Dawno nie dłubałam dekupażowo. W końcu jednak mogłam odwdzięczyć się Kasi za zrobioną mi biżuterię. To był jej pomysł, by ozdobić drewniane segregatory według wzoru znalezionego wśród moich starych prac. Ściśle ustaliłyśmy motywy, czyli mlecze, słoneczniki cyprysy oraz ciepłą tonację. Miało być toskańsko. Całość najpierw okleiłam ulubionym papierem zakupionym w papierniczym sklepie przy muzeum Leonarda w Vinci. To jego zapiski i szkice.
W końcu udało mi się zapamiętać, by zrobić zdjęcia przed lakierowaniem. Mniej problemów z blikami. Chociaż lakier dałam satynowy, ale wolałam nie ryzykowac z odbiciami.
wtorek, 15 października 2013
niedziela, 13 października 2013
Z TAJNIKÓW ELIZY
Jestem przekonana, że żaden przepis podany pisemnie nie odzwierciedli tego, czego można nauczyć się oglądając Elizę w akcji. Zapewne długo też będzie trwało nim wypróbuję wszystkie poznane potrawy. Pomyślałam jednak, by zdradzić Wam pewien sekretny sposób na smaczne mięsa, pieczone kartofle, czy inne smakowitości.
Otóż jest to aromatyzowana sól.
Proporcje są mniej więcej.
1 kg drobnej soli
2 główki czosnku
szałwia, rozmaryn - pełna micha, wolę przewagę rozmarynu, szałwia jest zbyt "perfumowata"
skórka z jednej cytryny
Wszystkie składniki bardzo drobno posiekać i wymieszać z solą. Dobrze tnie się je w malakserze, ale wszystkie razem. Docinałam rozmaryn i musiałam siekać ręcznie, malakser nie dawał rady rozdrobnić samego rozmarynu, chyba jest za suchy.
Otóż jest to aromatyzowana sól.
Proporcje są mniej więcej.
1 kg drobnej soli
2 główki czosnku
szałwia, rozmaryn - pełna micha, wolę przewagę rozmarynu, szałwia jest zbyt "perfumowata"
skórka z jednej cytryny
Wszystkie składniki bardzo drobno posiekać i wymieszać z solą. Dobrze tnie się je w malakserze, ale wszystkie razem. Docinałam rozmaryn i musiałam siekać ręcznie, malakser nie dawał rady rozdrobnić samego rozmarynu, chyba jest za suchy.
Sól należy przechowywać szczelnie zamkniętą, w pokojowej temperaturze.
sobota, 12 października 2013
POKŁON
Tydzień temu byłam na wykładzie we Florencji (wkrótce na blogu), zmokłam przeraźliwie, więc złapałam bakcyla. Dosłownie.
Bakcyl był dziwny i rzucił mi się głównie na siły motoryczne, siedziałam więc i rysowałam.
Bakcyl był dziwny i rzucił mi się głównie na siły motoryczne, siedziałam więc i rysowałam.
| Idąc ulicami prowadzącymi do Florenckiego Duomo, ma się wrażenie, że domy składają pokłon tej niezwykłej świątyni. |
wtorek, 8 października 2013
KALENDARZ NA 2014 ROK
Jeszcze przed kursem gotowania skończyłam projekt nowego kalendarza. Tym razem malowałam jedynie okładkę, a reszta to obróbka komputerowa, gdyż tematem każdego miesiąca jest kapliczka znaleziona na ścianie domu z terenu naszej parafii.
Była to dobra okazja, bym w końcu poznała dokładnie jej zasięg. Prowadził Krzysztof, kto inny lepiej zna całą parafię? Chociaż, okazało się, że nawet on był zaskoczony liczbą odnalezionych kapliczek. Gdy wyruszaliśmy na objazd, był przekonany, że znajdziemy cztery takie obiekty. Ha! Może jeszcze kiedyś zrobimy kalendarz o takiej tematyce? Materiału wystarczyłoby nawet na dwa.
Najpierw, chyba, wszystkie kapliczki z parafii San Pantaleo:
Ugięłam się pod zapotrzebowaniem na użyteczność - czyli wprowadziłam miejsca na zapiski.
Rzutem na taśmę, w piątek z drukarni wyszła pierwsza partia kalendarzy. Dzięki uprzejmości Maszki kilkanaście sztuk powędrowało już do Polski.
Chętne osoby proszę o kontakt poprzez formularz z prawej kolumny, wyjaśnię zasady nabycia kalendarza.
Była to dobra okazja, bym w końcu poznała dokładnie jej zasięg. Prowadził Krzysztof, kto inny lepiej zna całą parafię? Chociaż, okazało się, że nawet on był zaskoczony liczbą odnalezionych kapliczek. Gdy wyruszaliśmy na objazd, był przekonany, że znajdziemy cztery takie obiekty. Ha! Może jeszcze kiedyś zrobimy kalendarz o takiej tematyce? Materiału wystarczyłoby nawet na dwa.
Najpierw, chyba, wszystkie kapliczki z parafii San Pantaleo:
A oto wybór w oprawie:
Ugięłam się pod zapotrzebowaniem na użyteczność - czyli wprowadziłam miejsca na zapiski.
Rzutem na taśmę, w piątek z drukarni wyszła pierwsza partia kalendarzy. Dzięki uprzejmości Maszki kilkanaście sztuk powędrowało już do Polski.
Chętne osoby proszę o kontakt poprzez formularz z prawej kolumny, wyjaśnię zasady nabycia kalendarza.
poniedziałek, 7 października 2013
WYBRANE
niedziela, 6 października 2013
NAJPIERW DEGUSTACJA, A POTEM SZAŁ!
Drugie moje warsztaty w tym roku, jako uczestnika.
Inna dziedzina, inny sposób prowadzenia, inne lokum, ale ten sam stan wielkiego zadowolenia po zakończeniu.
Miałam o tyle dobrze, że miejsce akcji było o rzut beretem od domu, odpadły inne koszty, jednak porównałam sobie propozycję Joanny z różnymi cenami proponowanymi za kurs gotowania, nie znalazłam nigdzie tak atrakcyjnej oferty. Zazwyczaj godzina nauki kosztuje tyle, co kurs, z którego skorzystałam.
Goście z Polski, mieli zapewniony nocleg w budzącym moją lekką zazdrość gospodarstwie.
Asia zaplanowała też zwiedzanie Florencji, degustację win, pyszne kolacje i oczywiście kurs.
Od czego zacząć?
Inna dziedzina, inny sposób prowadzenia, inne lokum, ale ten sam stan wielkiego zadowolenia po zakończeniu.
Miałam o tyle dobrze, że miejsce akcji było o rzut beretem od domu, odpadły inne koszty, jednak porównałam sobie propozycję Joanny z różnymi cenami proponowanymi za kurs gotowania, nie znalazłam nigdzie tak atrakcyjnej oferty. Zazwyczaj godzina nauki kosztuje tyle, co kurs, z którego skorzystałam.
Goście z Polski, mieli zapewniony nocleg w budzącym moją lekką zazdrość gospodarstwie.
Asia zaplanowała też zwiedzanie Florencji, degustację win, pyszne kolacje i oczywiście kurs.
Od czego zacząć?
Od smakowania!
Przecież musimy wiedzieć, w co się "władowałyśmy" :)
Dobrze pomyślane, Asiu!
Zanim zaczęłyśmy zdobywać niezbędną wiedzę i umiejętności, by zabłysnąć w domu kuchnią toskańską, dwa razy spotkałyśmy się (właściwie to spotkaliśmy się, bo było i dodatkowe męskie towarzystwo, niebiorące udziału w samym kursie) przy posiłku.
Najpierw była to kolacja na miejscu zamieszkania uczestniczek kursu.
Co ważniejsze, kolacja została przygotowana przez prowadzącą - Elisę, mogłyśmy więc przekonać się, na jakim poziomie są gotowane przez nią potrawy. Jej kuchnia cieszy się wielkim uznaniem. Jedyny zarzut, z jakim spotkałam się na tripadvisor, to ten że to kuchnia domowa! Ha!
Tego samego dnia pewna grupa obchodziła właśnie w tym miejscu urodziny, była też ekpia gości chyba chrzcielnych, kilkoro turystów i nasza "kulinarna zgraja". Raczej nie męczyli się "domowością" posiłku. Nie czekajcie, że ktoś Wam pokaże menu. Cena jest z góry ustalona, a je się to, co danego dnia serwuje szef kuchni.
Co ważniejsze, kolacja została przygotowana przez prowadzącą - Elisę, mogłyśmy więc przekonać się, na jakim poziomie są gotowane przez nią potrawy. Jej kuchnia cieszy się wielkim uznaniem. Jedyny zarzut, z jakim spotkałam się na tripadvisor, to ten że to kuchnia domowa! Ha!
Tego samego dnia pewna grupa obchodziła właśnie w tym miejscu urodziny, była też ekpia gości chyba chrzcielnych, kilkoro turystów i nasza "kulinarna zgraja". Raczej nie męczyli się "domowością" posiłku. Nie czekajcie, że ktoś Wam pokaże menu. Cena jest z góry ustalona, a je się to, co danego dnia serwuje szef kuchni.
Już wśród przystawek pojawiły się niezwykłe pyszności. Crostini z sosem majonezowym, nazwanym przez Elisę "letnim" oraz absolutnie dla mnie niezwykłe ze względu na niewielkie uczucia, jakimi darzę trufle, kanapki z serkiem, szynką i oliwą truflową. Ja to z zachwytem zjadłam? Więcej, po kursie kupiłam taką oliwę!
Nie mogło zabraknąć makaronów i mięs. A na deser ciepłe pączki, na które przepis potem poznałyśmy, a które pojawiają się w niemal każdej opinii klientów na tripadvisor.
Joanna przywitała uczestniczki bordowymi fartuchami z logo jej firmy oraz naszymi imionami. Do tego własnoręcznie przez nią wykonanym notatnikiem z krótkimi informacjami turystycznym i miejscem na zapiski.
Tylko kto by pomyślał, że poznamy dużo więcej potraw, niż obiecała Asi Elisa? Z moimi kulfonami szybko zabrakło miejsca.
Ale zanim ...
Była wolna niedziela, a ja obiecałam pewnej miłej osobie, że jej pokażę, Bramasole - dom, którego posiadaczką była kiedyś Frances Mayes. Skoro Bramasole - to Cortona. Wybrali się wszyscy, łącznie z jedynym rodzynkiem, towarzyszącym swojej żonie.
Dojechaliśmy niemal w porze obiadowej, więc ...
Po wieczornej kolacji z poprzedniego dnia, posiłek był skromny - dominowały zupy i makarony.
Mniejszymi grupkami ruszyliśmy na spacer, niestety, dość krótki, gdyż zagrzmiało, błysnęło i lunęło.
Schroniłyśmy się w barze, gdzie czas oczekiwania na godzinę zbiórki umilałyśmy sobie rozmowami przy kawie, herbacie i słodkościach.
Najtrudniejsze okazało się dotrzymanie słowa. GPS zwariował, prowadził nas tak wąskimi drogami, że myślałam jednak o wynalezieniu pionowego startu. W końcu zrobiliśmy pętlę i ponownie dojechaliśmy do bram miasta. Postanowiłam, że jednak pewniejszy jest dojazd od strony Sanktuarium. W naszym samochodzie ciągle rozlegał się chichot, a Joanna wróżyła, że gdy zajedziemy na miejsce, zobaczymy dźwig.
Cha! Cha! Cha!
Turlałam się pod parasolką ze śmiechu, gdy naszym oczom ukazał się taki oto widok na Bramasole - obecnie nazywanym Villa Laura.
O samej Cortonie mam zamiar napisać w trochę innym kontekście, więc wybaczcie, że tak niewiele.
Może na razie następna kolekcja kominów?
A potem jeszcze wydłużyła się nam podróż, bo informacje na autostradowych tablicach donosiły wieści o 10 km korku. Nic straconego, przez Chianti świetnie się jedzie, a nasz miły kierowca bardzo sobie chwalił piękną trasę.
Następny dzień jeszcze straszył deszczem. W planach była degustacja w winnicy, gdzie już byłam wiele razy, więc zostałam w domu i ratowałam ogród przed całkowitym zarośnięciem.
We wtorek wyszło słońce, jak na zamówienie, częśc ekipy leżakowała nad basenem, a popołudniem pojechali zwiedzać Florencję.
Grupę oprowadzała Anna Młotkowska (zupełnie nieoczekiwanie zrobiła to o godzinę dłużej - farciarze!), Joanna i ja, wraz z Krzysztofem, wybraliśmy się w tym czasie na wystawę impresjonistów w Palazzo Pitti. Od nich zaczęła się moja miłość do sztuki, więc musiałam sprawdzić, czy nie zardzewiała. Niestety, pokryła się szlachetną patyną sentymentu, bo zachwytem zawładnęły starsze dzieła i ciągle mi stawały przed oczami, nawet gdy ja stawałam przed takimi nazwiskami jak Renoir, czy Cezanne.
Wieczorem wszyscy spotkaliśmy się na kolacji w świetnie opisanej przez Joannę restauracji.
Faktycznie, jedzenie wyborne. Zaskoczyła mnie pappa al pomodoro, którą dotąd nie byłam zachwycona. Bliska byłam spróbowania flaków po florencku, hmm, jeszcze nie nadszedł na nie czas.
W ogóle to tylko próbowałam, mając na względzie, że zazwyczaj nie jem kolacji. Nie oparłam się jednak chociaż plastrowi bistecca alla fiorentina. Tak krwistej nigdy nie jadłam. Okazało się, że gdy wyłączyłam lekki opór, rozsmakowałam się w zestawieniu chrupkiej otoczki ze słodkim i aksamitnym wnętrzem.
Udało mi się zatrzymać na kosztowaniu potraw, więc w miarę dobrze przespałam noc i w środę mogłam z zapałem ruszyć na popołudniowe warsztaty.
Na temat zajęć mogłabym pisać peany, długie, długaśne.
Nie podzielę ich na trzy osobne dni.
Nie opiszę wszystkich potraw.
Spodziewałam się chyba bardziej czegoś w rodzaju szkółki, a uczestniczyłam w symfonii, czasami będąc jej wykonawcą. Myślałam, że będziemy mozolnie wykonywać poszczególne potrawy, ale jak? To nie była kuchnia z programów typu master chef.
Było nas 9 kobiet, plus Asia tłumaczka, no i drobniutka Elisa - królowa! Elisa, która wpuściła nas do swojego królestwa i szczodrze w nim gościła.
Reagowała szybko na każde pytanie, każde zaciekawienie, dodawała sobie pracy, dodawała potrawy, wyszło ich około 20. Do tego jeszcze doliczcie wariacje.
Każdy, kto chciał, mógł czynnie uczestniczyć w powstawaniu dania, ale można też było być tylko obserwatorem. Myślę, że nikt nie czuł się do niczego przymuszony.
Dwoiłam się i troiłam, by robić zdjęcia, zapisywać wszystko szczegółowo, zapytać w razie wątpliwości, spróbować coś pokroić, rozwałkować, zamieszać.
Każda powstała potrawa została przez nas skosztowana. Dodajcie to tego jeszcze absolutnie nieprzewidzianą programem kawę, prosecco w chwili przerwy.
Nie zostawałyśmy z Asią na kolacjach, bo chyba byśmy skonały, a odmówienie sobie pyszności przechodziło nasze możliwości.
Teraz pozostaje mi samej, we własnej kuchni, wykonywać poznane potrawy.
Jednego dnia wybrałyśmy się z niektórymi dziewczynami do lokalnej palarni kawy oraz sklepu ze szkłem. O tym drugim już pisałam, a palarnia jest bardzo blisko od mojego domu, w niej kupuję kawę dla Krzysztofa, lecz nie mam pojęcia, czy najlepszą, bo zawsze jest to 100% arabica, najsłodsza (tak określa ją sprzedawca). Sama z rzadka piję, ale w niedzielę, przed wyjazdem do Cortony, gościłam większość kursowej ekipy i kawa bardzo im smakowała, więc chyba warta polecenia, mimo mało włoskiej nazwy New York.
Ah! Zupełnie zapomniałabym dodać, że w ramach kursu spotkałyśmy się z Elisą na rynku, by nam pomogła kupić interesujące nas produkty.
Kupiła też cardo, którym kilka z nas się zainteresowało. Jeszcze tego samego dnia pokazała nam, jak można je podawać. Akurat tą potrawą nie byłyśmy zachwycone, choć od razu poznałyśmy wersję panierki użytej do cardo w zestawieniu z cukinią i prawdziwkami. To było to!
"To było to!" - mogę też ze spokojnym sumieniem napisać o kursie. Jako były belfer doceniłam dar Elisy, jej cierpliwość w opisie wykonania potrawy, tłumaczeniu, co i jak się robi, i dlaczego. Zdradziła nam swoje kulinarne sekrety, a wszystko to z uśmiechem i pasją.
Dodatkowo jestem dumna, że to wszystko zorganizowała moja przyjaciółka - Joanna z VisiToscana.
I nie traktujcie tego wpisu jako kryptoreklamy. Ja otwarcie reklamuję kurs, bo wart dużo większych pieniędzy, a Asia jako organizator spisała się wybitnie.
Nie mogło zabraknąć makaronów i mięs. A na deser ciepłe pączki, na które przepis potem poznałyśmy, a które pojawiają się w niemal każdej opinii klientów na tripadvisor.
Joanna przywitała uczestniczki bordowymi fartuchami z logo jej firmy oraz naszymi imionami. Do tego własnoręcznie przez nią wykonanym notatnikiem z krótkimi informacjami turystycznym i miejscem na zapiski.
Tylko kto by pomyślał, że poznamy dużo więcej potraw, niż obiecała Asi Elisa? Z moimi kulfonami szybko zabrakło miejsca.
Ale zanim ...
Była wolna niedziela, a ja obiecałam pewnej miłej osobie, że jej pokażę, Bramasole - dom, którego posiadaczką była kiedyś Frances Mayes. Skoro Bramasole - to Cortona. Wybrali się wszyscy, łącznie z jedynym rodzynkiem, towarzyszącym swojej żonie.
Dojechaliśmy niemal w porze obiadowej, więc ...
Po wieczornej kolacji z poprzedniego dnia, posiłek był skromny - dominowały zupy i makarony.
Mniejszymi grupkami ruszyliśmy na spacer, niestety, dość krótki, gdyż zagrzmiało, błysnęło i lunęło.
Najtrudniejsze okazało się dotrzymanie słowa. GPS zwariował, prowadził nas tak wąskimi drogami, że myślałam jednak o wynalezieniu pionowego startu. W końcu zrobiliśmy pętlę i ponownie dojechaliśmy do bram miasta. Postanowiłam, że jednak pewniejszy jest dojazd od strony Sanktuarium. W naszym samochodzie ciągle rozlegał się chichot, a Joanna wróżyła, że gdy zajedziemy na miejsce, zobaczymy dźwig.
Cha! Cha! Cha!
Turlałam się pod parasolką ze śmiechu, gdy naszym oczom ukazał się taki oto widok na Bramasole - obecnie nazywanym Villa Laura.
O samej Cortonie mam zamiar napisać w trochę innym kontekście, więc wybaczcie, że tak niewiele.
Może na razie następna kolekcja kominów?
A potem jeszcze wydłużyła się nam podróż, bo informacje na autostradowych tablicach donosiły wieści o 10 km korku. Nic straconego, przez Chianti świetnie się jedzie, a nasz miły kierowca bardzo sobie chwalił piękną trasę.
Następny dzień jeszcze straszył deszczem. W planach była degustacja w winnicy, gdzie już byłam wiele razy, więc zostałam w domu i ratowałam ogród przed całkowitym zarośnięciem.
We wtorek wyszło słońce, jak na zamówienie, częśc ekipy leżakowała nad basenem, a popołudniem pojechali zwiedzać Florencję.
Grupę oprowadzała Anna Młotkowska (zupełnie nieoczekiwanie zrobiła to o godzinę dłużej - farciarze!), Joanna i ja, wraz z Krzysztofem, wybraliśmy się w tym czasie na wystawę impresjonistów w Palazzo Pitti. Od nich zaczęła się moja miłość do sztuki, więc musiałam sprawdzić, czy nie zardzewiała. Niestety, pokryła się szlachetną patyną sentymentu, bo zachwytem zawładnęły starsze dzieła i ciągle mi stawały przed oczami, nawet gdy ja stawałam przed takimi nazwiskami jak Renoir, czy Cezanne.
Wieczorem wszyscy spotkaliśmy się na kolacji w świetnie opisanej przez Joannę restauracji.
Faktycznie, jedzenie wyborne. Zaskoczyła mnie pappa al pomodoro, którą dotąd nie byłam zachwycona. Bliska byłam spróbowania flaków po florencku, hmm, jeszcze nie nadszedł na nie czas.
W ogóle to tylko próbowałam, mając na względzie, że zazwyczaj nie jem kolacji. Nie oparłam się jednak chociaż plastrowi bistecca alla fiorentina. Tak krwistej nigdy nie jadłam. Okazało się, że gdy wyłączyłam lekki opór, rozsmakowałam się w zestawieniu chrupkiej otoczki ze słodkim i aksamitnym wnętrzem.
Udało mi się zatrzymać na kosztowaniu potraw, więc w miarę dobrze przespałam noc i w środę mogłam z zapałem ruszyć na popołudniowe warsztaty.
Na temat zajęć mogłabym pisać peany, długie, długaśne.
Nie podzielę ich na trzy osobne dni.
Nie opiszę wszystkich potraw.
Spodziewałam się chyba bardziej czegoś w rodzaju szkółki, a uczestniczyłam w symfonii, czasami będąc jej wykonawcą. Myślałam, że będziemy mozolnie wykonywać poszczególne potrawy, ale jak? To nie była kuchnia z programów typu master chef.
Było nas 9 kobiet, plus Asia tłumaczka, no i drobniutka Elisa - królowa! Elisa, która wpuściła nas do swojego królestwa i szczodrze w nim gościła.
Reagowała szybko na każde pytanie, każde zaciekawienie, dodawała sobie pracy, dodawała potrawy, wyszło ich około 20. Do tego jeszcze doliczcie wariacje.
Każdy, kto chciał, mógł czynnie uczestniczyć w powstawaniu dania, ale można też było być tylko obserwatorem. Myślę, że nikt nie czuł się do niczego przymuszony.
Dwoiłam się i troiłam, by robić zdjęcia, zapisywać wszystko szczegółowo, zapytać w razie wątpliwości, spróbować coś pokroić, rozwałkować, zamieszać.
Każda powstała potrawa została przez nas skosztowana. Dodajcie to tego jeszcze absolutnie nieprzewidzianą programem kawę, prosecco w chwili przerwy.
Nie zostawałyśmy z Asią na kolacjach, bo chyba byśmy skonały, a odmówienie sobie pyszności przechodziło nasze możliwości.
Teraz pozostaje mi samej, we własnej kuchni, wykonywać poznane potrawy.
Jednego dnia wybrałyśmy się z niektórymi dziewczynami do lokalnej palarni kawy oraz sklepu ze szkłem. O tym drugim już pisałam, a palarnia jest bardzo blisko od mojego domu, w niej kupuję kawę dla Krzysztofa, lecz nie mam pojęcia, czy najlepszą, bo zawsze jest to 100% arabica, najsłodsza (tak określa ją sprzedawca). Sama z rzadka piję, ale w niedzielę, przed wyjazdem do Cortony, gościłam większość kursowej ekipy i kawa bardzo im smakowała, więc chyba warta polecenia, mimo mało włoskiej nazwy New York.
Ah! Zupełnie zapomniałabym dodać, że w ramach kursu spotkałyśmy się z Elisą na rynku, by nam pomogła kupić interesujące nas produkty.
Kupiła też cardo, którym kilka z nas się zainteresowało. Jeszcze tego samego dnia pokazała nam, jak można je podawać. Akurat tą potrawą nie byłyśmy zachwycone, choć od razu poznałyśmy wersję panierki użytej do cardo w zestawieniu z cukinią i prawdziwkami. To było to!
"To było to!" - mogę też ze spokojnym sumieniem napisać o kursie. Jako były belfer doceniłam dar Elisy, jej cierpliwość w opisie wykonania potrawy, tłumaczeniu, co i jak się robi, i dlaczego. Zdradziła nam swoje kulinarne sekrety, a wszystko to z uśmiechem i pasją.
Dodatkowo jestem dumna, że to wszystko zorganizowała moja przyjaciółka - Joanna z VisiToscana.
I nie traktujcie tego wpisu jako kryptoreklamy. Ja otwarcie reklamuję kurs, bo wart dużo większych pieniędzy, a Asia jako organizator spisała się wybitnie.
Etykiety:
Cortona,
jadło,
kurs kulinarny,
toskańska kuchnia
środa, 2 października 2013
OD DONATELLA DO LIPPIEGO
Daleko nie mieliśmy. Choć zachodziła obawa, że będą trudności z dojazdem z powodu Mistrzostw Świata w Kolarstwie. W moim spersonalizowanym wyścigu na czoło peletonu wysunął się Filippo Lippi :)
Wybraliśmy się na wystawę pod tytułem, który zapożyczyłam na tytuł tego artykułu.
Trudno opisywać całą wystawę, gdy się nie ma fotografii wszystkich dzieł, tym bardziej trudno, że wspominałam już o innej "renesansowej" wystawie w Palazzo Strozzi, o której w końcu jednak szerzej nie napisałam. Jednak szkoda by mi było nie wspomnieć o wystawie w Prato, tym bardziej, że wiem, iż jeszcze niektórzy amatorzy sztuki wybierają się w tym roku do Toskanii, a taka wystawa to prawdziwa perła.
Krzysztof obszedł sobie wystawę spokojnie, ale ja dość szybko zostałam za nim w tyle, gdyż po pierwsze wypożyczyłam sobie audio ze szczegółowym omówienem wystawy, a po drugie często zatrzymywałam się przed obrazami, by dokładnie obejrzeć warsztat malarza, prowadzenie pędzla, układanie draperii, światła i cienie.
Po wyjściu miałam psychiczne poczucie wyjścia z chłodnej wody, gdy wokół upał. Pływałam swobodnie wśród piękna, chłonęłam przyjemność obcowania z obrazami mistrzów.
Tak jak w ogólnym odbiorze o wiele lepiej czuję się w Pistoi, jako mieście, tak w tej wąskiej dziedzinie, jaką jest liczba znaczących obrazów, muszę przyznać Prato laur pierwszeństwa. Miasto miało to szczęście gościć Lippiego (pomijając skandal obyczajowy, jaki wywołał), ma też i szczęście do posiadania dzieł Uccello, Donatello (oczywiście, rzeźby) i Botticellego. Sama wystawa ma szerszy zasięg, część eksponatów została wypożyczona i z innych muzeów i od kolekcjonerów prywatnych. Ah! Mieć choć jedno takie dzieło ...
Właściwie, to nie umiem powiedzieć, o którymś z obrazów, że przypadł mi najbardziej do gustu. Było ich tak wiele zachwycająco doskonałych.
Jedynym "problemem" wystawy było jej ulokowanie. Otwarcie wystawy zbiegło się z przywróceniem dla publiczności remontowanego przez wiele lat Palazzo Pretorio. Musiałam więc dzielić swoje zainteresowanie pomiędzy obrazy, a to, co było za nimi, czy nad nimi.
Nie mam szans pokazać Wam wszystkich dzieł, ale które znalazłam w internecie, z chęcią umieszczam wraz z linkiem do źródła:
Najpierw kilka ze strony http://www.mondomostre.it/mostre/56/da-donatello-a-lippi/
![]() |
| Filippo Lippi |
![]() |
| Paolo Ucello |
![]() |
| Filippo Lippi |
![]() |
| Filippino Lippi |
![]() |
| Donatello |
Botticellego:
| http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Botticelli_(bottega)_crocifisso,_1490-1500_ca.,_da_monastero_di_s._vincenzo_02.JPG |
![]() |
| http://www.diocesiprato.it/files//echi_preziosi_catalogo.pdf |
To tylko znikoma część wystawy. Resztę mam pod powiekami, w sercu i w katalogu, któremu nie mogłam się oprzeć. Na razie nie mam czasu poczytać, ale liczę na to, że ktoś z moich czytelników, dotrze do Prato i zanurzy się w Palazzo Pretorio:
wystawa czynna jest do 13 stycznia, w godz. 10.00 - 19.00
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























