I nie dla siebie ją proszę, więc tym łatwiej mi przychodzi zwrócenie się o wsparcie modlitewne dla Marleny. Jesteśmy rówieśniczkami. Poznałyśmy się przez moją książkę, ale znamy się też już osobiście i bardzo przypadłyśmy sobie do serca. Pisałam o jej wizycie u mnie, razem byłyśmy w Vinci. Część z Was zna ją z forum.
Ponieważ i Marlena i ja jesteśmy przeświadczone, że im więcej osób ogarnie ją modlitwą, tym większe szanse ma na powtórne wywinięcie się śmierci. Więc i w jej, i we własnym imieniu, proszę każdego o modlitwę o uzdrowienie. Oczywiście Marlena nie odpuszcza ziemskich metod, ale że sama jest lekarzem, to doskonale zdaje sobie sprawę, o co prosi.
Odkąd się dowiedziałam, nie odpuszczam św. Ricie. W końcu który święty, jak nie ona będzie najlepszym adresatem modlitwy w sprawie trudnej, a wręcz po ludzku beznadziejnej?
poniedziałek, 4 października 2010
niedziela, 3 października 2010
OSZUKUJĄC MIEJSKI FISKUS z serii "Florencka włóczęga"
Wędrując ulicami Florencji wielokrotnie napotykamy ciekawe formy architektoniczne umożliwiające powiększenie powierzchni pierwszego piętra (i logicznie następnych pięter) w stosunku do przyziemia.
Nazwa tych struktur wywodzi się od słowa sporgere (wystawać) - są to sporti. Ich fenomen wziął się z całkiem (nomen omen) przyziemnych motywów.
Otóż właśnie przyczyna powstawania takich budynków tkwiła w prawie podatkowym. Podatek od nieruchomości był uzależniony od powierzchni, którą zajmował budynek. Sprytni właściciele dzięki sporti rozszerzali więc znacznie przestrzeń życiową.
Zdarzało się w średniowieczu, że stojące po dwóch stronach ulicy kamienice stykały się ze sobą na pierwszym piętrze. Dzięki temu dawały schronienie przechodniom przed wylewanym przez okna fekaliom.
Niestety z drugiej strony zmniejszał się przez to dopływ światła, a tworząc w ten sposób wąwóz przyczyniający się do wzrostu smrodu.
Te właśnie jasne (dla właścicieli) i ciemne (dosłownie - dla przechodniów) strony sporti spowodowały, że Rada Miejska na początku XV wieku zabroniła specyficznej rozbudowy kamienic. Dlatego, jeśli zobaczycie tego typu budynek możecie dość śmiało datować go na zbudowany przed 1400 rokiem.
No, chyba, że zobaczycie jego współczesną interpretację.
Nazwa tych struktur wywodzi się od słowa sporgere (wystawać) - są to sporti. Ich fenomen wziął się z całkiem (nomen omen) przyziemnych motywów.
Otóż właśnie przyczyna powstawania takich budynków tkwiła w prawie podatkowym. Podatek od nieruchomości był uzależniony od powierzchni, którą zajmował budynek. Sprytni właściciele dzięki sporti rozszerzali więc znacznie przestrzeń życiową.
Zdarzało się w średniowieczu, że stojące po dwóch stronach ulicy kamienice stykały się ze sobą na pierwszym piętrze. Dzięki temu dawały schronienie przechodniom przed wylewanym przez okna fekaliom.
Niestety z drugiej strony zmniejszał się przez to dopływ światła, a tworząc w ten sposób wąwóz przyczyniający się do wzrostu smrodu.
Te właśnie jasne (dla właścicieli) i ciemne (dosłownie - dla przechodniów) strony sporti spowodowały, że Rada Miejska na początku XV wieku zabroniła specyficznej rozbudowy kamienic. Dlatego, jeśli zobaczycie tego typu budynek możecie dość śmiało datować go na zbudowany przed 1400 rokiem.
No, chyba, że zobaczycie jego współczesną interpretację.
Etykiety:
Florencja Firenze,
florencka włóczęga
Lokalizacja:
sporti na via Toscanella
OSTATNI HERB RODU PITTI z serii "Florencka włóczęga"
W czasach swojej świetności Pitti byli równi władzą i bogactwem Medyceuszom i Strozzim. Ale długo nie mieli swojego reprezentacyjnego pałacu we Florencji. Ok 1440 roku Luca Pitti postanowił wybudować najpiękniejszą i największą posiadłość we Florencji. Ponoć miał w głowie zatrudnienie najsłynniejszego architekta Filippo Bruneleschiego. Jednak chyba do tego nie doszło, mimo tego, co napisał Vasari. Budowa zaczęła się w 1458 roku, 12 lat po śmierci genialnego architekta. Biorąc pod uwagę styl, dzieło przypisuje się Albertiemu. Ale nie o pałacu chcę pisać.
Fakt, że rodzina długo się nim nie nacieszyła, już w 1550 roku przejęli i rozbudowali go Medyceusze. W pogardzie dla poprzednich właścicieli kazali usunąć z budynku wszelkie herby Pittich. Ostał się tylko herb na kamienicy po drugiej stronie placu, przy którym wyrósł Pałac. Ten olbrzymi ślad po rodzie melancholicznie świadczy o minionej potędze.
Etykiety:
Florencja Firenze,
florencka włóczęga
Lokalizacja:
Herb na kamienicy
sobota, 2 października 2010
SKRZYNIA DLA ANKI
Nie dziwcie się tej formie imienia. Wcześniej wypytałam mamę polsko-włoskiego cuda narodzonego dwa miesiące temu, jak ją będą nazywać. Skrzynia na różne drobiazgi bardzo spodobała się rodzicom. Wręczyłam ją wczoraj przy okazji pierwszej wizyty po narodzinach. Okazało się, że Asi akurat brakowało pojemnika na gromadzenie różnych pamiątek swojej młodszej córeczki.
Skrzynia o rozmiarach zewnętrznych 40x30x23 cm została oklejona fragmentami serwetek i wstążkami oraz podmalowana. Wypisz, wymaluj - dekupaż, czy, jak wolą purystki - technika serwetkowa.
Skrzynia o rozmiarach zewnętrznych 40x30x23 cm została oklejona fragmentami serwetek i wstążkami oraz podmalowana. Wypisz, wymaluj - dekupaż, czy, jak wolą purystki - technika serwetkowa.
czwartek, 30 września 2010
ŚWIECOWY ZAWRÓT GŁOWY
Ano mogło mi się w głowie zakręcić wiele razy, bo zaraz po wakacjach miałam do zrealizowania bardzo dużo zamówień.
Trzy zamówienia są na pierwszym kolażu, gdyż są wariacjami na temat już istniejących świec o tematyce toskańskiej.
Czwarte zamówienie jest o wiele skromniejsze ilościowo, ale za to będące większym wyzwaniem, bo miałam za zadanie spersonalizować świece.
Opiszę Wam mój proces myślowy.
Dwie świece, dla właścicieli Castello di Cafaggio, zaprojektowałam z uwzględnieniem podesłanych mi przez zamawiającą zdjęć oraz po wizycie na stronie internetowej Castello. Najpierw powstały projekty rysunkowe a potem świece ważące około 3,5 kilograma każda.
Winiarska świeca miała zawierać imię Vincenzo oraz nazwę winnicy, która sama w sobie stanowi logo. Ja to logo rozparcelowałam i nazwa jest na jednej stronie a na bokach rysuneczek. No i miały pojawić się elementy świadczące o związkach z winem. Kolorystykę wybrałam zgodną z etykietami na butelkach no i starałam się uprościć obraz, by jakoś nadać męskiego charakteru świecy.
Chociaż przyznam, że obserwując barwność ubioru Włochów śmiało mogłam wybrać ostrzejsze, a nawet różowe barwy. Te jednak zarezerwowałam sobie dla ostatniej świecy przekazanej pani o imieniu Lauretta, o której danych żadnych nie miałam, wiedziałam tylko, że świeca nie ma być "toskańska".
Mimo przeszkód, jakie stawiał mój kręgosłup, udało mi się wykonać zamówienie na czas, co było dla mnie bardzo ważne, by okazać się słownym wykonawcą.
Trzy zamówienia są na pierwszym kolażu, gdyż są wariacjami na temat już istniejących świec o tematyce toskańskiej.
Czwarte zamówienie jest o wiele skromniejsze ilościowo, ale za to będące większym wyzwaniem, bo miałam za zadanie spersonalizować świece.
Opiszę Wam mój proces myślowy.
Dwie świece, dla właścicieli Castello di Cafaggio, zaprojektowałam z uwzględnieniem podesłanych mi przez zamawiającą zdjęć oraz po wizycie na stronie internetowej Castello. Najpierw powstały projekty rysunkowe a potem świece ważące około 3,5 kilograma każda.
Winiarska świeca miała zawierać imię Vincenzo oraz nazwę winnicy, która sama w sobie stanowi logo. Ja to logo rozparcelowałam i nazwa jest na jednej stronie a na bokach rysuneczek. No i miały pojawić się elementy świadczące o związkach z winem. Kolorystykę wybrałam zgodną z etykietami na butelkach no i starałam się uprościć obraz, by jakoś nadać męskiego charakteru świecy.
Chociaż przyznam, że obserwując barwność ubioru Włochów śmiało mogłam wybrać ostrzejsze, a nawet różowe barwy. Te jednak zarezerwowałam sobie dla ostatniej świecy przekazanej pani o imieniu Lauretta, o której danych żadnych nie miałam, wiedziałam tylko, że świeca nie ma być "toskańska".
Mimo przeszkód, jakie stawiał mój kręgosłup, udało mi się wykonać zamówienie na czas, co było dla mnie bardzo ważne, by okazać się słownym wykonawcą.
wtorek, 28 września 2010
NIEDZIELNY SPACER
Dawno nas nie było we ... A że wieczorem Krzysztof miał jeszcze umówione spotkanie z narzeczonymi, to nie mogliśmy zbyt daleko oddalać się od domu.
30 km to dobry dystans? Spokojnie zdążymy wrócić.
No to jedziemy do Florencji!
Plany kulturalne mieliśmy ambitne - zobaczyć "Portret Młodzieńca" autorstwa Memlinga sprowadzony w ramach wymiany między muzeami z Madrytu. Spokojnie weszliśmy na kartę Przyjaciół Uffizi, w kasach nie wydawano, jak zazwyczaj, darmowych biletów, które posiadacz karty musi odebrać. Taaa, jednego nie przewidzieliśmy, że długa kolejka w podcieniach przed wejściem może oznaczać darmowy dzień. A to wiązało się z tłumami wewnątrz. I te nas zniechęciły. Zatem wyszliśmy i po sprawdzeniu, że parę wnętrz jeszcze nieodwiedzanych jest w niedzielę zamkniętych, zdecydowaliśmy się na regularny spacer po Florencji. Jego regularność polegała na przemiennym regularnym ruszaniu nogami, reszta byłą bez reguły i planu, bo zaczęliśmy od popularnych miejsc, ale poszliśmy w nowym kierunku.
Zacznijmy jednak od prawej strony Arno. Najpierw wpatrywałam się w długie korytarze uliczek. Niczym w wąwozach, budynki zamykały pustą przestrzeń. Wzrok szuka końca, ale czasami jest tak wąsko, że go nie widać.
Jedynie place i rzeka dają możliwość wzięcia głębokiego oddechu.
Jeden z placów pobliski Arno budzi raczej trwogę i swego czasu wymagał wzięcia bardzo głębokiego oddechu. Było to w 1966 roku, gdy powódź zalała go do połowy wysokości stojącego przy nim kościoła. Świadczy o tym malutka tabliczka widoczna między oknem a rynną na rogu budynku przyległego do świątyni.
Rzeka ma w sobie coś niebywałego, igra lustrem, nakazuje budynkom grzecznie trzymać się brzegu. Ale i ona musi się poddać człowiekowi, a raczej łamiącym ją progom. Mosty w takim układzie zdają się być kotwami trzymającymi całą strukturę. Dzielnie pilnują, by miasto się nie rozsypało.
Początkowo mieliśmy zarysowany cel w postaci Piazzale Michelangelo, ale ... Zatrzymaliśmy się po drodze na lodach na patyku, tak, tak, na patyku!
I w tym momencie złapała nas ulewa. Staliśmy więc pod markizą i obserwowaliśmy zapłakaną ulicę. Dzięki temu nam - psiarzom - zdarzyła się gratka. Żałuję tylko, że nie uwieczniłam scenki od początku, ale nie pomyślałam, że właściciel psa właśnie dzwoni po kogoś, kto przynosi mu parasol i odchodzi a pan rozpina go i ... Sami zobaczcie.
Przeprawiliśmy się na drugą stronę Arno zniszczonym podczas wojny i odbudowanym po niej mostem Świętej Trójcy, po czym skręciliśmy w prawo. Piękne kamienice sprowokowały mnie do otworzenia nowej kolekcji fotograficznej - kolekcji herbów. Sobie na zgubę! Bo podczas tworzenia tego wpisu zapadłam się w książkę Luciano Artusiego "Firenze araldica". Okazało się jednak, że ja wyszukałam raczej herby rodowe, a książka traktuje głównie o herbach miejskich - dzielnic, cechów itp. Nie poddałam się, zaczęłam ryć w internecie (przy okazji znalazłam następne ciekawe strony). Nie znalazłam wszystkich rodów, może kiedyś uzupełnię ten kolaż?
Atmosfera tej części Lungarno jest mało turystyczna. Spotykamy spacerowiczów - tubylców, niektórych wręcz zachwycających doborem kolorystycznym, albo dającego przykład, co należy robić w niedzielne popołudnie - przysiąść i zapatrzeć się w wodę.
Mało aparatów fotograficznych, a przecież i tutaj w ciszy przysiadły piękne budynki, urocze zaułki.
Lubię takie błądzenie, gdy głównym celem spaceru jest jego brak.
I jeszcze coś, co bym nazwała koszyczkiem różności. Zawsze uzbiera mi się pewna ilość zdjęć, które nijak nie chcą się podporządkować wątkowi wpisu, a szkoda ich nie pokazać. No bo np. takie malunki niby wykorzystujące elementy starej architektury, ale z disneyowskimi postaciami w roli głównej. Nieodmiennie zachwycam się jednym z mimów pod Uffizi. Sgraffito na wielu kamienicach oszałamia misternym rysunkiem, ileż niewyobrażalnego potu tam spłynęło! A jak przejść spokojnie obok ciekawego otworu wrzutowego na listy, gigantycznej pseudo kołatki, czy też cytatów z "Boskiej Komedii" rozwieszonych na budynkach Florencji. Lekko podrasowany znak drogowy wzbudził w nas chochlikowy chichot. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej :) A to tylko niewielki koszyczek.
Na deser zajrzeliśmy do księgarni w podziemiach przy dworcu, gdzie upolowałam kilka ciekawych przewodników po niektórych rejonach Toskanii.
30 km to dobry dystans? Spokojnie zdążymy wrócić.
No to jedziemy do Florencji!
Plany kulturalne mieliśmy ambitne - zobaczyć "Portret Młodzieńca" autorstwa Memlinga sprowadzony w ramach wymiany między muzeami z Madrytu. Spokojnie weszliśmy na kartę Przyjaciół Uffizi, w kasach nie wydawano, jak zazwyczaj, darmowych biletów, które posiadacz karty musi odebrać. Taaa, jednego nie przewidzieliśmy, że długa kolejka w podcieniach przed wejściem może oznaczać darmowy dzień. A to wiązało się z tłumami wewnątrz. I te nas zniechęciły. Zatem wyszliśmy i po sprawdzeniu, że parę wnętrz jeszcze nieodwiedzanych jest w niedzielę zamkniętych, zdecydowaliśmy się na regularny spacer po Florencji. Jego regularność polegała na przemiennym regularnym ruszaniu nogami, reszta byłą bez reguły i planu, bo zaczęliśmy od popularnych miejsc, ale poszliśmy w nowym kierunku.
Zacznijmy jednak od prawej strony Arno. Najpierw wpatrywałam się w długie korytarze uliczek. Niczym w wąwozach, budynki zamykały pustą przestrzeń. Wzrok szuka końca, ale czasami jest tak wąsko, że go nie widać.
Jedynie place i rzeka dają możliwość wzięcia głębokiego oddechu.
Jeden z placów pobliski Arno budzi raczej trwogę i swego czasu wymagał wzięcia bardzo głębokiego oddechu. Było to w 1966 roku, gdy powódź zalała go do połowy wysokości stojącego przy nim kościoła. Świadczy o tym malutka tabliczka widoczna między oknem a rynną na rogu budynku przyległego do świątyni.
Rzeka ma w sobie coś niebywałego, igra lustrem, nakazuje budynkom grzecznie trzymać się brzegu. Ale i ona musi się poddać człowiekowi, a raczej łamiącym ją progom. Mosty w takim układzie zdają się być kotwami trzymającymi całą strukturę. Dzielnie pilnują, by miasto się nie rozsypało.
Początkowo mieliśmy zarysowany cel w postaci Piazzale Michelangelo, ale ... Zatrzymaliśmy się po drodze na lodach na patyku, tak, tak, na patyku!
I w tym momencie złapała nas ulewa. Staliśmy więc pod markizą i obserwowaliśmy zapłakaną ulicę. Dzięki temu nam - psiarzom - zdarzyła się gratka. Żałuję tylko, że nie uwieczniłam scenki od początku, ale nie pomyślałam, że właściciel psa właśnie dzwoni po kogoś, kto przynosi mu parasol i odchodzi a pan rozpina go i ... Sami zobaczcie.
Przeprawiliśmy się na drugą stronę Arno zniszczonym podczas wojny i odbudowanym po niej mostem Świętej Trójcy, po czym skręciliśmy w prawo. Piękne kamienice sprowokowały mnie do otworzenia nowej kolekcji fotograficznej - kolekcji herbów. Sobie na zgubę! Bo podczas tworzenia tego wpisu zapadłam się w książkę Luciano Artusiego "Firenze araldica". Okazało się jednak, że ja wyszukałam raczej herby rodowe, a książka traktuje głównie o herbach miejskich - dzielnic, cechów itp. Nie poddałam się, zaczęłam ryć w internecie (przy okazji znalazłam następne ciekawe strony). Nie znalazłam wszystkich rodów, może kiedyś uzupełnię ten kolaż?
Atmosfera tej części Lungarno jest mało turystyczna. Spotykamy spacerowiczów - tubylców, niektórych wręcz zachwycających doborem kolorystycznym, albo dającego przykład, co należy robić w niedzielne popołudnie - przysiąść i zapatrzeć się w wodę.
Mało aparatów fotograficznych, a przecież i tutaj w ciszy przysiadły piękne budynki, urocze zaułki.
Lubię takie błądzenie, gdy głównym celem spaceru jest jego brak.
I jeszcze coś, co bym nazwała koszyczkiem różności. Zawsze uzbiera mi się pewna ilość zdjęć, które nijak nie chcą się podporządkować wątkowi wpisu, a szkoda ich nie pokazać. No bo np. takie malunki niby wykorzystujące elementy starej architektury, ale z disneyowskimi postaciami w roli głównej. Nieodmiennie zachwycam się jednym z mimów pod Uffizi. Sgraffito na wielu kamienicach oszałamia misternym rysunkiem, ileż niewyobrażalnego potu tam spłynęło! A jak przejść spokojnie obok ciekawego otworu wrzutowego na listy, gigantycznej pseudo kołatki, czy też cytatów z "Boskiej Komedii" rozwieszonych na budynkach Florencji. Lekko podrasowany znak drogowy wzbudził w nas chochlikowy chichot. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej :) A to tylko niewielki koszyczek.
Na deser zajrzeliśmy do księgarni w podziemiach przy dworcu, gdzie upolowałam kilka ciekawych przewodników po niektórych rejonach Toskanii.
Od tego wpisu zmieniam sposób odpowiedzi na komentarze.
Będę to robić pod konkretnym wpisem, gdyż przy zmniejszonej częstotliwości dam radę odpowiadać na bieżąco. Dziękuję też za wszelkie uwagi dotyczące poprzedniego wpisu, są cenne, lecz faktycznie nie zmienią mojego postanowienia.
Etykiety:
Florencja Firenze
Lokalizacja:
Florencja, Lungarno
piątek, 24 września 2010
PO PRZEMYŚLENIACH
Od czasu powrotu z wakacji zaczęłam odczuwać pewne uwieranie. Wolne chwile spędzone w Polsce sprawiły, że zyskałam świeży ogląd swoich zajęć.Myślałam, co mnie tak kłuje? No i wyszło mi na to, że chodzi głownie o bloga. Wiele zjawisk z nim związanych, wyparło mnie z postanowień, z którymi tu przyjechałam. Przecież w planach nie miałam książki, ba! książek. Zaczęłam spostrzegać, że patrzę na swoje życie poprzez monitor, obiektyw, Wasze oczy. Na razie nie jest to mocno dokuczliwe, tylko uwiera, więc postanowiłam przeszeregować zestaw własnych zajęć.
Nie zarzucę bloga, co to to nie. Ale zmniejszę częstotliwość zapisów. Dalej będę tu prezentować wszelkie doświadczenia turystyczne i kulinarne oraz swoje prace, ale odpuszczam codzienność. Już to mówiłam podczas wielu spotkań, że według mnie świeżość spojrzenia na nowy kraj musi w końcu zamienić się w przyzwyczajenie, uznawanie czegoś za normę, czegoś, co wcześniej zadziwiało.
Jedną z głównych motywacji do wyjazdu była chęć doskonalenia własnego warsztatu, a to idzie mi opornie. Brakuje mi rysowania i malowania. Świeczki mi nie wystarczają, choć nie ukrywam, że sprawiają dużo satysfakcji i szczerze przyznam, że jestem zadowolona z osiąganych efektów. Niektóre niebawem przedstawię. Na razie nie mam czasu, bo właśnie pracuję nad ciekawym dla mnie zamówieniem.
Tak więc blog zostaje ustawiony na odpowiednim miejscu, a ja wracam do siebie :)
Może w końcu uda mi się szybciej odpisywać na listy?
Pozdrawiam wszystkich bardzo słonecznie, bez względu na pogodę za oknem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










