poniedziałek, 16 marca 2009

DWA HORRORY

Wpadliśmy na straszny pomysł, wybaczcie, że uprzedzam, dla mnie to był horror.
Postanowiliśmy zobaczyć Livorno. Ponieważ bardzo wcześnie zjedliśmy obiad w domu, byliśmy na miejscu około 13.10. Ulice i place zapełniali przede wszystkim emigranci, dla których sjesta nie jest tak świętym czasem, jak dla tubylców. Może „zapełniali” to słowo na wyrost, ale stanowili znaczną część napotkanych osób. Ta mieszanina języków jeszcze bardziej odebrała włoskość miastu. Brzydkie budynki,


olbrzymia Piazza della Republica,


nieciekawe pomniki w ilości zdumiewającej,


podcienia – marne echo tych z Bolonii,


mnóstwo gołębi, pstrzących gdzie się da i na co się da.


Dodatkowo miałam nadzieję, że choć dzielnica nazwana Nową Wenecją ukoi zbolałą brzydotą duszę. Powiedzcie sami, ile trzeba mieć wyobraźni, by tak obrazić adriatycką Wenecję?

Nawet Madonna w narożnej kapliczce smutna jakaś. Ja jej się nie dziwię, chyba bym w depresję popadła w tym, a jakże, toskańskim mieście.


Ale nie dziwota, jeśli ten twór mieszkalno-portowy, powstały za przyczyną Medyceuszy, miał charakter głównie użyteczny, bez aspiracji do bycia ostoją sztuk wszelkich. I jeszcze, żeby było mało większość miasta została zbombardowana podczas ostatniej wojny. Być może te dziwacznie zaadoptowane na wybieg dla przedszkolaków ruiny są „pamiątką” zniszczeń?

Trzeba było się nieźle naszukać czegoś, na czym można by obiektyw zatrzymać. A to więc podobieństwo do pomnika,

a to pranie wszechobecne, wszechniestrojne.

Raz zdarzył się miły detal.

Gorzej z budynkami, no bo jak zachwyca, kiedy nie zachwyca katedra, zamknięta, dająca swoją loggią schronienie dwóm bezdomnym?

Marudziłam, że chociaż morze bym zobaczyła, starą fortecę, ale nawet tego nam się nie udało. Ledwie sił na nową wystarczyło.

Mieliśmy już tak serdecznie dość, że wracając odeszliśmy od niejedzenia słodyczy i skusiliśmy się na lody. Oj! Dobrze zrobiliśmy. Pierwsze lody w tym roku. Ależ smakowały!

W związku ze skróconym czasem planowanej wycieczki postanowiliśmy pojechać jeszcze na południe od Livorno. Wybraliśmy drogę wzdłuż wybrzeża, jechaliśmy z malutką mapką w przewodniku, więc jakby bez mapy. Już na obrzeżach Livorno zobaczyłam morze. Od razu mi się buźka uśmiechnęła. Czas już też był bardziej poobiedni i mnóstwo ludzi wyszło na nadmorskie promenady. Myśmy jednak nie skusili się na tę formę wypoczynku. Nie znając absolutnie tej części Toskanii, jechaliśmy ciekawie rozglądając się za jakimś miasteczkiem przyciągającym wzrok i serca.
Coś nam nie wychodziło, ale przynajmniej zobaczyliśmy uroczy fragment wybrzeża, o którym nie miałam pojęcia, a który bardziej kojarzy się z wybrzeżem liguryjskim - domy zawieszone na skalistym stromym wybrzeżu. Musi być ciekawie latem mieszkać w jednym z nich. Potem jednak ziemia się spłaszczyła, wpadliśmy na pomysł, żeby zakończyć podróż w Volterra (nie wiem jak napisać po polsku, w Volterzrze?). Myśleliśmy już wcześniej, że to tylko tak na wszelki wypadek sobie zostawimy, ale gdy w Cecinie ujrzeliśmy drogowskaz i 32 km do celu, kierownica jakoś
sama skręciła.

I znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Ja poczułam, jak bym świeżego powietrza nabrała w płuca. Co i dosłownie można rozumieć, bo w livorniańskiej Wenecji okrutnie cuchnęło. Omal byśmy zostali bez zdjęć, ale jednak Volterra to turystyczne miasto i zakupić baterie w niedzielę nie było rzeczą trudną.
A jednak i Volterrę można kojarzyć z horrorem, o czym mnie uświadomiła koleżanka z liceum. Otóż wybiera się tu ze swoją nastoletnią córką, która cała jest dzika, nie wiem czy na Toskanię, ale na pewno na zobaczenie miasta będącego miejscem akcji drugiego tomu sagi o … wampirach pt „Zmierzch”.
Próbowałam zrozumieć, czemu autorka umieściła akurat tutaj akcję książki. Nie wiem, co z Volterry pomogło zbudować nastrój, bo nie znam „dzieła”. Może uliczki i wszędobylskie zaułki?

Ciężkie drzwi kryjące tajemnicę?

To był drugi pobyt w Volterze (chyba taką pisownię przyjmę za słuszną), znowu nieplanowany, zostawiliśmy przewodnik w aucie, chcieliśmy tylko trochę pospacerować, żeby odreagować Livorno. Tak więc dokumentacja fotograficzna to taki zlepek oglądactwa niemający wiele wspólnego ze zwiedzaniem.
A żeby jeszcze lepiej się oddychało Volterrą zaczęliśmy od herbatki z rogalikiem pod piękną
lampą z alabastru.


No właśnie! Ponieważ miasto jest centrum alabastru, nie sposób nie wspomnieć o tym
niezwykłym minerale.


Tym razem weszliśmy tylko do jednego sklepu z wyrobami alabastrowymi, bynajmniej nie w celu nabycia drobiazgu. Zresztą tam akurat drobiazgów nie było, za to obok przykuwały uwagę otwarte drzwi zachęcające do zajrzenia. Mogliśmy więc zobaczyć dawny warsztat alabastru, albo skład złomu alabastrowego.

Typowych produktów nie sfotografowaliśmy, z zadziwieniem stanęliśmy przed witryną z takimi oto kosztownymi „gadżetami”. Ciekawe, czy to tylko wizytówka firmy, czy też znajdują się klienci na coś takiego?

Już prędzej bym kupiła wcale niealabastrowe kalosze. Smakowite, nieprawdaż?


Volterra słynie też z etruskich korzeni, tych nie trafiliśmy, poza sklepem inspirowanym sztuką etruską. Za to obejrzeliśmy sobie pozostałości rzymskiego amfiteatru. Musiało to być (nomen omen) spektakularne miejsce, mające za dekorację w tle łagodne toskańskie wzgórza.

No właśnie, czy one takie łagodne? Już wracając, inną drogą, niż przyjechaliśmy, mogliśmy przekonać się na własne oczy, że prawdę piszą przewodniki o erozyjnych wzgórzach wokół Volterry.

A na koniec spostrzeżenie o swoistej klamrze zamykającej dzień. Zaczął się on (nie licząc zwyczajnych poranności) od wcześniejszej Mszy z biskupem oraz potem jego wykładu rekolekcyjnego. To novum w parafii, bądź bardzo zapomniana aktywność. Podczas zwiedzania trafialiśmy czasem w kościołach na ogłoszenia o rekolekcjach, a więc znają tutaj tę formę, a więc niektórzy księża coś robią w Wielkim Poście, oprócz Drogi Krzyżowej. Krzysztof wpadł na pomysł, by zaprosić biskupa, mając nadzieję, że będzie to atrakcyjne dla Włochów tak lubiących splendor. A poza tym okazało się, że biskup jest faktycznie świetnym mówcą. Okazało się dla mnie, bo pierwszy raz go słuchałam. Jaki to ma związek z tym, co napisałam poprzednio? Gdzie tu klamra? Otóż nasz biskup, był przedtem biskupem … Volterry właśnie, a ja rankiem słuchając go nie pomyślałabym, że znajdę się jeszcze tego samego dnia w jego poprzedniej diecezji!

AAAA!!!
I jeszcze chciałam przeprosić za zabieranie drogocennego czasu moich drogich czytelników, nie obiecuję poprawy, gdyż Wasze słowa to miód na serce.

piątek, 13 marca 2009

DNIAKI POWSZEDNIAKI

A tak tylko na chwilę wdepnęłam, żeby nie było, że się obijam.
Dzisiaj od rana zakupowałam dając sobie radę z dwoma problemami z czytnikiem kodów paskowych.
Raz centralnie mi się zepsuł. Poszłam, pani w punkcie obsługi klienta zrobiła jakieś czary mary i gdy wzięłam z panelu nowy czytnik ten już wiedział co dotąd nabiłam.
Drugi problem to znowu woda. Tym razem pamiętałam, że mam wprowadzić kod sześciokrotnie, ale przy odczytywaniu tegoż mój czytnik zapiszczał i kazał mi o problemie pogadać z kasjerką. Zobaczyłam, że nic nie weszło na listę zakupów, więc wzięłam spokojnie jakąś pojedynczą butelkę i wprowadziłam cenę za cały pak. A pani kasjerka i tak zapytała, czy miałam jakieś problemy. Wytłumaczyłam jej mniej więcej, co zrobiłam, zostałam ogłoszona dzielną i dumna wyszłam z zakupami do domu.

A co do czasu, który raźno płynie, to dużą część spędziłam na eksperymentach świeczkowych. Nie jestem zwolennikiem świec o konkretnych kształtach, które się niszczą przez spalanie, ale musiałam popróbować. Bo jak wygląda aniołek z upaloną głowką? Co najmniej niesymetrycznie!
No i oto co wymądziłam:
A tu tak na zapas, bardziej klasycznie:

środa, 11 marca 2009

ZAŁĄCZNICZEK DO STINGOWEJ WYCIECZKI

Nie mój tekst, więc odsyłam tu
Spodobał mi się pomysł na nazwę wina w jednym z komentarzy: "Message In A Bottle"

KREATIV BLOGGER

Oto następna blogowa zabawa. Przyjemna, bo nazywa się nagrodą „Kreativ blogger”. Mnie nominował dudi, tym samym zabierając mi (chyba? niedouczona jestem) możliwość nominowania jego bloga, z chęcią bym dała nagrodę za kawał męskiego ciekawego świata.


No i tu rodzi się problem, bo nie jestem stałą czytelniczką blogów, ale gdy pomyślałam o wytypowaniu nagrody to przyszły mi na myśl trzy z różnych światów: majanowy za wpędzanie mnie w kompleksy, Asi (jedynej znanej mi osobiście) za przeurocze kochanie swojej rodziny oraz logosamicusa za to, że jest co czytać, a i dyskutować by się chciało, tylko Toskania nie pozwala, zabiera co się da z czasu mi darowanego. Ależ miłe to zabieranie :)


Zasady zabawy blogowej:
Jeśli chcemy, nie musimy, umieszczamy na swoim blogu logo Kreativ Blogger oraz informujemy, kto przyznał nam wyróżnienie. Nominujemy blogi i podajemy link do każdego z nich. Informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzu na jego blogu. Ot i cała filozofia :)

PS. Na razie nie udało mi się powiadomić logosamicusa, będę próbowała jutro.

I TAK I SIAK I OWAK

Tak sobie zasiedziałam, zawiośniłam porządkowo przez te trzy dni, że uzbierało się pisania. Poniedziałek i wtorek, na szczęście, nie obfitowały wielce w treść, bo czyż sprzątanie może być treścią? Do dobrej formy doprowadziłam w końcu pracownię, z rzadka używaną w sezonie zimowym, z powodu zimna. Teraz nawet dogrzewać nie musiałam wiele. Zaczęłam dziergać jakieś świeczki, ale o nich w przyszłości.
Dzisiejszy dzień od rana dwa różne światy. Krzysztof pojechał do chorych, ja na rynek do Pistoi. Gdyby nie to, że „Zapiski wiejskiego proboszcza” to po prostu smutna książka, tak nazwałabym proboszczowskie wizyty.
Zwłaszcza jedna była jak najbardziej wiejska. Rodzina chorej pokazała nawet swój kurnik. Opowiedziała o perypetiach z nim związanych. Parę dni po wprowadzeniu kur, pojawił się u nich tutejszy Sanepid z zapytaniem, czy mają pozwolenie, jak się zabezpieczają przed ptasią grypą itp. Chyba jakiemuś uczynnemu sąsiadowi kością w oku stało gdakanie grzebiących ptaków. Za to wesołe były dary (nie żeby zawsze były), które dostał Krzysztof w tym domu. Oczywiście jaja, mniej oczywista sałata i … kiwi z własnych drzew!
A ja buszowałam pomiędzy kramami. Jestem straszliwą niszczycielką papci i znowu nadeszła pora na następną parę. Wleciałam też w stoiska ciucholandowe, no i znalazłam chociaż trzy opakowania rudej farby do włosów. No z tą rudością to tutaj tragedia! Porządnej marchewki nie uświadczysz, a nie chcę uzależniać się od dostaw z Polski, więc poluję na jedyną "w miarę" farbę. Co się gdzieś pojawi, to znika.
Ale jakoś tak nie umiałam samymi zakupami się zająć. Weszłam więc do katedry i poszukałam jak największej ilości anielskich wizerunków.
Mają być komentarzem do komentarzy z poprzedniego wpisu.Otóż w moim odczuciu „Panis Angelicus” jest najpiękniejsza w tym wykonaniu. Muzykiem nie jestem, mogę więc kierować się własnym bezguściem.To ja wrzucam anioły a Wy zapodajcie sobie podkład.
Swoją drogą pomyślałam, ile może być tych skrzydlatych istot w jednej katedrze? Te poniższe to tylko część z pistojskiej Duomo. Rozejrzyjcie się po Waszych kościołach, ciekawe, ile naliczycie.