niedziela, 16 marca 2014

BABSKA BOLONIA - DZIEŃ DRUGI

Gdy powiedziałam Romkowi (dominikaninowi), że wybieram się do Bolonii, polecił mi odwiedzenie celi św. Dominika. Dowiedział się od włoskich współbraci, jak to zrealizować. Otóż należało napisać do bolońskich dominikanów maila i poprosić o wpuszczenie do klasztoru.
O wykonanie tej precyzyjnej robótki poprosiłam Krzysztofa, gdyż gadać to ja jeszcze mogę po włosku, ale już pisać takie oficjalne listy, to wolę nie :)
Krzysztof spisał się na medal, umówił nas z ojcem Angelo.
Weszłam do kościoła i zaczęłam poszukiwania zakonnika. Zaczepiłam sprzatającą kobietę, ta zaprowadziła mnie do pana pilnującego świątyni, a ten ruszył do klasztoru. W końcu pojawił się z początku surowo wyglądający mnich. Okazał się jednak cudownym cicerone, przystającym do swojego imienia.
Popatrzył na nas i z lekka niepewnie zadał retoryczne pytanie "Panie chyba nie są siostrami zakonnymi?"
Wybałuszyłam oczy, skąd taki pomysł. Nagle dotarło do mnie, że Krzysztof pisał jako ksiądz i  wspomniał, że jako grupka wierzących wolałybyśmy być oprowadzane przez brata, niż przez świeckiego. Może użył określenia "donne pie" - pobożne kobiety?  Tak nazywa się też siostry zakonne.
Na szczęście nie było to przeszkodą, by zobaczyć nie tylko celę św. Dominika.
Zostałyśmy oprowadzone i po kościele i po klasztorze. Takiej gratki to się nie spodziewałyśmy.
Jako pierwsza została nam pokazana i dokładnie omówiona Arka św. Dominika. Położona  w kaplicy przylegającej do prawej nawy, jednej z dwóch, do których wchodzi się z wnętrza świątyni.
Przyznam się bez bicia, nie miałam pojęcia, że święty założyciel zakonu jest tam pochowany. Więcej - nie miałam w ogóle pojęcia, że jego doczesne szczątki są w Bolonii.
Arka to kunsztowne rzeźbiarsko dzieło, dzieło wielu rzeźbiarzy i pokoleń. Z najsłynniejszych nazwisk należy wymienić te toskańskie: Nicolo Pisano, Arnolfo di Cambio oraz Michała Anioła (klęczący anioł po prawej stronie, oraz figura przypominająca pozą Davida).  Grobowiec jest teologoczną wykładnią historii Zbawienia, opowiada też o dziejach św. Dominika.
Cała struktura nie tylko jest bogata swą oprawą, ale i historią.
A to coś jej dodawano, a to ujmowano (brakuje kariatyd), rozłożono ją też na części, by uchronić przed zniszczeniem w wyniku bombardowania. Przy okazji powrotu do kaplicy prześwietlono metalową skrzynię, by uniknąć jej otwierania, zjęcie RTG, wisi na ścianie za Arką.

Okazało się, że trumna zawiera wszystkie kości, bez głowy, ta jest w okazałym XIV wiecznym relikwiarzu.
Zaintrygowało mnie położenie relikwiarza, umieszczono go w specjalnej niszy z tyłu Arki, więc, przybysz bez znajomości miejsca (a takimi byłyśmy my) nie domyśliłby się, że z drugiej strony, za szybą, jest olbrzymi relikiwiarz.
Pogadałam chwilę z Ojcem Angelo na temat rozczłonkowywania świętych na relikwie i mojego braku zrozumienia dla tej tradycji. Tutaj i tak szczątki są dość blisko siebie. Ale taka św. Katarzyna? Padre opowiedział nam o przypadku św. Tomasza - gdy się okazało, że miał dwie głowy. Zakonnik z dowcipem wyjaśnił, że św. Tomasz był bardzo inteligentny i jedna głowa mu nie wystarczyła :)
Niezwykłe miejsce pochówku tak bardzo przykuwa wzrok, że dopiero przy wychodzeniu z kaplicy rozglądamy się co nieco. Barokowy wystrój usiłuje zdominować centralny punkt pomieszczenia, ale jesli nawet w sklepieniu jest fresk "Chwała św. Dominika" Guido Reniego, to nie ma szans ze słynnymi rzeźbiarzami.
W kaplicy z sarkofagiem jest bardzo interesujące, lśniące bielą marmuru popiersie z portretem św. Dominika. Powstało wynikiem współpracy naukowców z artystą - wizerunek odtworzono w oparciu o budowę czaszki zmarłego.
Nadal nie rozglądamy się po kościele, idziemy do kaplicy na przeciwko, z której wcześniej dochodziły dźwięki organów. Odbywała się tam lekcja muzyki dla dzieci. Wspaniały pomysł! Dzieci siedziały w ławkach i widać, że z wielkim zainteresowaniem słuchały wykładu ilustrowanego fragmentami muzycznych utworów.
Przy tych organach zasiadł kiedyś młodziutki Mozart w drodze do Rzymu.
Ale to nie instrument jest najważniejszy, kaplicę dedykowano Różańcowi, wcześniej miała być kaplicą rodową, ale już w następnym wieku zaopiekowało się nią Bractwo  Różańcowe.

Doczytałam potem, że  jest tutaj pochowany twórca fresku z absydy w Kaplicy Arki - Guido Reni.

Idziemy główną nawą ku transeptowi, by tam z zachwytem stanąć przed malowanym Krucyfiksem autorstwa Giunta Pisano.

Poprzez zakrystię z imponującymi meblami i zaskakująco jasnymi rzeźbami z cyprysowego drewna wchodzimy do głównej absydy.
Mogłabym spędzić pół dnia na oglądaniu intarsji. Żal było wychodzić, ale z kolei żal nie skorzystać z uprzejmości Ojca Angelo. Posłusznie za nim drepczemy, tylko Basia się ociaga, dzięki czemu mogę pokazać więcej detali drewnianego bogactwa.
Wchodzimy na teren dawnej klauzury. Zaglądamy do miejsca, gdzie się odbywały kapituły, widzimy fresk z jednym z najstarszych przedstawień św. Dominika.
Większość ścian w sali kapituły pokrywają współczesne freski, widać że nasz cicerone nie ceni ich sobie, i wcale mu się nie dziwię. Na zdjęciach i tak wyglądają lepiej, niż w rzeczywistości.

Zatrzymujemy się w korytarzu, by zajrzeć na porośnięty zielenią dawny cmenatrz zakonny.
Przy okazji pytam ojca o to, kto jest właścicielem całego kompleksu. Czemuż mnie to nie dziwi? Państwo włoskie!
Dominikanie są gośćmi we własnym klasztorze.
Idziemy do najbardziej rogrzewającego wyobraźnię miejsca, do siedziby Świętej Inkwizycji. Spokój sal, ich wystrój, zdają się potwierdzać wersję, że największe okrucieństwo spotykało osądzanych nie ze strony zakonu, lecz sądów świeckich.
Nad kominkiem wisi alegoria, w skrócie prezentująca, jaką osobą powinien być inkwizytor: miał być jak pies (dominikanie = psy pańskie), który strzeże stada, nie odciąga go pokusa zjedzenia kozy, nie boi się lwa. Motto przyświecające tej funkcji trzyma aniołek - nec spe nec metu, co oznacza dosłownie "żadnej nadziei, żadnego lęku".

Od "inkwizytorów" przechodzimy do pomieszczeń bibliotecznych. Długie korytarze wypełniają, niestety, metalowe regały, ale ciągle jeszcze wskazują na to, że zadaniem zakonu jest głoszenie Słowa Bożego, a by to robić, potrzebna jest wiedza. Wiedza zgromadzona na wysokich półkach, pomiędzy którymi co pewien czas umieszczono drzwi, to wejścia do mniszych cel. Nagle przy jednych Ojciec Angelo mówi, że tu jest jego pokój.  Biblioteka składa się z kilku ciągów korytarzy, jej nastarsza część to pomieszczenie z renesansowym rzędem arkad. A w ostatnim, największym, wzrok wędruje od razu ku górze, ku malowanemu sufitowi, naśladującemu bogato rzeźbione stropy.
To w tej sali Jan Paweł II spotkał się ze środowiskiem uniwersyteckim Bolonii.

Schodzimy innymi schodami, szerokimi, wykończonymi drewnianymi belkami. Tymi schodami w dawnych wiekach świeżo upieczony magister wjeżdżał na koniu. No! No! No!

Przechodzimy do miejsca, gdzie zmarł św. Dominik. To nie była jako tako jego cela, bo nie chciał, by mu przypisywać materialnie jakiekolwiek pomieszczenie. Ale w tym miejscu właśnie zmarł. Dawnej był tu jakiś garaż z wjazdem od strony wielkiego dziedzińca, zajmowanego po dzisiaj przez carabinieri. W końcu jednak zamurowano pomieszczenie, odkryto podłogę i znaleziono ślady ścian wyznaczających poszczególne cele.
W dwóch gablotach zachowano pamiątki po świętym Dominiku. Mnie najbardziej poruszyła kartka z brewiarza, oczywiście manuskryptu.
Zupełnie zapomniałam zapytać, czy cały brewiarz rozdzielono, czy tylko tę jedną wyrwano?
Przez małe okno zaglądamy do carabinieri. Ich krużganek jest w opłakanym stanie, co zauważam w rozmowie z Ojcem Angelo. Ze smutkiem mówi, jak Państwo wymaga od zakonników utrzymania klasztoru w doskonałym stanie, ale nie od użytkowników odłączonego dziedzińca.
Różnicę widzimy wychodząc przez piękne chiostro. W prawy dolnym rogu umieściłam widok na zaniedbany dziedziniec.

Zanim jednak opuściłyśmy klasztor Św. Dominika, zostajemy zaproszone na kawę, podaną wraz z ciasteczkami.
Napój zaparzył nasz wspaniały przewodnik, któremu z wdzięczności zostawiłyśmy 50 € na rzecz klasztoru, nie chciał przyjąć, ale my uparte kobiety jesteśmy :)

Tak mocnym akcentem zaczęłyśmy poznawianie Bolonii. Wiem, że jeszcze w samym kościele było co oglądać, ale to i tak było więcej, niż się spodziewałyśmy zobaczyć. Opisałam go najbardziej szczegółowo, następne miejsca ledwie musnęłam słowami :)

Oszołomione usiadłyśmy na słońcu, w miejscu, które zapełniał kiedyś cmentarz szlachetnych mieszkanców Bolonii. Po wybuchu bomby, pozostały tylko dwa okazałe grobowce.

Pozostając niejako w cmentarnej tematyce trafiłyśmy na Archiginnasio, starą siedzibę Uniwersytetu Bolońskiego, obecnie pomieszczenia zajmuje Gminna Biblioteka. Jest to XVI wieczny budynek, który miał scalić rozsiane po mieście wydziały uczelni.
Tym, co przyciąga turystów, jest wystrój budynku oraz dwie ważne sale.
Najpierw wystrój.
Takiego szaleństwa herbów w życiu jeszcze nie spotkałam. Jest ich około 7000, nie liczyłyśmy, wierzymy literze :) Ściany wypełniają studenckie i profesorskie stemmy oraz zapiski ku czci wykładowców. Aż dziw, że dekoracje te ostały się i przebudowom z XVIII wieku i bombardowaniom z II Wojny Światowej.
A teraz, gdzie te sale? Na piętrze znajduję plan.
Jednej z nich nie zobaczyłyśmy, bo akurat odbywała się tam jakaś konferencja prasowa, ale drugą powetowałyśmy sobie w każdym detalu. To sala teatru anatomicznego, odbudowania po wojnie z uratowanych świerkowych fragmentów.
Nie wiem, czym ten świerk konserwowano, ale ma przepiękną barwę, którą trudno oddać na zdjęciach, wychodziły mi albo zbyt żółte, albo zbyt czerwone. Gdybyście tak je uśrednili, otrzymalibyście głębokie nasycenie całego pomieszczenia, z jednym białym akcentem - stołem do przeprowadzania sekcji.
Właściwie niby podczas przeprowadzania sekcji zwłok, główni bohaterowie nie muszą się bać braku sterylności, ale jednak jakoś wyobrażałam sobie, że teatr anatomiczny powinien być "bardziej zmywalny".  No cóż, XVII wiek nie martwił się takimi drobiazgami, koncentrował się na formie i użyteczności.
Forma upamiętnia wielkich lekarzy, od Hipokratesa, po bolońskiego medyka - Gaspare Tagliacozzi, prekursora operacji plastycznych, trzymającego w ręce nos. Szkoda, że nie pokazano, w jakiej pozycji musiał chodzić jego pacjent podczas rekonstrukcji.  Z tego, co podsłuchałyśmy u pani przewodnik akurat oprowadzającej grupę, nos rekonstruowano z ręki poszkodowanego i, póki się nie przyjął, pacjent chodził z ręką przyszytą do twarzy.  Nawet nie próbuję sobie wyobrażać innych rekonstrukcji tą metodą :)
Wielkie wrażenie zrobiły na nas męskie kariatydy z profesorskiej ambony. I wcale nie o ich męskość mi chodzi, tylko o odarcie ze skóry. Rzeźbiarz musiał spędzić wiele godzin w teatrze anatomicznym, by zostawić po sobie takie modele.
Najwyższy czas zdradzić, że większość naszej bolońskiej grupki jest ściśle związana z medycyną, dla nich pewnie taki widok, to nie nowina. Chociaż patrzyły z wielkim zainteresowaniem :)
Po wyjściu z Archiginnasio czas było pomyśleć o obiedzie. Na nic misterne przygotowania i poszukiwania polecanych lokali. Pytałam nawet znajomego, który wykłada na bolońskiej weterynarii. Po prostu byłyśmy nie w tym miejscu. Zdałyśmy się więc na czuja. Weszłyśmy w końcu do "Divinis", bardziej enoteki, niż restauracji, ale i wino mieli dobre i pyszne potrawy.
Chyba najbardziej godne polecenia są zielone tagliatelle z białym sosem bolońskim.
A potem zaczęło się bardzo swobodne rozglądactwo turystyczne.

Krok po kroku zbliżałyśmy się do Piazza Maggiore.

Właściwie to zaczęłyśmy od Piazza del Nettuno, z fontanną znanego i z Florencji Giambologny (i jego słynnego diabła).
Cudownie leniwie przyglądałam się detalom. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, jak bardzo miłą ekpię stanowiłyśmy, nikt nikogo nie poganiał, no, chyba, że trzeba było zdążyć na umówione spotkanie, autobus, czy pociąg, ale to oczywiste. Poza tym poddawałyśmy się swobodnemu zwiedzaniu.
Dzięki temu zobaczyłam to, czego wcześniej nie zobaczyłam, gdy byłam tu kilka lat temu. Naturalną polichromię, stworzoną czasem i kroplami wody. Najpiękniej wybarwiły się głowy lwów. Do pełni obrazu brakowało właśnie tych kropel, ale może na początku marca jeszcze nie czas na nie? Choć pogoda była cudowna.

Zamiast małych kropel, po sąsiednim Piazza Maggiore krążyły ogromne bańki mydlane. Dzieci starały się nie wykazywać nimi zainteresowania, tak jakby miało im to czegoś ująć. Trochę bokiem, trochę mimochodem uderzały w nadlatujące banie.

A myśmy szły do Bazyliki św. Petroniusza. Chociaż raz jestem zadowolona z zakazu robienia zdjęć, bo marne szanse miałabym na skończenie tego wpisu. A to jeszcze nie koniec dnia.
Obeszłyśmy bazylikę, zadziwiłyśmy się nad dziwną drewnianą amboną, która bardziej przypomina pozostałości wieży oblężniczej.
Tu po raz pierwszy trafiamy na scenę Lamentacji nad Zmarłym Chrystusem, wykonaną w wypalonej glinie, polichromowaną, z figurami naturalnej wielkości. A w planach jest już następna.
Przenikliwe zimno ogromnego kościoła przyśpiesza nasze zwiedzanie. Nie piszę o bazylice, bo już kiedyś trochę o niej napisałam, odsyłam więc do artykułu "Czerwona Bolonia".

Zaraz nieopodal jest następny cel naszej wyprawy - Sanktuarium Santa Maria della Vita - a w niej najbardziej słynna grupa terakotowa Opłakiwania, nie ostatnia widziana w Bolonii.

Trafiłyśmy na moment przebudowania kaplicy, w której się znajdują figury, te, na szczęście, pozostawiono widocznymi.
Dzieło Niccolo dell'Arca (przydomek od Arki widzianej u dominikanów) wyróżnia się największą ekspresją postaci. To już nie żal, to nie opłakiwanie, lecz rozpacz, tragedia, głębokie poruszenie. Spokój zachował jedynie Józef z Arymatei, rozpoznawalny dzięki trzymanemu w ręce młotkowi.
Tu nie trzeba wielu słów, tylko spojrzenia, więc zostawiam Was na chwilę ze zdjęciami.
Nie zdążyłyśmy wyjść z niewielkiej świątyni, gdy pilnujący tam pan polecił nam zajrzenie do oratorium. Wchodzimy, niektóre wjeżdżają windą (między innymi ja-leń), a naszym oczom ukazuje się znowu skomplikowana grupa rzeźbiarska. Tylko układ jakiś inny, wokół zmarłego sami mężczyźni.
W końcu czytam tablicę informacyjną.
Ha!
To nie jest opłakiwanie Chrystusa lecz Pogrzeb Maryi Panny Alfonso Lombardiego.
Trudno dostrzec w natłoku postaci, że pomiędzy nimi leży zmarła kobieta.
Scena ilustruje fragment ze "Złotej Legendy" Jakuba de Voragine, gdy arcykapłan Ananiasz widząc apostołów niosących Maryję na marach krzyknął "Oto jest naczynie, z którego wyszedł Ten, co wprowadził zamieszanie wśród nas..." Wyciągnął ręce ku noszom, a te zaczepiły się o mary i uschły, przysparzając mu wielkiego bólu. Tutaj rzeźbiarz pokazał moment, gdy anioł ze szpadą ( w domyśle, wynika to z gestu, bo sama szpada się nie zachowała) rzuca Ananiasza na ziemię.
Nie widać tego, ale w apokryfie, wynikiem tego zdarzenia, arcykapłan nawrócił się.
Niszę w oratorium dzieli kikadziesiąt lat od postaci, dzieli też i styl, patrząc na mocny tors arcykapłana myśl od razu wędruje do Michała Anioła.

Przerwa w zawiedzaniu.
Idziemy długą ulicą Castiglione do polecanej przez Kingę lodziarni.

Kinga uchodzi w  naszej grupce za lodowy autorytet, chociaż akurat tutaj jej zdanie podziela mnóstwo klientów. W lekką konsternację wprowada nas menu, nie ma smaków, jako takich, tylko jakieś zestawy smakowe, trzeba się w nie wczytać. Poza tym lodów nie widać. Potem okazuje się to normą bolońską. Nie pamiętam wybranych w Sorbeteria Castiglione smaków, poza jednym, utworzonym z okazji wystawy "Dziewczyna z perłą". Z kruchymi czekoladowymi kuleczkami. Dwa dni później odwiedzamy inną lodziarnię i tę pamiętam nad wyraz lepiej, ale o tym w artykule o dniu czwartym.

Po lodach kierujemy się do ostatniego punktu na naszej turystycznej mapie. Po drodze zaglądamy do Kościoła San Giovanni al Monte, pamiętającego bardzo wczesne chrześcijaństwo, czego można się domyślić po ciężkiej przysadzistej bryle.
Trudno zapomnieć lśniącą figurę biczowanego Chrystusa, ulokowaną w środku głównej nawy. Przeszłam cały kościół, ale potem znowu się zatrzymałam przy niej i wzroku oderwać nie mogłam.

Docieramy w końcu do zespołu budynków Santo Stefano. Już tu byłam, ale takie miejsca mogę oglądać na okrągło.
Wszystko, co tygrysy lubią najbardziej: romanizm, krużganki, cudowne kapitele, labirynt pomieszczeń, małe muzeum, a w nim bestiarium średniowieczne.


Tylko mrugająca bateria w aparacie przysparzała mi zmartwień, czy zdążę wszystko wpuścić do obiektywu?
Udało się!

Wystarczyło jej jeszcze na powrót do mieszkania.

A tam ze spokojem, po wymianie baterii, mogłam sfotografować naszą kolację.

piątek, 14 marca 2014

BABSKA BOLONIA - DZIEŃ PIERWSZY

Najłatwiejszy dzień do opisania, bo ogranicza się jedynie do godzin wieczornych, wypełniony spacerem i pyszną kolacją.
Może najpierw wyjaśnię, jak doszło do naszego spotkania.
Znana mi dobrze Kinga i troszkę mniej znane, jej koleżanki, które poznałam w zeszłym roku, postanowiły wybrać się gdzieś na parę dni. One już miały przećwiczone wspólne wyjazdy, więc największą niewiadomą byłam ja. Sądząc po dawkach śmiechu do łez i ani jednej sytuacji konfliktowej, udało mi się wpasować w zacne, acz zwariowane, towarzystwo.
Spiritus movens tej (jak i poprzednich, beze mnie) wypraw jest Kinga, która często bierze na barki cały ciężar organizacyjny. Dziewczyny pewnie zgodzą się że bardzej spirytus, a wręcz limoncellus movens :) Oczywiście w ramach rozsądku i radości :)
Tym razem miała we mnie wsparcie przygotowawcze, a nawet i w Krzysztofie, ale o tym w odpowiednim czasie.
Posiadanie włoskiego konta obniżyło koszty rezerwacji, tym bardziej, że dokonywałyśmy jej dwukrotnie. A i zwrot pieniędzy za pierwszą nastąpił szybko i bezproblemowo. Dzięki uporowi Basi dołączyłyśmy do programu Rawennę, czego absolutnie nie żałujemy!
Możliwość tworzenia tajnych grup na facebooku bardzo ułatwiała wymianę informacji, korygowanie planów, pozwalała się co raz bardziej pozytywnie nastawiać na spotkanie.
Dziewczyny po przyjeździe rzuciły walizki, z lekka się ogarnęły i ruszyłyśmy na pierwszy spacer.
Od razu namiętnie zakochałyśmy się w portykach i żałujemy, że nie obeszłyśmy ich wzdłuż i wszerz, ale głównie wzdłuż :)
Jednym z jego głównych celów było znalezienie miejsca na kolację.
Okazało się to dość trudne,  gdyż było grubo po 21, a raczej bliżej 22, lokale były wypełnione ludźmi, w jednym kuchnię już zamknięto. Myślałysmy już o pizzy na wynos, albo o barowych podgrzewańcach, gdy dotarłyśmy do Scalinatella
Już na wejściu kuszą wszelkiego rodzaju warzywa (rodzaj samoobsługowego bufetu), a tłem dla nich jest stanowisko pizzaiolo, niezwykle zręcznie kręcącego ciastem, w cieple pieca opalanego drewnem.
Tak nam się spodobała obsługa i atmosfera tam panująca, że ostatni posiłek znowu zjadłyśmy w Scalinatella. Gdy tylko weszłyśmy za drugim razem, komiczny kelner w jeszcze bardziej komicznych spodniach w hipopotamy rozradował się na nas widok i wyrzucał nam, że nie przychodziłyśmy do niego codzennie.
Do prostych posiłków (znakomitej pizzy, tagliatelli z ragu, gnocchi z gorgonzolą) nakładałyśmy sobie wspólnie olbrzymi półmisek warzyw, które przejmował kelner, zanosił do podgrzania i następnie stawiał na stole. Nasz wybór padał na karczochy, bakłażany, nadziewane papryczki, grillowaną cukinię, i co tam jeszcze ...
A na koniec posiłku poproście o limoncello, podadzą Wam w zmrożonych buteleczkach, z których nalewa się pyszny likier do równie zmrożonych kieliszków.
Nie mam pojęcia, dlaczego mam tak mało zdjęć z posiłków, chyba dlatego, że i moje towarzyszki i obsługa zajmowała każdą dobrą chwilę tam spędzoną :) Dlatego korzystam z uprzejmości moich zacnych koleżanek i dołączam ich zdjęcia. A poza tym podałam link do strony restauracji, gdzie jest galeria fotograficzna.

Dziewczyny! Jeśli pominęłam coś ważnego, dopiszce w komentarzach, proszę :)

wtorek, 11 marca 2014

BABSKA BOLONIA - plan wycieczki

Zacznę nietypowo, od ujawnienia zarysu całości, a potem opowiem Wam o poszczególnych dniach.
Myślę, że taki opis może pomóc w zaplanowaniu krótkiego wypadu do Bolonii.
Poszukiwania lokalu do łatwych nie należały, gdyż miał spełniać pewne wymagania, a przy tym nie żyłować naszych kieszeni.
W pierwszym, po wpłaceniu zaliczki, jeszcze przed przyjazdem powstał problem dziurawego dachu. Właściciel bez problemu zwrócił pieniądze, ale od nowa czekały nas poszukiwania.
W końcu buszując po wielu ofertach, z różnych stron, znalazłyśmy bardzo duże mieszkanie, z dwoma sypialniami i dużym salonem, kuchnią oraz dwiema łazienkami - całkowity koszt 630 €
To było o tyle istotne, że dwie łazienki bardzo sprzyjały pięciu kobietom :)
Nie jesteśmy pewne, czy mankamentem było położenie, bo jedna z nas źle spała, ale nie wiedziała dlaczego, a reszta nie narzekała na sąsiedztwo ruchliwej ulicy. Ja wspierałam się skutecznie zatyczkami do uszu.
Za to widoki miałyśmy znakomite.

Lokal położony jest blisko centrum i dworca kolejowego.
Mieszkanie w pełni wyposażone w ręczniki, suszarkę, żelazko, pralkę, i inne "radości" turysty, z wyraźnym charakterem, z dużymi zbiorami ozdobnych talerzy, niektórymi świetnymi obrazami, grafikami. Każde drzwi podpierały sympatyczne kamienne sowy.
Ubawiła nas liczba popielniczek, wyraźnie stanowiących kolekcjonerskie zapędy właściciela (a raczej nieżyjącej już jego cioci). Na szczęście, absolutnie nie miało to przełożenia na zadymienie mieszkania. A jedyna wśród nas paląca, wychodziła na balkon, miała do wyboru dwa :)
Pojawiłam się pierwsza, więc odebrałam klucze i ku wspólnemu zadowoleniu całej naszej piątki dostałam pozwolenie na pozostanie w ostatnim dniu do godziny dla nas wygodnej. To jest niewątpliwy plus podróżowania poza sezonem. Inne wyjdą w następnych artykułach.
Dziewczyny przyjechały z lotniska taksówką (20€ - przy czterech osobach wychodzi taniej niż jazda specjalnym autobusem wahadłowym krążącym między lotniskiem a stacją Bologna Centrale - 6€). Ja z kolei doszłam pieszo, bo było to tylko 10 minut od dworca, na który zajechałam korzystając z bardzo promocyjnej ceny pociągu Intercity 9 € z Prato.

Podaję ceny, bo może pomogą komuś w finansowym rozeznaniu kosztów.

Dzień pierwszy - a raczej wieczór
Spacer i kolacja w "Scalinatella"
Dzień drugi
Kościół św. Dominika z oprowadzeniem - dobrowolna darowizna po 10 € od osoby
Archiginnasio i Teatr Anatomiczny - wstęp 3€
Obiad w "Divinius"
Piazza Maggiore
Bazylika sw. Petroniusza
Kościół Santa Maria della Vita
Lody na Via Castiglione (3 € - trzy smaki)
San Giovanni al Monte
Santo Stefano
Kolacja w mieszkaniu - po drugiej stronie ulicy wspaniały sklep z regionalymi produktami.
Dzień trzeci
Zakupy
Mała Wenecja
Spacer
Obiad gdzieś po drodze
Sklepienie akustyczne
Sala del Borsa
Katedra
Zakupy
Imieniny Beaty w kawiarni
Kolacja w mieszkaniu
Dzień czwarty
Msza w Sanktuarium San Luca - położone bardzo daleko, więc skorzystałyśmy  autobus miejski jedynie do początku portyków wiodących w górę, dalej pieszo - bilet na 75 minut - 1,30 €
Obiad w "Pizzeria Porta Saragozza"
Lody w "Islanda"
Wystawa "Dziewczyna z perłą" - 13 € z rezerwacją
Aperitivo tak syte, że już bez kolacji.
Dzień piąty
Ravenna - pociąg 6,90 € w jedną stronę, bilet kumulacyjny na wstęp do obiektów sakralnych z mozaikami i muzeum diecezjalnego - 11,50 €
Obiad w lokalu specjalizującym się w piadinach.
Marina di Ravenna - autobus nr 70 z Rawenny nad morze 2,10 € w jedną stronę
Dzień szósty
Muzeum anatomicznych figur woskowych darmowe  (mile widziana jakaś dobrowolna opłata)
Wejście na wieżę Asinelli 3 €
Obiad w "Scalinatella"


Posiłki w lokalach zazwyczaj zamykały się w kwocie około 17€ na osobę

Przygotowując się do podróży, w oparciu o pomysły uczestniczek wyprawy, utworzyłam mapę, bardzo przydatną i podczas samego pobytu. Jest na niej więcej punktów, niż zrealizowałyśmy, ale lepiej mieć taki zapasik. A kto wie? Może kiedyś jeszcze wrócimy tam w takim wspaniałym towarzysko zestawie?


niedziela, 9 marca 2014

BABSKA BOLONIA - na przywitanie

Od paru tygodni przygotowywałyśmy się z kilkoma koleżankami do spotkania. Założyłyśmy sobie zamkniętą grupę na Facebooku i wspólnie wybierałyśmy lokal na zamieszkanie, ustalałyśmy szczegóły pobytu, martwiłyśmy się o pogodę. Akcja nosi kryptonim "Babska Bolonia", ze względu na miejsce, w którym jeszcze się dzieje :)
Dziewczyny przyleciały z Polski spragnione słońca, które po wielu deszczowych dniach, akurat  okazało się być bardzo gościnne.
Cieszymy się więc wspólnym przebywaniem, zwiedzaniem, spożywaniem, zakupami, itd.
O tym niebawem.
Sama w tajemnicy też przygotowywałam się do tego wyjazdu, by każdej uczestniczce wyprawy dać prezencik. Zapewne domyślacie się, sądząc po ostatnich moich pomysłach, że są to zakładki do książek, dzięki prezentacji których poznacie imiona koleżanek.

Dobrze, że pomyślałam o prezentach, bo i sama zostałam obdarowana sutaszowym naszyjnikiem, koralami i materiałami do kaligrafii. Równowaga została zachowana :)

środa, 5 marca 2014

SKOSZTOWAĆ WIOSNY

Zdawać by się mogło, że co jak co, ale owoc i wiosna to słowa mało zgrane ze sobą, a jednak ...
Są takie rośliny, które ledwie zipią, wykończone owocami, żółtymi i pomarańczowymi, moje ukochane cytrusy.  
I znowu za czujnym okiem Krzysztofa wyławiającym z natłoku informacji te, które wzbogacą wiedzę, sprawią radość, przyjemność, zaspokoją ciekawość, udało się odkryć powiadomienie o udostępnieniu dla zwiedzających limonai w Ogrodach Boboli. W wyznaczone dni (lutego, marca i kwietnia) istnieje możliwość obejrzenia wszystkich cytrusów, które potem zostaną rozstawione na całym terenie Boboli, ale wtedy będą albo kwitnąć, albo mieć nowe zawiązki owoców.
Sama limonaia to prosty, z założenia, budynek, który musi posiadać duże okna wpuszczające jak najwięcej światła dla schowanych wewnątrz roślin. Ale przecież nikt nie powiedział, że nie można jej ozdobić? Tym bardziej, gdy buduje się takie pomieszczenie na zamówienie Wielkiego Księca Pietro Leopoldo, a rzecz dzieje się w drugiej połowie XVIII wieku.  Fasada limonai stanowi bardzo rzadki we Florencji przykład rokoko, z zachowanymi oryginalnymi zdobieniami. Główne zmiany, jakie przechodzila, dotyczą barw, które dobierano zgodnie z panującą aktualnie modą.
Budynek ma 106 metrów długości, jest zorientowany na południe, by wielkie okna pełniły zimą rolę szklarni.
Przez dwa lata 1966-1968 limonaia pełniła funkcję laboratorium, w którym ratowano zniszczone powodzią dzieła sztuki. Potem wróciła do swojego pierwotnego przeznaczenia.
Przed budynkiem wyznaczono grządki z małymi żywopłotami, na razie wypełnione niewielką ilością kwiecia.
Wewnątrz pod typowo toskańskim sufitem, z widocznymi belkami, zimuje chyba ponad 100 donic z wszelkimi cytrusami. Nie jestem pewna liczby, bo zajęłam się głównie oglądaniem przeróżnych okazów.


Nie mam zamiaru rozpoznawać i opisywać wszystkich odmian, część z nich znajdziecie w artykule sprzed ponad 4 lat temu i do tego wpisu jeszcze za chwilę wrócę.
Cytrusy z florenckiej limonai pamiętają ród Medyceuszy, może niedokładnie wszystkie rośliny, ale są one wynikiem wielkiego zainteresowania władców Toskanii tymi owocami. Ich zasługą jest pojawienie się dwóch bardzo efektownych odmian. Franciszek I Medycejski sprowadził pomarańczę prążkowaną, a Ferdynand II dał Florencji bardzo gorzką odmianę Bizzarria, z której eteryczne olejki używane są w farmaceutyce, ze względu na właściwości poprawiające krążenie krwi.
Tak więc bez słów, za to z fotografiami śpieszę, by i Wam zaświeciło cytrusowe słońce, byście skosztowali słodko-kwaśno-gorzkiej wiosny.
Niestety, rośliny zostały świeżo nawiezione obornikiem, więc w powietrzu unosił się zapach zgoła niecytrusowy. Wystarczyło jednak znaleźć kwiaty na krzewach, powąchać je i zapomnieć o koniecznym smrodku.

Widząc nietęgo się mające cytrusy z Ogrodów Boboli, czasami pokryte tylko owocami, zupełnie pozbawione liści, przestałam się martwić o nasze rośliny w plebanijnym ogrodzie. Nie mamy limonai i zaryzykowaliśmy w tym roku nie oddawać ich nikomu na zimę. Okryliśmy agrowłókniną i cieszymy się obfitym owocowaniem.
Jednak jeszcze nie czas by ściągnąć osłony. Czasami tylko, gdy słońce mocniej przyświeci, podnosimy włókninę do góry.
Cytryna na zdjęciu jest podarunkiem od dziadka cytrynowego, którego opisałam i pokazałam we wspomnianym już artykule.
To właśnie jego postać stała się motywem przewodnim tego krótkiego wypadu do Florencji, bowiem
Giuseppe Galoppi postanowił umrzeć. A skoro postanowił, to i to zrealizował. Nie, nie, nie popełnił samobojstwa. On po prostu już nie chciał żyć, i powolutku zgasł mając 87 lat. Wczoraj byłam na jego pogrzebie i wspominałam z córką podarowaną do plebanijnego ogrodu cytrynę, która pierwszy raz tak obficie zaowocowała, co nonno Giuseppe zdążył jeszcze zobaczyć. Renata wyraziła nadzieję, że roślina nigdy nam nie uschnie i będzie pamiątką po jej ojcu.
Postanowiliśmy nazwać ten krzew Beppe - na cześć przemiłego dziadka - to zdrobnienie od jego imienia.
Ponieważ jednak wszyscy właściwie mówili na niego po nazwisku, więc na zakończenie napiszę:
Dziadku Galoppi, niech Ci Niebo pachnie cytrusami!



poniedziałek, 3 marca 2014

STOPIEŃ I KIELISZEK

Czy na podstawie tych dwóch słów bylibyście w stanie zgadnąć, co zobaczyłam ostatnio? Późniejsza wersja tej samej zagadki miała odmianę: "stopień i dzbanek".
Zagadkę zadał mi Krzysztof, który wymyślił, co będziemy robić we Florencji
Wyszło mi, że będę pić wino na schodach. Hmm? A po zamianie na dzbanek z lekka się przeraziłam, tyle to ja nie dam rady :)
Pytanie pomocnicze, zadane przeze mnie, ograniczyło liczbę schodów do tych zadaszonych, gdyż zapytałam, czy będę potrzebować parasolkę?

Na tym skończyłam bycie Sherlockiem.

A rozwiązanie?
Od lata czekałam na to, by móc zobaczyć klatkę schodową projektu Michała Anioła w westybulu Biblioteca Medicea Laurenziana. W końcu utrwaliłam sobie wyobrażenie, że jest niedostepna. A Krzysztof jednak czuwał, wiedział, że istnieje możliwość, by iść tam na jakąś tymczasową wystawę.

Stopień odnosił się więc do klatki schodowej, ale kieliszek?
Krzysztof w zapowiedziach wystawy zobaczył jakiś tekst zapisany w kształcie dzbana, a to skojarzyło się jemu z moją grafiką do wiersza Moniki zamkniętego w formie kieliszka.
O tym za chwilę.

Najpierw klatka.
Przyznam się, że zaskoczyły mnie jej rozmiary. Zawsze miałam wyobrażenie długiego ciągu schodów, gdyż na zdjęciach nie było punktu odniesienia, chociażby w postaci ludzkiej sylwetki.
Rzadko kiedy zwracam baczniejszą uwagę na klatki schodowe. Szybko przebiegam pamięcią, znajduję te, które wywarły niezatarte wrażenie, jak chociażby wyjście z Muzeów Watykańskich, szalone schody na zamku w Poppi, albo ... bardzo długie schody ruchome w Barcelonie,  po drodze do Parku Güell.
Schody tym bardziej wydają się krótkie, gdy się spojrzy na całość, a zwłaszcza wysokość westybułu. Wyyyysoki!
Rytm jest bardzo przyjazny krokom wchodzącego. Szary kamień w obłych liniach sprawia wrażenie miękkości. Użycie pietra serena nie leżało w planach Michała Anioła, który zaprojektował schody z drewna orzechowego.
Obecne, niezbyt dobre oświetlenie westybułu, nie oddaje zamiaru przejścia z ciemnego pomieszczenia ku rozświetlonej czytelni, która od razu uderza swoim rozłożystym, horyzontalnym układem.
Niestety, pusta. Odarta z zaczytanych ludzi, bez szelestu przewracanych kartek.
Pozostały tylko ciasno ułożone ławki, z oznaczeniami odpowiednich działów literatury każda z bogatymi reliefami. Istnieje przypuszczenie, że i program rzeźbiarski jest projektu Michała Anioła.
Iść można tylko chodnikami po bokach, by nie zadeptać  mozaikowej podłogi, której ornamenty odpowiadają bogato rzeźbionemu lipowemu sufitowi, także rozrysowanemu przez florenckiego mistrza. Zastanawiałam się tylko, dlaczego musiały być to szkielety czaszek jakiegoś rogatego zwierza? W opisie istnieje informacja, że to aluzja do Medyceuszy, za mało jednak wiem, bym umiała rozszyfrować, jaka.
Światło wpada do pomieszczenia stonowanymi witrażami, pełnymi grotesek, z heraldycznym programem nawiązującym do panującego rodu. Tu autorstwo przypisuje się Vasariemu.

W połowie czytelni można zajrzeć do pomieszczenia zwanego trybuną. To nowsza struktura, z przełomu z XIX wieku, wybudowana dla kolekcji podarowanej przez  florenckiego literata i bibliofila Angelo Maria Elci. Niestety, zza liny odgradzającej nie można bliżej przyjrzeć się wnętrzu, księgom na półkach i isntrumentom astronomicznym, chociaż nie składają się one na podarowany zbiór, cenne  obiekty przeniesiono do magazynów przystosowanych do przechowywania tak delikatnych przedmiotów, jakimi są księgi.
Za to napatrzeć i nafotografować mogłam się na niewielkiej wystawie poświęceonej Boccaccio - jako autorowi i kopiście.
Powstała na zakończenie obchodów 700 lat narodzin pisarza. Wiem, wiem, zanudzam, ale tam były manuskrypty, więc każdy incjał, każdy rysunek był mój :)
Atrakcją dodatkową jest to, że rysunki w kopiowanych przez Boccaccio księgach były jego autorstwa. Czasami proste elementy, czasami dziwne twory, ciekawe.      
Osobno pokażę Wam dzbanek - rozwiązanie zagadki, co zobaczyłam we Florencji.
Za salami z wystawą znajduje się mały sklep z pamiątkami, mogłabym w nim stracić fortunę na książki, ale jakoś się powstrzymałam, jedyne, czemu nie mogłam odpuścić, to szafy z jakiejś drukarni. Marzenie! Zabrać ich nie mogłam, chociaż uwieczniłam je na zdjęciu.

Pogoda nie była zbyt atrakcyjna, ale nie mogłam nie sfotografować chiostro, przez który przechodzi się do Biblioteki Laurenziana.

To była dobra zagadka, więcej takich, poproszę :)