zdjęć), wynikiem drugiego: opisy przy albumach z Chorwacji.
Dzisiaj zastępowałam zakrystiana podczas pogrzebu, co ograniczyło się do włączenia i wyłączenia dzwonów pogrzebowych oraz rozpalenia węgielków w trybularzu. Przy okazji westchnęłam, jak bardzo w dużych miastach Polski rozbito ryt pogrzebowy. Msza sobie osobno w kościele parafialnym, krótkie modlitwy w czymś, co trudno nawet nazwać kaplicą cmentarną i pochówek. I tak szczęśliwie udało nam się odmówić chociaż dwa dziesiątki przy Mamie. Nie ma czuwania. A tutaj, tak jak na niektórych jeszcze wsiach w Polsce, bardzo często zwłoki zostają wyprowadzone z domu, a wieczorem poprzedniego dnia przy zmarłym zbiera się rodzina, znajomi i sąsiedzi, by wspólnie omodlić te trudne chwile.
Przypomniał mi się napisany przeze mnie, gdy mieszkałam w Polsce, krótki artykuł do gazetki parafialnej. Nie chcę nikogo przekonywać, ja po prostu tego doświadczyłam, wraz ze śmiercią Mamy jeszcze mocniej:

W CO WIERZY TEN, CO NIE WIERZY
Już od paru miesięcy nie daje mi spokoju pamięć o pogrzebach, w których uczestniczyłam tego roku. Chciałam modlitewnie pożegnać kogoś mi znanego a zobaczyłam jak wobec niewątpliwej tragedii przedwczesnej śmierci polaryzuje się postawa religijna człowieka. Opowiem przede wszystkim o dwóch pochówkach: dziecka oraz mężczyzny w tzw.sile wieku. Dziecko pochodziło z rodziny wierzącej i widać, że wzrastało w takim otoczeniu. W dniu jego pogrzebu dostałam dużą dawkę nadziei. Tę nadzieję nieśli jego rodzice, wsparci jedno o drugie małżonkowie, rodzina i wszyscy obecni. Cała uroczystość była wielkim świętem nadziei na przyszłe spotkanie zbawionych. Wiarę tę ujawniała modlitwa, ale też i strój przybyłych. Niemal wszyscy ubrani byli na biało wyrażając w ten sposób swoje przekonanie o świętości kilkuletniego zmarłego chłopca.

Drugi pogrzeb to najpierw Msza św., podczas której wielu uczestników nie wiedziało, kiedy wstać, usiąść czy klęknąć. I sam pogrzeb: Przyzwyczajona w swojej rodzinie, do co najmniej modlitwy różańcowej, weszłam do kaplicy z wystawioną trumną przekonana, że będziemy się modlić za zmarłego. Poraziła mnie beznadziejna cisza i puste krzesła, na których nie zasiadły oczekiwane a nieobecne osoby, niebędące chyba w stanie przebaczyć przeszłości zmarłemu. Po tych dwóch pogrzebach jeszcze wyraźniej spostrzegłam, jaką siłę daje wiara. Mam nadzieję, że gdy przyjdzie pochować mi moich najbliższych, stanę z nadzieją przy ich trumnie i zdam egzamin ze swojej wiary.
Zawsze w chwilach rozważań o śmierci myślę o przejmujących słowach zadeklarowanego ateisty Umberto Eco: „Najbardziej wstrząsające wydarzenie mojego życia. Kiedy umarł [ojciec], nie miałem już wiary, a więc możliwości posiadania nadziei na życie wieczne”. I jeszcze: „To oczywiste, że z tym moim rodzajem ryzyka, życiem mianowicie, jak gdyby Bóg nie istniał, żyję o wiele bardziej tragicznie, niż kiedy byłem wierzącym: teraz dla mnie rozliczenie się ze śmiercią jest o wiele bardziej uciążliwe. Muszę bardziej pracować, aby nadać sens mojemu przejściu. I to mnie najbardziej wyczerpuje.”

A gdy przyjdzie na kogoś kryzys wiary to może zupełnie racjonalnie przekona go Warłam Szałamow, przysięgły ateista - syn duchownego prawosławnego. W jednym ze swoich „Opowiadań kołymskich” napisał, że łagry były egzaminem moralnym, i 99% więźniów tego egzaminu nie zdało; w owym jednym procencie znakomitą większość stanowili wierzący.
Zakończę słowami z brewiarza: Noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty.

niedziela, 18 maja 2008

~ I TO MA BYĆ TA OSŁAWIONA SŁONECZNA TOSKANIA?

Ani kwiecień ani te parę dni maja po powrocie nie nazwałabym cudownie słonecznymi. Pierwsza połowa niedzieli to deszcze i burza. W związku z tym odwołano coroczną dekanalną Mszę zwaną "Krzyż pięknego widoku" (przetłumaczyłam dosłownie Croce di Belvedere). Odbywa się ona na jednym ze wzgórz z, a jakże!, wspaniałym widokiem. Miałam tam pomagać przygotować merendę (czyli coś w rodzaju podwieczorku) organizowaną przez TEISD (Stowarzyszenie opiekujące się chorymi i zbierające między innymi w ten sposób pieniądze). No coż, mam nadzieję że w następnym roku pogoda będzie łaskawsza. Dzisiaj po deszczu wyszliśmy z psami na pierwszy spacer, z Witkiem nie chodziły, bo nie wiadomo czy by mu gdzieś nie uciekły w poszukiwaniu właściciela. Tak więc psy rozwijały dzisiaj olbrzymie prędkości - właściwie swojej rasie - po czym wróciły do domu szczęśliwie ubłocone. Tak spokojne popołudnie zamieniliśmy w seans filmowy. Krzysztof dokończył oglądać serial "Pitbull" - porażający w swoim prawdopodobieństwie realności (trochę obejrzałam). A potem spróbowaliśmy zobaczyć, co Jerzy Stuhr ma do powiedzenia na temat lustracji, a może uczciwości? Zasmucił nas poziom tego filmu, po tak świetnych produkcjach jak "Wielbłąd" czy "Tydzień z życia mężczyzny". Dłużyzny i dosyć jednostronne spojrzenie na temat nie czynią, według mnie, filmu "Korowód" godnym polecenia.

Żeby więc nie pozostać w czkawce lustracyjnej wróciłam do zdjęć z Chorwacji i jako tako je poukładałam. Nie ma jeszcze opisów, ale już podam adres albumów. Zaznaczę jeszcze raz, że ten wyjazd nie był wielce turystycznym, absolutnie niezaplanowany, miejsce wybrane na chybił trafił, lecz Mama już chyba nad tym czuwała, bym odnalazła tam spokój i siły na powrót do domu.
http://picasaweb.google.com/chorwacka.Istria

sobota, 17 maja 2008

~ KROK PO KROKU

Zaczyna się codzienność. Do południa jeszcze podróż w tę i z powrotem do Pizy, żeby odwieźć Witka na lotnisko, naszego wspaniałego opiekuna psiuniów. Potem szybki obiad - z sałatą z własnego ogródka, już trochę mniej zachwaszczonego, bo po obiedzie próbowałam opanować to szaleństwo. Na razie sukces połowiczny, ale grządki już przynajmniej różnią się od siebie uprawianymi roślinami, nie ma strasznych ilości wszechobecnego chwastu. Wczesnym wieczorem zabrałam się za układanie kwiatów w kościele, które przyniosła jedna z parafianek, były to piękne kalie i róże - wszystko z własnego ogrodu. Może też się kiedyś doczekam takich kwiatów, tymczasem widzę tylko, że akant szykuje się do kwitnienia. Bardzo jestem jego ciekawa.
Powoli opracowuję zdjęcia z Chorwacji, może jutro uda mi się przedstawić je online.

piątek, 16 maja 2008

~ WRÓCIŁAM DO...

... domu. Jakże inny powrót od dotychczasowych, ale jednak do domu. Do tego mogłam się przygotować przez tydzień pięknego i spokojnego pobytu na Istrii w Chorwacji, bo z oczywistych powodów Ziemia Święta musi jeszcze poczekać. Mało było w tym zwiedzactwa, zawsze jednak jakieś perełki się znalazły, ale o tym niebawem na mojej stronie w dziale podróży.
Z dzisiejszego dnia tylko jeden obrazek, niemożliwy do przekazania inaczej niż słowami. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam świetliki. Zachwaszczony ogród, tonący w mroku zamienił się nagle w tajemniczą krainę światełek, które bez określonego porządku zapalają się i gasną w różnych miejscach i na różnych wysokościach. Bajecznie!