wtorek, 16 listopada 2010

CIĄGLE NIEPOWAŻNY

Oto sześciolatek o naturze kota, wszędobylski, tracący słuch, gdy coś nie leży w jego interesie, maniak obserwacji okiennych, zjadacz wszystkiego oprócz sałaty (nie wykluczać zużytego papieru ściernego, parafiny itp.), miłośnik obcych szczyn i co grubszych odchodów, chrapacz i bąkopuszczacz pospolity. Dziś są jego urodziny.

poniedziałek, 15 listopada 2010

UCHO ŁOSIA


Chyba straciłam umiejętność czytania ze zrozumieniem. Świadczyć o tym może ostatnia wyprawa do Florencji. Na bieżąco śledzę kilka blogów toskańskich dostarczających informacje o imprezach, miejscach, lokalach itp. Na jednym  z nich wypatrzyłam ciekawą akcję artystyczną mającą na celu umiejscowienie kopii naturalnej wielkości "Dawida" Michała Anioła w miejscach proponowanych za czasów powstania dzieła. Gratka, nieprawdaż? No, ale widać opis opisem a życie życiem. Nic takiego nie znaleźliśmy. Stwierdziliśmy więc, że nie interesują nas i inne punkty "Florens2010", przecież zawsze można pospacerować. Łaskawie nawet mżawka na ten czas ustąpiła, choć przyznacie, że konie w pelerynach i z parasolami wyglądają bardzo widowiskowo? Krzysztof nie może się opanować i zawsze podchodzi do nich sprawdzić aksamitność chrap. 
Ja wolałam skorzystać z oferty dwojga młodych ludzi, którzy chodzili po Piazza Signoria z napisami proponującymi przytulenie za darmo. Polecam wszystkim, działa znacznie lepiej od czekolady, która tego dnia kusiła, oj kusiła! I nie tylko czekolada. 
Ale o tym później, bo najpierw przecież zjedliśmy obiad. Nie mogę o tym nie wspomnieć, smaki stanowią zawsze dobre tło, no i bajecznie wprowadzają w odpowiedni dla Florencji nastrój. Daleko od parkingu nie szukaliśmy, więc zatrzymaliśmy się w restauracji-pizzerii "Lorenzo de' Medici". Okazało, się, że stoliki na zewnątrz, które nas przyciągnęły bliżej, ustawiono z tyłu lokalu, a my weszliśmy do niej mniej reprezentacyjnym wejściem, zaraz obok pieca pizzowego, przez co byliśmy zaskoczeni wielkością restauracji. Sala o przyjemnym wystroju tętniła życiem, kelnerzy uwijali się jak w ukropie. 
Większość klientów zamawiała pizzę, wyglądała bardzo smakowicie, ale myśmy skusili się na zestaw toskańskich przystawek (w tym crostini z pastą z czarnych oliwek), potem cannelloni nadziewane kurczakiem i polane ragù, następnie grillowane salsicie z oraz polędwica wołowa z zielonym pieprzem. Oczywiście nie mnóżcie tego razy dwa, ledwie zjedliśmy we dwoje po jednej potrawie tu wymienionej, w czym nam wyśmienicie pomogło wino. Krzysztof nawet jeszcze poprosił o Unicum, ja jakoś do gorzkiego nie mogę się przekonać. 
Skoro więc już znaleźliśmy się we Florencji to uskuteczniliśmy krótki spacer zakończony tragedią dla mnie. Na Piazza della Repubblica z okazji biennale enogastronomicznego rozsiadły się kramy z takimi pysznościami, że jęczałam, bo właśnie zaczęłam robić w moim organizmie miejsce na Boże Narodzenie (że tak eufemistycznie nazwę bezsłodyczową dietę). Może raźniej mi będzie, gdy pojęczycie ze mną? 
I jeszcze parę migawek z niedzielnego popołudnia ciągle zagrożonego deszczem, zauważcie, że w oko wpadły mi następne obiekty do kolekcji.
Jakżeż inaczej wygląda rysunek wykonany wprost na ulicy. Właściwie to już niemal akwarela. 
Ciekawy jest zamysł towarzyszący twórcom tego typu kopii. Poszli w ślady średniowiecznych pielgrzymów, którzy często zostawiali na podłodze ślady w postaci portretów Madonny. Nazywają się więc Madonnari, a ulice są ich blejtramami. A jak malują, zajrzyjcie do ich galerii. 
Na koniec wytłumaczenie tytułu. Otóż nie ma on żadnego związku treściowego z wpisem. Czasami Krzysztof przerzuca zdjęcia nadając folderom swoiste nazwy typu "aaa" lub "aaaaa". Poprosiłam go o coś bardziej charakterystycznego, no i mam "ucho łosia", piękneż?

sobota, 13 listopada 2010

ZA GÓRAMI, ZA GÓRAMI, ZA SIEDMIOMA WZGÓRZAMI

We wtorek byliśmy z wizytą u księdza Jarosława w Pavanie. Jechaliśmy w deszczu, ale na chwilę po obiedzie niebo okazało się nam łaskawe. Nareszcie mogłam więc zobaczyć Sambucę, niedaleko położoną. Auto zostawiliśmy pod Sanktuarium Madonny od Lilii, gdzie nawet na chwilę zajrzeliśmy.

Do osady pozamkowej nie można dojechać, bo zachowała swój średniowieczny układ.
Domy na różnych poziomach, nie zorientowałam się ilu. Raz jesteś pod jakimś budynkiem, potem zaglądasz na jego dach.
Na przechodnia spoglądają za to nietypowe okna w nietypowym miejscu.
Wszystko spinają wąskie uliczki. Stałym mieszkańców dwóch, trochę więcej ludzi pojawia się latem i w weekendy.
Ewidentnie widać pozycję strategiczną tej dawnej domeny biskupiej z X wieku. Górując nad przełęczą można było mieć pełną kontrolę nad ruchem między Pistoią a Bolonią. Ale wzrok to musieli mieć sokoli tamtejsi strażnicy! O posiadanie lornetek ich nie podejrzewam. W XIII wieku Bolonia przejęła zamek, wykorzystując walki pomiędzy Florencją a Pistoią. Ano, gdzie dwóch się bije, tam trzeci ma zamek. Historia wraz z wiekami  oczywiście tylko się komplikowała. a to znowu pod władaniem Pistoi, a to sprzedaż w ręce rodu Tedice, potem następnej, potem zamek zagarnęli sobie Visconti, potem ..., potem ....
No i mamy ruiny wraz z niemal zupełnie opuszczonym podzamczem.
Do kościoła nie udało nam się zajrzeć. Zastaliśmy za to dwoje innych otwartych wejść. Jedno na ... cmentarz.
Nie jest wielce stary, nie wiem, gdzie chowano poprzednich mieszkańców castello. Ten powstał w XIX wieku. Można by rzec: no coś zwykły cmentarz. Ale żeby można było chować tam zmarłych trzeba było nawieźć mnóstwo ziemi. Tirów nie było, uruchomcie więc wyobraźnię i zobaczcie ludzi, którzy na własnych plecach, albo na grzbietach osiołków przynieśli tyle ziemi, że zakryli skalisty szczyt.
Drugie otwarte wejście było z pozoru skromne, ale kryło za sobą niezwykłe miejsce. Otóż tędy wiódł stary szlak pielgrzymi Via Francigena, wiodący z Canterbury do Rzymu. Obecnie próbuje się go przywrócić do życia. Pewnie marzeniem jest, by wyglądało to jak na cammino Santiago de Compostela. Spotkałam już kilka przedsięwzięć upamiętniających istnienie Via Francigeny, ale pielgrzymów niewielu. Za to już wiem, gdzie może spocząć utrudzony pielgrzym. Za drzwiami, tylko przymkniętymi, kryje się noclegownia. Hmm, jak właściwie nazwać takie miejsce? Schronisko? Jedno pomieszczenie ma czynny kominek, oczywiście czynny, jeśli się przyniesie tam drewno. Jest tam też stół. W drugim tylko ściany, ale jest gdzie materac rozłożyć. No i jest łazienka. Czysta, schludna. Tylko zapomniałam sprawdzić, czy utrudzony pielgrzym będzie miał luksus w postaci ciepłej wody. Przemiły pomysł. I te ślady zapisane przez gości. A gdzieś nad wszystkim w małym okienku wiekowa pajęczyna.
Pogoda jednak przestała nam sprzyjać, zdążyłam tylko przyjrzeć się kilku przeciekawym kominom.
W strugach deszczu dotarliśmy do auta, potem do domu. Trudny to czas dla turystów "plenerowych", za to wybitnie muzealny.

środa, 10 listopada 2010

W KOŃCU SKOŃCZYŁAM!

Ufff! To właściwie też skutki pochorobowe, bo gdyby nie zarazki, to bym już dawno skończyła realizować zamówienie. Na szczęście kolega akurat o ten tydzień przełożył wyjazd do Polski. Cieszę się, że zdążyłam. Teraz czekam na akceptację zamawiających.
Nie pokazuję wszystkich świec, bo część wzorów już znacie na pewno, przyznam, że cieszą się wielkim powodzeniem.
Niektóre świece miały mieć określoną kolorystykę czy też motyw, kształt.
Świece pasiaste  i białego anioła na fioletowym tle zrobiłam poza zamówieniem, taki zapas zawsze się przydaje na Święta, prezenciki w odwodzie.
Zapraszam do oglądania:



poniedziałek, 8 listopada 2010

POZOSTAŁOŚĆ PO CHOROBIE

Ta pozostałość nie ma konkretnego przeznaczenia. 
Ćwiczyłam tym razem na desce, widać jak faktura drewna miesza w obrazie, można to odczytać jako zaletę lub nie.Tak jak i poprzednio chodziło mi też o aureolę. Okazało się, że w drewnie dużo trudniej się wierci niż w dachówce, ma o  wiele mniej równą strukturę niż wypalona glina. Już wiem, co mam zrobić na przyszłość. Aaaaa i jeszcze nurtowało mnie zestawienie różu z zielenią jako cieniem. Coś już wiem.
Całość to farby akrylowe, folia pozłotnicza na desce o wymiarach 20 x 29 cm.


A tak przy okazji. Pamiętacie piosenkę "Narysuję dla Ciebie aniołka" Agaty Budzyńskiej? Tak jakoś mnie cofnęło w dawne lata.




niedziela, 7 listopada 2010

ZIELEŃ ORNATOWA

Jest taka?
Otóż okazało się, że tak.
W sobotę odbyła się parafialna kolacja, na którą zaproszono wszystkie osoby, które pomagały przy organizacji październikowej festy. Z przydziału obowiązków mnie przypadło strojenie stołów. Ufff! Dobrze, że nie gotowanie. Problemem były naczynia jednorazowe, nie znoszę ich. Ale skoro już mają być, to czemu nie kolorowe? A jakie barwy? I co żywego położyć na stołach? Listopad to sezon na oliwki oraz kaki. To drugie drzwo w tym roku słabo obrodziło, więc pomarańczowe kule odpadły. Zostały oliwki. w ogrodzie mamy jedno owocujące drzewo. A że nie będziemy z niego wyciskać oliwy, może trochę zaprawię w słoiki, więc spokojnie naścinaliśmy gałęzi.
Po jednorazowce pojechał Krzysztof. stanął w sklepie i nie wiedział, co wybrać, więc ucięliśmy sobie konferencję telefoniczną. Obrus najpierw miał byc pomarańczowy, ale nie było ponoć ciekawych talerzy.
- No to może zielony obrus?
- Jest.
Pytam:
- Jaki odcień, czego najbliższy?
- No, mojego ornatu - odpowiada Krzysztof.
I tak oto po całym popołudniu spędzonym w circolo wymodziłam papierowymi serwetkami, oliwkami w przezroczystych kubkach sześć stołów na 60 osób. Obawiałam się, czy nie zostanę wyklęta za użycie skarbu Toskanii jako elementu wystroju. Okazało się, że bardzo ich tym chwyciłam za serca.
Kolacja była wspaniała i w przemiłej atmosferze. Uśmiałam się jak łysa norka.
Najpierw (jeszcze przed posiłkiem) długa rozmowa z 80 letnim Dino. Między innymi zeszło na miasta w Polsce, gdzieś po drodze pojawiła się Częstochowa. Gdy opowiedziałam memu rozmówcy o pieszych pielgrzymkach z Gorzowa czy też z Warszawy (w których oczywiście uczestniczyłam), to wytrzeszczył na mnie oczy i się zapytał, czy w Polsce żyją atleci?
Podczas kolacji usiadłam przy Pauli - autorce płaszcza dla Madonny. Bardzo się lubimy. Paula poszła w zawody z pysznym menu: crostini różnego rodzaju, finocchiona, polenta z ostrym sosem, zuppa di pane , mięso ze szpinakiem i oszałamiające słodkości, takie jak tiramisu mocno kawowe, amaretii z mascarpone obtoczone wiórkami kokosowymi, ptysiowe ciasto z bitą śmietaną,, biszkopt z jagodami, murzynek z orzechami - ech! Nie myślcie, że dałam radę wszystkiemu, jak zawsze wyszłam z żalem, że nie mogłam spróbować wszystkiego, ale pojemność mojego żołądka wieczorem nie jest przystosowana do jakichkolwiek posiłków. A tutaj dodatkowo mam olbrzymią słodycz w sercu. Otóż wspomniałam, że Paula poszła w zawody z menu, gdyż złożyła mi propozycję nie do odrzucenia. Otóż chce mi coś uszyć. Cokolwiek zechcę. Zabierze mnie też do dobrego sklepu z tkaninami. No i mam zagwozdkę! Co ja mam chcieć?
Na koniec kolacji kilka kobiet prosiło mnie o nauczenie składania serwetek, co z chęcią uczyniłam, a one zaczęły się podmawiać, żebym im jakiś kurs strojenia zrobiła. Kto wie? Może kiedyś?
Tymczasem zapraszam do circolo na chwilę prze kolacją. Sama lecę myśleć nad fatałaszkiem - taka baba ze mnie :)

sobota, 6 listopada 2010

OBJAWY NIESWOISTE

Każda choroba ma swoje konkretne objawy. Ta  była trochę dziwna, jak na przeziębienie. Oprócz jeżozwierza w gardle, przysiadł potem na mnie hipopotam i nie chciał pozwolić na swobodne poruszanie się pomiędzy mieszkaniem a pracownią. Przechytrzyłam bestię i zniosłam na dół pędzle oraz farby i, nie wykazując zbyt wielkiej ruchliwości, malowałam całymi godzinami.
Dzisiaj prezentuję św. Józefa na wypukłej dachówce. Jest to mój prezent dla chrześniaka z okazji bierzmowania, na którym przyjął za patrona właśnie świętego cieślę. Mam nadzieję, że mu się spodoba, gdy do niego dotrze po 14 listopada, bo ja nijak nie miałam okazji się pojawić na uroczystości. Przy okazji (dosłownie) wierciłam temat wzorzystych aureoli. Długa droga przede mną.